"Lek na śmierć" - James Dashner

Czas na epicką (albo i nie) konkluzję i podsumowanie trylogii „Więźnia Labiryntu”!

Ocenianie całej serii książek na podstawie jednej jest tak samo właściwe, jak ocenianie samochodu po jego kolorze. Od jakiegoś już czasu z duszą na ramieniu podchodzę do wszelkich publikacji, które nie zamykają się w jednym tomie, a to dlatego, że moje czytaczowe serce było już wielokrotnie łamane, a nawet i deptane, przez fatalne kontynuacje (nr 1 na tej liście jest seria „Tunele”, a zaraz za nią „Eragon”). W końcu tak jest, że poświęca się nieco więcej czasu, by zapoznać z całą serią. Czasami chęć poznania zakończenia wymusza wieloletnie oczekiwanie na wieńczącą (lub grzebiącą) odsłonę cyklu. W przypadku trylogii Jamesa Dashnera miałem szczęście w nieszczęściu – na kontynuację nie musiałem czekać i w ciągu zaledwie dwóch tygodni poznałem całą historię. Ale czy „Lek na śmierć” pozwala mi zakończyć przygodę z „Więźniem labiryntu” z poczuciem satysfakcji? 

Zaczyna się ciekawie. DRESZCZ przystępuje do ostatecznej fazy testów i teraz wszystko ma się zmienić (znowu), tyle że Thomas i część pozostałych sztamaków nie zamierzają w to wierzyć. Postanawiają uciec z ośrodka badań i na własną rękę zmierzyć się z otaczającym światem, a następnie rozprawić z samą organizacją. Pozostaje tylko znaleźć odpowiedź na jedno zasadnicze pytanie: czy DRESZCZ jest dobry i czy istnieje szansa na znalezienie lekarstwa zdolnego pokonać śmiertelnie niebezpiecznego wirusa? 

Odpowiedzi na te pytania poszukują bohaterowie „Leku na śmierć” (oczywiście w przerwach, kiedy nie walczą o przeżycie). Fabuła już od samego początku nosi znamiona finału. Czuć go w powietrzu, a z czasem staje się coraz bardziej namacalny. Świadczy o tym nierzadki patos cechujący ten tom, podniosłe przedsięwzięcia, których podejmuje się główny bohater (który – zapewne przez wzgląd na wyczuwalny finał, nie pozwala sobie na przespanie znaczącej części książki, a i nawet zmarłego przyjaciela wspomina bardzo sporadycznie – w przeciwieństwie do drugiego tomu), a także nieustanne popychanie fabuły do przodu. 

W tej książce występuje kilka elementów zwrotnych i pewne rozwiązania mogą wydawać się szokujące, ale ciągły bieg naprzód ma chwilami negatywny wpływ na klimat powieści. Czytając odnosiłem niekiedy wrażenie, że pewne sceny czy dialogi powstały jedynie dla podkreślenia efekciarstwa bądź patosu tej książki. Jak gdyby autor chciał podkreślić epickość zakończenia swojej historii. 

Bohaterowie niewiele się zmienili – większość pozostała papierowa i płytka. Thomas pozostał irytujący. Zmienia się otoczenie i ludzie, natomiast nasi bohaterowie – poza tym, że ich trochę ubyło – nie zmienili się zanadto, ani nie zostali w żaden dodatkowy sposób wyeksponowani. 

Oczywiście, nie zabrakło też wyjaśnień i rozwiązań, choć część zamykająca trylogię nadal pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi i niejednokrotnie stosuje dość przewidywalne rozwiązania. To stanowi pewną sprzeczność tej serii: z jednej strony stanowią ją bardzo zaskakujące i nietypowe sceny, podczas gdy z drugiej całkiem niepotrzebnie nagromadzają się typowe elementy, które na swój sposób rujnują ten pozytywny i zaskakujący obraz. Tym, co niewątpliwie zaskakuje w „Leku na śmierć” jest pewna decyzja, którą podejmuje Thomas. Razi natomiast fakt, że nasz bohater jest na tyle płytki, iż summa summarum decyzja ta nie ma większego wpływu na resztę książki. 

„Lek na śmierć” to dobra lektura, choć odstająca od dwóch pierwszych tomów. Nadal czyta się go dobrze, ale to już nie jest to samo. I nawet uwielbiane przeze mnie słownictwo ze Strefy, nie budzi takich wrażeń jak uprzednio. Mam wrażenie, że wszystko to, co w trylogii „Więźnia labiryntu” jest najlepsze, widzieliśmy już wcześniej. Trzeciemu tomowi brakuje świeżości, a wiele punktów zwrotnych jest nieco przestrzelonych lub przesadzonych. Umierają przygniecione patosem. Niestety, James Dashner nie wytrzymał napięcia i dał nam nieco chaotyczną książkę zamykającą serię. 

Nie można powiedzieć, że „Lek na śmierć” to zła książka, bo jest naprawdę dobra. Cierpi jedynie na syndrom serii – siłą rzeczy porównuje się ją do poprzedniczek. A to na ich tle ten tom wypada jedynie dobrze. Nie genialnie, fenomenalnie czy bardzo dobrze. Po prostu dobrze. A to, według mnie, trochę za mało jak na finał tak dobrze zapowiadającej się serii. 

Oceniając całą trylogię – wszakże wypada zrobić to w tej chwili, bo kiedy, jeśli nie teraz? – muszę przyznać, że czytając ostatnią stroną poczułem ulgę. Nie ulgę spowodowaną świadomością, że to już koniec, lecz ulgę, ponieważ nie zawiodłem się. Nie miałem ochoty spalić tej książki, tak jak to miało miejsce w przypadku finału „Tuneli”. Nie zagubiłem się w akcji i nie umierałem z nudów jak przy ostatnim tomie „Eragona”. Choć otwartość świata przedstawionego w „Więźniu…” mogła budzić obawy, że koniec będzie dramatycznie zły i zupełnie przesadzony, efekt końcowy – choć pozostawia nieco do życzenia – spełnia oczekiwania. Nie tylko te podstawowe. 

Po blisko dwóch tygodniach spędzonych z książkami Dashnera, ze spokojem odkładam je na półkę ze świadomością, że jeśli ktoś mnie kiedyś o nie zapyta, to z czystym sumieniem będę mógł je polecić. I tak też robię. Polecam. Jako czytasz i jako malkontent. Jako człowiek, który zawsze wynajdzie jakieś braki czy nieścisłości. Zarówno „Lek na śmierć” jak i cała trylogia dają radę i tkwi w nich ta niezwykła i wspaniała moc. Moc nakazująca sięgnąć po te książki w czasie podróży do pracy, w ciągu dnia, przed snem czy po przebudzeniu. A trzeba przyznać, że jest to moc wyjątkowa. Moc dobrej książki. Ciekaw jestem jak całości obrazu dopełni prequel, „Rozkaz Zagłady”. 


Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz