Bezwartościowy "Potter", czyli na co komu adaptacje?

Pomówmy o wartości książek. Nie każde wydanie „Harry’ego Pottera” to biały kruk, nie każde też – z punktu widzenia czysto ekonomicznego – warte jest swojej ceny i – co gorsza – nie każde jest… potrzebne.
Choć już od 2002 roku rozważałem kolekcjonowanie zagranicznych edycji „Pottera”, musiały minąć cztery lata, nim na poważnie się za to zabrałem. Co robiłem przez te cztery lata? Rozważałem, analizowałem, sprawdzałem i szukałem. Kiedy zabieram się za coś, muszę mieć realną perspektywę osiągnięcia celu – nie zwykłem dochodzić do połowy drogi i zatrzymywać się, bądź zawracać, ponieważ natrafiłem na mur nie do pokonania. Może zabrzmi to nieco infantylnie, ale przygotowywałem się do zbierania zagranicznych „Potterów” jak do wejścia na Mount Everest. Może i w przypadku mojej pasji, w razie niepowodzenia nie skończyłbym kilka kilometrów niżej roztrzaskany na skałach, ale to zawsze byłby upadek – przynajmniej w metaforycznym ujęciu.
Po czterech latach planowania wytyczyłem sobie cel możliwy do osiągnięcia i zacząłem działać. Nie byłem pełnoletni, co stwarzało problemy. Nie znałem angielskiego, co stwarzało jeszcze więcej problemów. Dopiero, co mi podłączyli Internet – byłem zielony i nie umiałem się nim posługiwać. Byłem na pozycji, która skazywała mnie na pożarcie – niedoświadczony, nieletni, niewykształcony… Ale pomimo wszystko, konsekwentnie dążyłem do celu. Nie zawsze było łatwo, ale też nie zawsze było trudno. Resztę historii znacie.

Wszystko wskazuje na to, że po ośmiu latach od wstąpienia na ścieżkę kolekcjonerstwa zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera”, zbliżam się do wielkiego, upragnionego finału. Oczywiście – nie sam. Nie wiem, gdzie byłbym dzisiaj, gdyby nie moja ukochana żona – choć w pasji wspiera mnie od niewiele ponad dwóch lat, jej obecność, wiara we mnie i inteligencja, sprawiły, że odkryłem nowe możliwości i rozwinąłem się, co z kolei przełożyło się na wspaniałe triumfy i olbrzymie osiągnięcia. Wróćmy do finału. Po ośmiu latach realizacja celu znajduje się na wyciągnięcie ręki – tyle, że ów cel teraz przypomina Złotego Znicza i trudno jest go złapać. Ale złapiemy go. To tylko kwestia czasu. Najbliższego czasu.

Skoro koniec jest już tak bliski, trzeba samemu przed sobą szczerze przyznać, że „Potter” „Potterowi” nie jest równy. Tę „nierówność” można wykazywać na dziesiątki sposobów: bo jedna książka ma oryginalną szatę graficzną, a druga standardową; bo ta książka została wydana ze złoceniami na pięknym białym papierze, a okładka tej wygląda jak zwykła tektura, a papier przypomina papier toaletowy; bo ten kraj jest na drugim końcu świata, a ten sąsiaduje z Polską; bo nakład tej książki wynosi tysiąc egzemplarzy, a tej trzy miliony; bo za tę zapłaciliśmy więcej, a za tę mniej; bo tę książkę udało się zdobyć bez problemu, a za tą trzeba się było nabiegać… etc. etc. Jak mówiłem – dziesiątki sposobów na wykazanie różnic pomiędzy książkami. Ale dzisiaj nie o tych różnicach chciałbym powiedzieć, ponieważ te różnice nie mają dla mnie większego znaczenia. Bo kocham te książki niezależnie od szaty graficznej, rodzaju papieru, kraju pochodzenia czy nakładu. Kocham je, bo to „Harry Potter”. I tyle. Jednak jest pewna „nierówność” (moje ulubione słowo dzisiaj), która mnie drażni i sprawia, że jednak istnieją „Pottery”, które plasują się w mojej hierarchii na ostatnich miejscach. Zdobywamy je, ponieważ naszym założeniem jest zdobycie i posiadanie wszystkich edycji językowych „Harry’ego Pottera”, jakie pojawiły się (i pojawią) na świecie. Cóż to takiego? ADAPTACJE.

W 1997 roku na rynku brytyjskim pojawił się „Harry Potter and the Philosopher’s Stone”. Nieznany tytuł nieznanej autorki, który od 1998 roku będzie robił furorę na rynku amerykańskim. Tyle, że pod zmienionym tytułem… Amerykanie obawiali się tytułu książki dla dzieci, który odnosiłby się do filozofii, dlatego przemianowali go na: „Harry Potter and the Sorcerer’s Stone” („Kamień Czarnoksiężnika”). Wielu z nas powie, że to idiotyczny tytuł, ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Rowling nie sprzeciwiła się pierwszej propozycji Amerykanów, która zakładała nazwanie książki: „Harry Potter and the School of Magic” („Szkoła Magii”)? Odejdźmy od tytułu. Czy istnieje coś takiego jak przekład z języka angielskiego brytyjskiego na angielski amerykański? Nie. Ale istnieje coś takiego jak „adaptacja”, czyli zmiana pojedynczych słów, bądź cech stylistycznych czy językowych, tak aby dopasowane one były do odbiorcy. Oczywiście w USA książka zrozumiana byłaby nawet w języku angielskim brytyjskim (niezbyt często pojawiają się dwie odrębne edycje rozgraniczające amerykańską od brytyjskiej), ale Amerykanie woleli mieć coś swojego. Albo inaczej – coś innego od tego, co w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii i Południowej Afryce wydało i dystrybuowało wydawnictwo Bloomsbury. Oczywiście – podział oznacza konieczność posiadania dwóch edycji książek – brytyjską i amerykańską, choć to nadal jeden język.

Najgorsze jest to, że to nie jedyny tego typu przypadek. Czym się różni język walencki od katalońskiego? Chyba każdy, kto miał do czynienia z tymi językami – albo raczej TYM językiem – zgodzi się, że w zasadzie to ten sam język. Mieszkańcy Walencji chcieli mieć po prostu coś własnego, dlatego zapożyczyli język kataloński, wprowadzili do niego pojedyncze zmiany i stworzyli sobie swój własny język. Absurd? Owszem. Dlatego, kiedy w Walencji nie sprzedawało się katalońskie tłumaczenie „Harry’ego Pottera”, zrobiono adaptację dokładnie tego samego tłumaczenia na język walencki i sprzedawano ją jako edycję walencką. Skutek? Natychmiastowy wzrost sprzedaży. I znowu: jeden język, dwie edycje.

I sytuacja numer trzy. Najświeższa. Niegdyś Serbia i Czarnogóra były jednym państwem (a jeszcze wcześniej wchodziły w skład jeszcze innego: Jugosławii), toteż mówiono tam po serbsku. „Harry Potter” został wydany zarówno w transkrypcji cyrylickiej jak i łacińskiej, tak by każdy mógł cieszyć się ukochaną książką. Ale Czarnogórze to nie wystarczyło. Jako autonomiczne od 2006 roku państwo, Czarnogóra – tak jak i Walencja – chciała mieć coś własnego, wobec czego wzięto na warsztat język serbski, w którym to i owo zmieniono, by w konsekwencji móc pochwalić się własnym językiem: czarnogórskim. A skoro ma się już ten swój wymarzony język, to czemu propagować czytelnictwo w innym? W związku z tym i w Czarnogórze na podstawie serbskiego tłumaczenia utworzono adaptację czarnogórską! Żeby tego było mało – wydanie czarnogórskie jest dostępne tylko w jednej księgarni w Czarnogórze – księgarni, która nawet nie odpowiada na maile… O, zgrozo!

Adaptacje to nasza zmora. W zasadzie bezwartościowe, powielające się językowo wydania, ale ze względu na subtelne różnice, nie można ich sobie odpuścić. Z naszego punktu widzenia te edycje są skrajnie niepotrzebne ludziom, dla których zostały stworzone. I ich wartość kolekcjonerska jest niewielka. Skąd nasza niechęć do nich? Z jednego powodu. Skoro w Walencji czy Czarnogórze ludzie tak bardzo pragną odrębności i własnego języka, to niech przestaną kopiować tłumaczenia innych i podmieniać w nich pojedyncze słowa, by „przerobić” je na swoje, lecz niech wezmą w ręce oryginał brytyjski i przełożą go na swój „język” od zera. Czy to nie byłoby logiczne działanie?

Kwestię wartości książek mamy omówioną: bez względu na wszystko wielbimy oryginalne tłumaczenia, których przygotowanie kosztowało tłumaczy wiele czasu, a niechętnie podchodzimy do imitujących wymyślone języki kopii, które nie wnoszą nic nowego, a jedynie czerpią z pracy innych. Kropka.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz