Na wielu frontach: walka o ostatnie światowe wydania


Dobrze zaczęliśmy ten rok. Już na początku naszą kolekcję wzbogaciły trzy fantastyczne wydania: malajskie, filipińskie i tamilskie. Trzy kroki do przodu. I znowu pojawienie się nowej edycji „pokrzyżowało” nam plany i wydłużyło naszą drogę do upragnionego celu. Do brakujących nam wydań: walenckiego, azerskiego, galicyjskiego i indonezyjskiego dołączyło piąte, wydane na początku kwietnia wydanie w języku telugu. Teraz, wraz z nastaniem wiosny, postanowiliśmy ponownie przystąpić do działania. Miało być rutynowo i bez przeszkód, a jednak tym razem los chciał żeby było inaczej.

NIEUDANY „ATAK”

Coraz trudniej jest wybrać translację, którą dołączymy do naszego zbioru, a to dlatego, że pozostało ich tak niewiele… Z jednej strony kusi wydanie walenckie, ponieważ w tej edycji językowej zostały wydane tylko cztery pierwsze tomy i od lat nie jest ona wznawiana… Z drugiej strony mamy banalnie proste do zdobycia wydanie galicyjskie – również pochodzące z Hiszpanii. Dalej w szranki o naszą uwagę staje edycja z Azerbejdżanu – stosunkowo trudna do znalezienia, zwłaszcza że tak naprawdę możemy opierać się tylko o jedną księgarnię, chcąc kupić to wydanie, a ta z każdym wysłanym mailem prezentuje różne warunki. Dalej mamy wydanie w telugu – świeżo wydane, jeszcze pachnące nowością. I na koniec zostaje Indonezja – warunki negocjacyjne są ciężkie, a koszt przesyłki do Polski bywa kuriozalny. Co tu wybrać?

Postanowiliśmy zacząć od najtrudniejszego w naszym mniemaniu zadania. Indonezja.

Jeszcze przed ślubem rozesłałem kilka – kilkanaście maili do tego odległego kraju, ażeby ustalić pewne opłacalne warunki. Wbrew moim wcześniejszym obawom, udało się znaleźć księgarnię, która gotowa była pójść nam na rękę. Z racji sześciogodzinnej (przed zmianą czasu na letni) i potem pięciogodzinnej (po zmianie czasu na letni) różnicy czasowej, wymiana maili polegała zwykle na wysłaniu do siebie jednego maila na dobę, co znacznie spowalnia działanie i wydłuża proces kupowania w czasie. No i oczywiście, zaostrza apetyt. Od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że zdobycie indonezyjskiego wydania będzie dla nas wielkim sukcesem, który będzie wymagał wielkiej determinacji z naszej strony. Nadchodzące odpowiedzi na maile budziły nadzieję. Ostatecznie dopięliśmy wszystkie szczegóły na ostatni guzik i przyszło zapłacić za książkę. Tradycyjnym przelewem… Tu zaczęły się schody. Dlaczego? Już objaśniam. Najkorzystniejszą formą zakupów zagranicznych jest płatność przez PayPal bądź kartą kredytową – w takim wypadku opłaty za transakcje są znikome, bądź ich w ogóle nie ma. Inaczej ma się sprawa w przypadku tradycyjnego przelewu, którego nawet nie mogliśmy wykonać z posiadanego przez nas konta! Rozwiązania problemu poszukiwaliśmy w Bydgoszczy, ale zarówno koszty przelewu przez Western Union jak i przez tradycyjny przelew bankowy są nie tylko absurdalnie wysokie, ale i nieprzewidywalne, bo „nigdy nie wiadomo jakie opłaty naliczą sobie po drodze banki pośredniczące”. Niewiedza i niepewność jest najgorszym wrogiem w takiej sytuacji. Co zrobić? Nasze działania miały nam przynieść wielki sukces i niesamowitą radość, tymczasem okazuje się, że nie mamy możliwości wyjść z tej walki obronną ręką. Musieliśmy podjąć decyzję. Albo ryzyko i walka za wszelką cenę o indonezyjskiego „Harry’ego Pottera”, albo czasowa kapitulacja i przystąpienie do kolejnego „ataku” za jakiś czas.

Podjęliśmy decyzję.

Nie była ona łatwa.

Po raz pierwszy skapitulowaliśmy. Do zakupu indonezyjskiej translacji będziemy musieli się lepiej przygotować. Być może to właśnie ta książka będzie ostatnią, którą zdobędziemy. Bo zdobyć musimy i zamierzamy to zrobić.

CO WYBRAĆ?

Zrzucam tę konieczność na Natalię. Niech ona wybierze kolejne wydanie, które sprowadzimy do Polski. Znowu nie jest łatwo. Ale ostatecznie moja żona podejmuje decyzję: azerskie. Pierwotnie zakładaliśmy sprowadzenie indonezyjskiego i azerskiego w tym samym czasie, ale potem okazało się, że zdobycie książki z Azerbejdżanu również nie jest takie proste. W międzyczasie korespondowaliśmy z księgarzami z Indonezji. I koniec końców okazało się, że to jednak azerski „Harry Potter” jest na naszej drodze. Tuż przed nami. Naprawdę ciężko jest wybrać pomiędzy azerskim, a walenckim. To z tymi wydaniami może być problem ze względu na nakład. Wybranie jednego, a odrzucenie drugiego to wielkie ryzyko. Dwóch wybrać nie możemy.

W głowie pojawia się znakomita myśl. Niewidzialna żaróweczka rozświetla się jasnym blaskiem nad naszymi głowami. Dawnośmy nie próbowali zdobyć książki w ten sposób. A może warto spróbować?


NIESPODZIEWANA WIADOMOŚĆ Z FRONTU

Uważam, że aby móc wpaść na niektóre pomysły, trzeba być wariatem. Tak już jest i tyle. Czasami najbardziej niesztampowe działanie może przynieść najlepsze rezultaty. Tym razem fantastyczne wieści dotyczą książki w edycji walenckiej. Los się do nas uśmiecha.


NA WIELU FRONTACH

Negocjacja warunków zakupu wydania indonezyjskiego, poszukiwania dostępu do azerskiego, sprawdzanie gdzie i za ile dostępne są wydania walenckie i galicyjskie, no i oczekiwanie na premierę edycji w telugu. I to wszystko na raz. Czasami można się zakręcić tak, że nie wiadomo, w którą stronę do przodu. Na szczęście nasze działania – poza porażką w Indonezji, przynoszą pożądane skutki i to jest najpiękniejsze w tej kolekcji. Wkrótce możemy się spodziewać trzech przesyłek. Oznacza to, że udało nam się odnaleźć „aurea mediocritas” i ruszyliśmy do przodu jak burza. Teraz trzeba czekać na materialne wyniki naszych starań. „Wielka Piątka” niebawem stanie się „Wielkim Duetem” – z pięciu poszukiwanych książek zdobędziemy trzy, co oznacza, że przed nami zostaną już tylko dwie translacje do zdobycia.

I chyba już wiemy, z którym wydaniem przyjdzie nam się zmierzyć na sam koniec. Bowiem wszystko wskazuje na to, że będzie to Indonezja. To zaś oznacza, że przed nami jest postawione naprawdę wielkie wyzwanie…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz