Ormiańska tajemnica - nowa książka w kolekcji!

Ostatnie słowo: Victoria. 

Dawno patos nie cisnął mi się na usta tak jak robi to dzisiaj. Niemal czuję to drżenie, gdy nadmiar wielkich słów wibruje gdzieś w mojej głowie starając się znaleźć jakąkolwiek szczelinę, byleby wydostać się na zewnątrz. Zawsze się tak czuję, kiedy mam napisać coś o kolekcji. W końcu, 8 września 2014 roku, po 6 latach mocnych starań udało się dopiąć celu. Ostatnie, 78-me wydanie „Harry’ego Pottera” odnalazło swoje miejsce na półce. Jednej z półek. Pośród 160 swoich towarzyszek. I wkrada mi się patos. Lepiej zakończę ten wstęp, nim przerodzi się on w coś, nad czym już nie będę w stanie zapanować. 

Spokojne. Tak określiłbym następujące po 8 września dni. Skończył się ten jedyny w swoim rodzaju stres i pociąg do zdobywania nowych wydań. Nie było już króliczka, którego mógłbym dalej ścigać. Tak, czułem, że to w pewien dziwny, pokręcony sposób koniec. Koniec, o którym tak długo marzyłem, a który i tak był dla mnie czymś niespodziewanym. I nagłym. 

I koniec. Książka w języku telugu zwieńczyła dzieło. 

Po kilku tygodniach okazało się, że nie potrafię usiedzieć w miejscu nie poszukując kolejnych książek do kolekcji. Czas, który sobie dałem na złapanie oddechu, odpoczynek od kolekcjonowania, był dla mnie totalną abstrakcją. Tak, wiem – czas sam w sobie jest abstrakcją. To była abstrakcja do kwadratu. Zamiast odpoczywać ustalałem nowe cele. I były/są one cholernie ambitne. Tak ambitne, że sam się głowię, czy dam radę je zrealizować. Ale nawet, jeśli nie, to niczego to nie zmieni. Bo ja już nic nie muszę. Osiągnąłem wszystko to, co chciałem. Reszta będzie słodkim dopełnieniem. 

Patos. A jednak. Wyrwał się. Widzę go w każdym zdaniu. Czuję jego zapach. Jak ja go nienawidzę… Siedzi we mnie jak obcy byt i tylko czeka na chwile, kiedy może się ujawnić. A te chwile nadchodzą i rujnują mi mój, z zamysłu piękny i lekki, wpis. 

Wczoraj, po 7 miesiącach od postawienia kropki nad „i”, dotarła do nas książka z Erywania. Książka, która nie powinna znaleźć u nas miejsca, a jednak znalazła – i to za sprawą pewnych spostrzeżeń i wątpliwości. 

Ormiański „Harry Potter” został opublikowany po raz pierwszy w 2004 roku, a jego wydawcą był lokalny dom wydawniczy – Gasprint. Książka stała się umiarkowanym hitem w Armenii. I być może wynika to z faktu, że jest ona tam… nielegalnie? Agencja literacka J.K.Rowling zaprzecza, jakoby jakiś wydawca posiadał prawa do wydania „Harry’ego Pottera” w Armenii. W odpowiedzi na moją wiadomość dotyczącą owej fascynującej edycji odpowiedzieli dokładnie tak: „nikt w Armenii nie ma praw do wydawania „Harry’ego Pottera”. Jak to zrozumieć? Znajoma fanka twierdzi, że ta edycja jest w pełni legalna, a wydawca posiada stosowne umowy. Wydawca odmawia komentarza. Książka w jednej chwili z półek księgarskich trafia na ulice, gdzie jest sprzedawana w przejściach podziemnych. Tam swój egzemplarz nabył inny kolekcjoner, Nick Zekulin. Oboje zastanawialiśmy się nad tym, czy to autoryzowana translacja. Oboje mamy wątpliwości. 

Natalia bardzo się zdziwiła, kiedy powiedziałem, że potrzebujemy mieć to wydanie w naszej kolekcji. Po co nam pirat? 

Tylko czy ta książka jest piratem? To już norma, że agencja J.K.Rowling nie przyznaje się do niektórych wydań, jak np. do wydania tybetańskiego (najpierw je zatwierdzili, a potem się od niego odcięli – może dlatego, że to tłumaczenie nie z angielskiego a z chińskiego) czy do pierwszego wydania tureckiego (nigdzie nie wspomina się pierwszego wydawcy z Turcji). Ostatnio grubą krechą odcięła się od edycji wydawanej przez Rosman – rosyjski dom wydawniczy, który nie zdał egzaminu i został pozbawiony praw do „Pottera”. Tli się, więc, w mojej głowie pytanie, czy to samo nie spotkało ormiańskiego „Harry’ego”? 

Znam pirackie wydania. Wydawane byle jak i byle gdzie. Sprzedawane za grosze przez podejrzanyc typów. Ormiańskie nie wpisuje się w ten typ. To jedno ze staranniej wydawanych tłumaczeń. I na białym papierze oraz z ozdobnikami w tekście (np. wyróżnionymi listami). No i fakt, że znam je od tak dawna. Piraty zazwyczaj szybko znikają. Czy pokusiłbym się o nadanie tej książce miana oficjalnej? Nie. I nie zrobię tego, dopóki nie znajdę dowodu na to, że ta translacja faktycznie została „wyklęta”. A na razie takiego nie znalazłem. 

Więc po co mi ta książka? Dlaczego wydałem blisko 90 złotych na coś, co może się okazać totalnie bezwartościowe? Lub, co gorsza, dlaczego wsparłem nielegalną organizację? 

Zanim na rynku pojawiło się autoryzowane tłumaczenie „Harry’ego Pottera” w języku syngaleskim, na Sri Lance można było kupić nieoficjalne. Sukces tej książki okazał się na tyle duży, że agent Jo, zgodził się uznać tę książkę jako oficjalną. Tak pirat stał się prawym. To jeden przykład, ale jego potwierdzeń jest więcej. Sporo wschodnich przekładów debiutowało jako nielegalne, dopiero z czasem zyskując sobie aprobatę. Nie wszystkie pozostały w rękach swoich samozwańczych panów – niektóre trafiły w zupełnie inne ręce. Osobiście wierzę, że książka, która jest wydawana w Armenii od 2004 roku w końcu zyska sobie status (o ile wcześniej go nie straciła) aprobowanej i autoryzowanej translacji. Wtedy cena książki poszłaby zapewne w górę. 

Kiedy zobaczyłem starannie zapakowaną przesyłkę, niemal całkowicie zapomniałem, że to może być trefny wybór (bez skojarzeń). Poczułem się tak samo lekki i radosny jak przed miesiącami, kiedy otwieraliśmy z Natalią paczki z oficjalnymi translacjami, które przybliżały nas do wymarzonego celu. Magia odżyła na nowo. Może trochę fałszywa (choć liczę na to, że nie i szukam dowodów potwierdzających tę hipotezę), ale wystarczająco prawdziwa, by przyniosła sporo radości. Oczywiście, nie mogę określić tej książki jako naszej 79-tej edycji językowej, ale czy to sprawia, że mamy się z niej nie cieszyć? 

Pozytywne zakończenie, prawda? Niektórzy znajdą w nim wyraz naiwności i głupoty, a inni inspirację i może nawet morał? Problem polega na tym, że to jeszcze nie koniec. Bo wczoraj przyniosło jeszcze jedną, wielką i wspaniałą niespodziankę. Tą niespodzianką był podarunek, który otrzymaliśmy od Moniki D. – trzy pierwsze tomy „Harry’ego Pottera” w języku niemieckim. I to w edycji, którą planowaliśmy dołączyć do naszego zbioru – edycji, jak ją sami określamy, „sprzed ery Warner Bros.”. Bardzo, ale to bardzo dziękujemy za te wspaniałe książki! Co więcej, okazało się, że są one jeszcze bardziej wyjątkowe – to wydania niemieckiego klubu książki! Czym różnią się od standardowego? Na okładce nie ma logo niemieckiego wydawcy „Pottera” – Carlsen, a numer ISBN został zredukowany i przystosowany do ISBN publikacji klubowych. To naprawdę piękne książki i czujemy się bardzo szczęśliwi, że znalazły u nas swój nowy dom :-) Moniko, raz jeszcze – bardzo dziękujemy!

I dopiero teraz będzie magiczne zakończenie. Choć krótkie. Składające się z dwóch wyrazów: koniec urlopu.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Piszę w najnowszym poście, ale chcę podziękować za wpis z informacjami o listownym zdobywaniu autografów. Planuję wysłać list z prośbą o autograf do papieża Franciszka oraz do Josha Hutchersona, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Dziękuję i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń