AZJA ZDOBYTA!

Koniec jest bliski. Dziś dociera to do mnie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bo wcześniej zawsze był jakiś wysoki próg do pokonania. Wcześniej zawsze było coś dużego do osiągnięcia. I nie było łatwo.
Od czasu zdobycia grenlandzkiego wydania „Harry’ego Pottera” wiedziałem, że mam już za sobą największe wyzwanie – zdobycie żadnej innej książki nie było tak niepewne i problematyczne. I prawie już zapomniałem jak to jest, kiedy w drodze naprzód natrafia się na wysoki mur nie do przeskoczenia. Zapomniałem już jakie emocje towarzyszą większemu zaangażowaniu i jaką się ma satysfakcję, kiedy znajdzie się wyrwę w tym murze i przejdzie dalej. Wydanie grenlandzkie jest wyjątkowe – ta książka jest praktycznie niedostępna, bo jej wydawca już od dawna nie istnieje i prawa do niej wygasły. Ale, jak się okazało, książka wcale nie musi być rzadka czy niedostępna, żeby trudno ją było dostać. Czasami poszukiwana książka wydawana jest w setkach tysięcy egzemplarzy, a i tak zdobycie jej nie jest takie proste. Dziś taka książka trafiła do naszej kolekcji.

Wszystko zaczęło się w 2011 roku. Mając wówczas dostęp do większej gotówki, mogłem sobie pozwolić „zaszaleć” i zamówić sporo książek zza granicy. Wtedy też udało mi się zdobyć grenlandzką translację – najdroższą książkę w naszej kolekcji – za ponad czterysta złotych. Ale to nie było jedyne wydanie, które wówczas do mnie dotarło. W tamtym roku kupiłem „Harry’ego Pottera” w dwudziestu czterech językach. A byłoby ich jeszcze więcej, gdyby ostatnie zamówienie zostało zrealizowane. Wśród ostatnich ośmiu książek, które zamówiłem było wydanie indonezyjskie. Nie będę ukrywał, że nie traktowałem tej książki jako poważne wyzwanie. Plasowała się daleko za wydaniem khmerskim, mongolskim czy nepalskim – nie było żadnego potencjalnego problemu z dostaniem jej. I nie dostrzegłem niczego podejrzanego w fakcie, że ta ostatnia paczka do mnie nie dotarła. Czekałem blisko pół roku – w końcu zrezygnowałem z zamówienia. Zabrakło mi cierpliwości. Ale nawet wówczas nie zdawałem sobie sprawy ze swojej ignorancji – ignorancji, która w najgorszym wypadku mogła zaprzepaścić szansę na skompletowanie kolekcji, a która – na szczęście – sprawiła jedynie, że po ponad dwóch latach musiałem sporo się natrudzić, żeby zrewidować swoje poglądy.

Tak w 2011 roku straciłem pierwszą szansę na zdobycie wydania indonezyjskiego. Kolejnej próby zdobycia książki podjąłem się ponad rok później – razem z Natalią. Tym razem to nie księgarnia stała się naszym celem, lecz wydawca. Nie ma co ukrywać – zagraniczni wydawcy często spoglądają przychylnym okiem na kolekcjonerów, którzy mają tak wiele światowych wydań. Ale nie indonezyjski. Indonezyjski wydawca, Gramedia, zlecił nam poszukać książki w księgarni internetowej. Zrobiliśmy to. Wtedy do mojej świadomości zaczęło docierać, że jednak zdobycie tego wydania może nie być takie proste, jak to sobie wcześniej zakładałem. Mijały miesiące w trakcie których rozesłałem sporo maili do różnych księgarń w Indonezji. A te albo nie odpowiadały, albo nie zgadzały się na wysyłkę do Polski tudzież żądały kwot, na które moglibyśmy przystać wtedy i tylko wtedy, gdybyśmy byli już naprawdę zdesperowani. Lecz nie byliśmy. Panika nie leży w mojej naturze. Miałem doskonały motywator – wydanie z Grenlandii – skoro tę książkę udało mi się zdobyć, to i wydanie indonezyjskie nie będzie mi się wiecznie opierać. Ale opierało – długo. W 2013 roku nadszedł czas na podjęcie kolejnej próby. Tym razem napisałem do wydawnictwa Media Rodzina, które w swoim zbiorze około trzydziestu wydań „Pottera” ze świata, miało translację pochodzącą z Indonezji. Początkowo nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, dopiero w tym roku na kolejną wiadomość otrzymałem informację, że nawet jeśli wydawnictwo posiada to wydanie, to z pewnością nie jest ono na sprzedaż. Jako kolekcjoner – nie dziwię się. Też nie chciałbym sprzedać skarbu z mojej kolekcji. Ale spróbować musiałem i plułbym sobie w brodę, gdybym tego nie zrobił. W międzyczasie Natalia próbowała załatwić książkę na własną rękę – znajomy jej kuzynki bywa w Dżakarcie, stolicy Indonezji, więc teoretycznie nie powinno być trudno. Jak się jednak okazało, książki nie było w żadnej księgarni, do której się udał. Kolejna porażka.

W rok 2014 oboje z Natalią weszliśmy zdeterminowani. Nasz cel na ten rok jest prosty: skompletować kolekcję. Aż do marca nie zdawaliśmy sobie sprawy jak dużym problemem może się okazać indonezyjski „Potter”, ba, dostrzegliśmy nawet szansę na szybkie uporanie się ze zdobyciem go! Jednakże księgarnia, która miała pozwolić nam spełnić marzenie, nie tylko nam nie pomogła, ale i zrzuciła w otchłań niepewności. Wówczas zdaliśmy sobie sprawę przed jakim wyzwaniem stoimy.

Siedemdziesiąt tysięcy rupii indonezyjskich za książkę to naprawdę niewiele. Opłata za przesyłkę wynosząca ponad trzysta dziewięćdziesiąt tysięcy to już nieco więcej. Choć niecałe sto dwadzieścia złotych to i tak dobra cena. Zamówiliśmy książkę. I odetchnęliśmy z ulgą. Za wcześnie.

Nie ma możliwości płatności kartą kredytową. Jedyna opcja płatności to bezpośredni przelew na konto. No nic – to nas nie powstrzyma, ale nieco spowolni. Pojeździliśmy po Bydgoszczy, poszliśmy do jednego banku, do drugiego banku, do trzeciego… Na ogół nie było możliwości zrobienia przelewu do Indonezji, a kiedy już zdarzyło się, że jest, okazało się, że – uwaga – jakieś czterdzieści złotych będzie wynosić koszt wykonania przelewu. Ale to nie wszystko. Bo po drodze będą naliczane jeszcze inne opłaty bankowe, których nikt nie jest w stanie wskazać. Może to być sto złotych, sto pięćdziesiąt, a może być i trzysta. Nikt na dobrą sprawę nie wie, ile. Poddaliśmy się. Nie jesteśmy krezusami – nie śpimy na pieniądzach i nie możemy pozwolić sobie na żadną niewiadomą. Tym bardziej, że przygotowywaliśmy się do ślubu i do powitania na świecie naszej córki.

Kolejne maile. I następne. Zacząłem postępować jak przy wydaniu grenlandzkim – rozsyłałem maile do zwykłych mieszkańców Indonezji – głównie do blogerów. Zwróciłem się też z prośbą o pomoc do Krzysztofa, który pomógł nam już zdobyć rumuńskie tłumaczenie. Jego odpowiedź rozpaliła nadzieję w naszych sercach:

Mam koleżankę w Czechach, od której mam „Małego Księcia” po indonezyjsku. Spytam się, skąd go miała. Może ona ma jakiś kontakt.

Ale następne wieści nie były dobre:

Nie mam dobrych wiado- mości. Ta książka do Czech dotarła z Hiszpanii i nie ma możliwości dotarcia do człowieka, który ją przywiózł.

Niemniej, Krzysiek polecił mi spróbować czegoś, czego nigdy dotąd nie robiłem. Sam pomysł wydał mi się tak szalony, że aż genialny – żałowałem, że sam na niego nie wpadłem! Napisałem kolejne dwa maile. I czekaliśmy. Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy… Aż czekanie nam zbrzydło.

Byłem wkurzony. Książka, która jest dostępna w sporym nakładzie i można ją kupić niemal w każdej indonezyjskiej księgarni internetowej jest dla Polaka praktycznie nieosiągalna! Do diabła!

Choć jeszcze nie pokonany, czułem się dotkliwie obity. Zabrakło mi już pomysłów. Rozważaliśmy z Natalią najróżniejsze opcje, ale żadna nie wydawała się być dość dobra. Ale przecież musi być jakiś sposób!

Oświecenie nadeszło w maju. A było ono tak oślepiające, że niemal po omacku wystukiwałem na klawiaturze kolejne słowa w ostatnim, niemal rozpaczliwym mailu. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym zrobić. Potraktowałem to działanie jako ostatnią deskę ratunku. I nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, bo już nazajutrz nadeszła:

„Zobaczę, co da się zrobić”.
Pustka w głowie. Staram się wierzyć, że tym razem się uda i wszystko będzie dobrze, ale… No właśnie – „ale”. Już tyle razy było tak blisko. Już tyle razy sukces był na wyciągnięcie ręki, a ostatecznie wszystko rozpadało się jak domek ułożony z kart. Nie wiem, czy którekolwiek z nas wierzyło w powodzenie tej akcji, ale przecież nie mieliśmy już nic do stracenia. W najgorszym wypadku musielibyśmy uporać się z porażką do czasu, aż znowu wpadnie nam do głowy genialna myśl – a któraś z nich musiała w końcu zaowocować tak upragnionym i długo wypracowywanym zwycięstwem.

Trzy dni później…

Nadeszła odpowiedź – tak długo i tęsknie przez nas wyczekiwana przez całe miesiące. Książka za niewiele ponad trzy tygodnie będzie już u nas. I nie musimy płacić za wysyłkę z Indonezji, bo tak się składa, że nasza Bohaterka – pani Beata – w czerwcu miała przyjechać do Polski.

I w końcu dziś.

Nadeszła przesyłka. Gruba koperta. Tym razem nie martwiliśmy się, że znajdziemy w niej cegłę – już dawno nauczyliśmy się ufać ludziom, którzy naprawdę potrafią być bardzo życzliwi.

Wydanie nr 78 i zarazem język nr 74, odnalazło swój dom. „Harry Potter i Insygnia Śmierci” w języku indonezyjskim dumnie prezentują się na jednej z naszych półek. Tym, co czyni ten dzień wyjątkowym – poza zdobyciem tak długo poszukiwanej książki – jest jeszcze fakt, że właśnie dzisiaj możemy ogłosić „zdobycie Azji”. Na tę chwilę nie ma już żadnego tłumaczenia z tego kontynentu, którego nie mielibyśmy w swoim zbiorze.

Ale pomówmy o książce. Podobnie jak przy wydaniu z Malezji, tak i tu mamy do czynienia z dwoma tytułami na okładce: poza tłumaczonym tytułem znajduje się tu, bowiem, tytuł amerykański. Książki są też podobnie wydane, choć skłamałbym okrutnie twierdząc, że wydrukowane zostały na papierze tej samej jakości. Wydanie indonezyjskie charakteryzuje się bardzo cienkim, szarym papierem, jednak nie uznałbym tego za szczególną wadę owej edycji, albowiem książka licząca ponad tysiąc stron sama w sobie jest już dość gruba, toteż zastosowanie grubszego papieru znacznie zwiększyłoby jej objętość. Oczywiście i w przypadku tej książki nie zastosowano żadnego zabezpieczenia przed złamaniem się grzbietu – uważam to za porażkę całego cywilizowanego świata, bo jak można wydać książkę w taki sposób, żeby przy czytaniu nie dało się uniknąć jej nieodwracalnego uszkodzenia?

Chcieliśmy serdecznie i z całego serca podziękować pani Beacie za jej wielką życzliwość i pomoc. Dzięki takim ludziom jak Pani, wiemy, że nie każdy człowiek jest mugolem. Dziękujemy! :-)

Dzięki pani Beacie zakończyliśmy podbój Azji (przynajmniej na razie, bo wciąż nie wiadomo, kiedy na rynku pojawi się długo oczekiwane i przesuwane w czasie wydanie w języku telugu). Na tę chwilę pozostały nam dwa wydania do zdobycia. Dwa ze starego kontynentu: wydanie walenckie i świeżutkie czarnogórskie. Koniec poszukiwań sięgających wielu tysięcy kilometrów, koniec murów nie do przeskoczenia – teraz powinno być już z górki. No właśnie. „Powinno”.

P.S. Koperta, w której przybył do nas „Harry Potter” po indonezyjsku była nieco grubsza, co może wskazywać, że nie tylko książka napisana przez J.K.Rowling się w niej znalazła… Co się w niej jeszcze znalazło? Na to pytanie odpowiedź można znaleźć TUTAJ.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz