Zapomniana

Zacznę nietypowo, bo od zaprzeczenia, którego i tak nikt nie zrozumie, dopóki nie doczyta tego tekstu do końca: nie istnieje coś takiego jak język argentyński. Proste i zrozumiałe, prawda? 

Nieprawda. Żaden Argentyńczyk nie przyzna się do tego, że mówi w języku hiszpańskim. Nie i już. Abstrahując już od tego, że pojęcie „język hiszpański” to potworne uproszczenie i wrzucenie do jednej szufladki całej masy języków, dialektów czy gwar, Argentyńczycy z dumą obnoszą się, że mówią w języku kastylijskim (czyli tym, który my potocznie określamy mianem hiszpańskiego). Chociaż nie wszyscy i z tym się zgadzają. Niektórzy dowodzą, że ich język kastylijski różni się od europejskiego kastylijskiego, wobec czego określają go mianem języka argentyńskiego, urugwajskiego lub chilijskiego. Wniosek z tego jeden: albo Argentyńczycy to nacjonaliści, którzy nie są w stanie znieść myśli, że ich język wcale nie jest wyjątkowy i oryginalny albo mają rację i to wszyscy inni są pogrążeni w permanentnej ciemnocie. 

Skąd w ogóle ten temat? Co do tematyki „Harry’ego Pottera” mają jakieś językowe spory argentyńsko-hiszpańskie? Jeszcze do jesieni zeszłego roku sądziłem, że nic. Aż do chwili, kiedy ogłosiliśmy z Natalią zdobycie ostatniego światowego wydania do kolekcji. Wtedy mój kolega z Argentyny zadał mi pytanie, czy posiadamy w zbiorze książkę w języku argentyńskim. Cóż mogłem mu odpowiedzieć? Wyjaśniłem, że posiadamy wydanie hiszpańskie wydawane w Hiszpanii przez Salamandrę, natomiast wydania dystrybuowanego w Argentynie przez Emece nie posiadamy, ponieważ nie zbieramy takich wydań (gdyby tak było, musielibyśmy mieć również wydania z Australii czy Afryki, ponieważ tam dystrybuowane jest brytyjskie wydanie „Pottera”, choć niczym się ono nie różni od oryginału poza nazwą wydawcy na okładce…). Potwierdzeniem moich słów jest również stanowisko agenta literackiego J.K.Rowling – Neila Blaira. Zgodnie z informacją udostępnioną przez agencję The Blair Partnership wydanie kastylijskie jest tylko jedno – tożsame dla regionu europejeskiego jak i amerykańskiego. I na tym temat mógłby się zakończyć. Mógłby – ale nie zakończył. 

W 1998 roku, kiedy „Harry Potter” stawiał swoje pierwsze kroki na rynku wydawniczym, pierwsi zagraniczni wydawcy zaczęli wyciągać ręce po debiut J.K.Rowling. Wśród jednych z pierwszych znalazł się argentyński dom wydawniczy z Buenos Aires – Emece Editores. Wydawnictwo zakupiło prawa do kastylijskiego „Harry’ego Pottera” i szybko wypuściło tłumaczenie pierwszego tomu – „Harry Potter y la Piedra Filosofal” na rynek argentyński oraz hiszpański. Potencjał tego rozwiązania był olbrzymi – stając się właścicielem praw do wydania kastylijskiego, Emece mogło dyktować warunki i spokojnie planować ekspansję na wszystkie rynki, których odbiorcy porozumiewali się w języku hiszpańskim kastylijskim. I raczej trudno było przewidywać, że ta sytuacja ulegnie zmianie. A jednak. Rok 2000 był przełomowym dla wydania kastylijskiego. Emece Editores zostało wykupione przez wydawnictwo z Barcelony – Salamandrę – aktualnego wydawcę książek o „Harrym Potterze”. 

Niektórzy wierzą, że wydanie opublikowane przez Emece różni się od tego wydawanego przez Salamandrę. Ponoć różnice są jeszcze bardziej znaczące niż te pomiędzy wydaniami brytyjskim i amerykańskim. Ale czy faktycznie wydanie z Hiszpanii jest adaptacją tego z Argentyny? Odpowiedź na to pytanie powinien przynieść bardzo prosty test: zakup wydania Emece i zestawienie go z edycją Salamandry. 

Błąd. To wcale nie jest takie proste, zważywszy na fakt, że po przejęciu przez Salamandrę, książki sygnowane logiem Emece jeszcze przynajmniej przez rok były rozprowadzane w Hiszpanii – tyle, że w całym procesie wydawniczym udział brała już Salamandra – czyli okazja do zmian już była. 

Skomplikowane to wszystko. Dotarcie do prawdy jest o tyle trudniejsze, że ciężko stwierdzić, które z wydań publikowanych przez Emece jest tym właściwym – pochodzącym z Argentyny. A tylko wydanie z Buenos Aires może przynieść odpowiedź na kluczowe pytanie: czy oryginalna edycja od Emece różni się od opublikowanej później przez Salamandrę? 

Kilka miesięcy zajęły mi poszukiwania właściwego wydania. Choć te poszukiwania powinienem określić raczej mianem błądzenia we mgle. Powszechne przekonanie, że te edycje są tożsame sprawiło, że sprzedawcy nie zwracali większej uwagi na to, czy sprzedają książkę od jednego wydawcy czy od drugiego. Rzucane na oślep ISBNy czy okładki książek niejednokrotnie wprowadziły mnie w błąd, a sprzedawcy nie kwapili się, by sprawdzić wiarygodność swoich opisów. 

A ja nie wiedziałem, co myśleć. Z jednej strony na wielu forach internetowych – zwłaszcza tych prowadzonych w języku kastylijskim, Hiszpanie zastanawiali się nad tym, czy w Argentynie faktycznie mówi się inaczej. Na ogół wszyscy zgadzali się co do tego, że mieszkańcy Ameryki Południowej posługują się zupełnie innym, nierzadko niezrozumiałym dla Europejczyków, akcentem. Z tą opinią zgadzali się również uczeni czy językoznawcy, jednak zwracali również uwagę na pewne różnice leksykalne, co mogłoby dowodzić teorii mojego kolegi twierdzącego, że wydanie argentyńskie różni się od hiszpańskiego. 

Ale jednoznacznej odpowiedzi nie było. Przez cały czas mogłem polegać jedynie na cudzych, niepotwierdzonych osądach. Fakt – udało mi się znaleźć wydanie argentyńskie. To prawdziwe, z Buenos Aires. Sama książka tania jak barszcz. Cena wysyłki powalała na kolana. Ale szeroko zakrojone poszukiwania w końcu się opłaciły – a przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy znalazłem korzystną ofertę. I wszystko wskazywało na to, że tym razem opis jest prawidłowy, bo dane się zgadzały. Więc co? Dodaj do koszyka! 

Wpadła mi do głowy Czarnogóra. Zalęgła się gdzieś pośród moich myśli, trując mnie nieustannie wspomnieniami tamtej porażki – kiedy pewny załatwienia książki po czarnogórsku, wyjąłem z paczki książkę po serbsku. Wtedy wystarczył jeden błąd. Teraz wątpliwości było jeszcze więcej. 

Najwyżej zostaniemy z drugą książką po hiszpańsku. Raz się żyje. 

Otwarcie paczki przyniosło pierwszą ulgę – dostaliśmy wydanie, na którym nam zależało. Ale to dopiero połowa sukcesu. Teraz musimy zweryfikować, kto ma rację: Argentyńczycy czy cała reszta świata. 


Włączam pdfa z kastylijską „Komnatą Tajemnic” i sprawdzam. Czytam pierwsze zdanie z obu książek. Potem drugie i trzecie. Niech to szlag. Kolejne słowa potwierdzają, że to był nietrafiony wydatek. Treść brzmi tak samo. Jedynie rozstaw przecinków uległ zmianie. I nagle… jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: treść się zmienia. Słowa i układ zdań zaczynają się od siebie różnić. Z każdym kolejnym wersem tych różnic przybywa. Są coraz mocniej zaznaczone. To nie może być przypadek. I nie jest to na pewno działanie redakcji. Jednak to nie mit – „Harry Potter” po argentyńsku istnieje. Mimo, że nie ma czegoś takiego jak język argentyński. 

1:0 dla Argentyny. Oryginalne wydanie publikowane w Buenos Aires różni się od tego, które później pojawiło się w Hiszpanii. Jedno tłumaczenie. Dwa różne brzmienia. Nie porównywałbym jednak tych wydań do amerykańskiego i brytyjskiego czy serbskiego i czarnogórskiego. Tutaj różnic jest zdecydowanie więcej. 

Zagadka z przeszłości została rozwiązana, a zapomniana edycja powraca, by na nowo objąć należne jej miejce. Miejsce należne unikatowemu wydaniu. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

6 komentarze:

  1. Gratuluję wnikliwej analizy i zdobycia kolejnej książki do kolekcji! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie! :) Ale nie udałoby się dokonać tej analizy bez pomocy znajomego z Argentyny - on jest chyba jedną z niewielu osób, które wiedziały o tych zmianach i był wystarczająco mocno zdeterminowany, by uświadomić mnie w tym :)

      Usuń
  2. Ta analiza całkiem mnie porwała! Uwielbiam takie smaczki!

    OdpowiedzUsuń
  3. W Argentynie zupełnie inaczej odmieniają czasowniki na "wy" i na "ty". Mają też sporo różniących się słów! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Im mocniej zagłębić się w temacie, tym więcej pojawia się takich różnic. Ale faktem jest, że są one niezaprzeczalne :)

      Usuń