Moja myślodsiewnia

Będzie trochę nietypowo. A to za sprawą mojego przeświadczenia, że czasami potrzeba oczyścić swój umysł i dać upust mnożącym się w głowie refleksjom. Moją jedyną myślodsiewnią jest blog – cóż mi zatem pozostaje, jeśli nie podzielenie się myślami właśnie na nim?

Chciałbym dzisiaj podzielić się moją wiarą w siebie i poczuciem wartości. Uważam, że w dobie wszechobecnego Internetu, portali społecznościowych i brutalnego oceniania się nawzajem, bardzo ważne jest, by wierzyć w siebie i dążyć do swoich celów. Tylko wtedy człowiek pozostaje sobą, a nie staje się małpą tańczącą pod muzykę, którą się jej zagra. Oczywiście, swoje przemyślenia odniosę do „Harry’ego Pottera”, bo jakżeby inaczej. Może moja opowieść komuś pomoże? Nie wiem – nie mnie to wiedzieć. Ja chcę jedynie podzielić się swoimi przemyśleniami, a jeśli wyniknie z tego coś dobrego dla innych, pozostaje mi się z tego cieszyć.

Im więcej czytam maili wychwalających moją wytrwałość i determinację w kwestii spełniania marzeń, tym bardziej dochodzę do wniosku jak niesprawiedliwie jestem oceniany przez Czytelników piszących do mnie te wiadomości. Moja wytrwałość i determinacja nie były niczym innym niż chęcią ucieczki ze świata, do którego nie pasowałem i w którym źle się czułem. Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy zetknąłem się z „Harrym Potterem”, byłem totalnym outsiderem, wyrzutkiem bez przyjaciół i kogokolwiek spoza rodziny, komu by na mnie zależało. Miałem wtedy dwanaście lat, czyli byłem już w wieku, kiedy pragnąłem kochać i być kochanym – słowem: chciałem odwzajemnionej miłości. Ale jej nie dostałem. Zamiast niej byłem notorycznie poszturchiwany i poniżany przez rówieśników, którzy sądzili, że są ode mnie lepsi. A ja stopniowo zaczynałem w to wierzyć. „Harry Potter” był moją ucieczką. Pozwalał mi powoli nabierać odwagi do tego, żeby powiedzieć: „nie”. I w końcu odważyłem się na ten krok. Skończyły się wyłudzenia pieniędzy, skończyły się poszturchiwania. W szkole wybuchła afera – moją sprawę starała się rozwiązać dyrekcja szkoły. Tylko jak rozwiązać konflikt, w który zamieszana jest „banda” nieprzeciętnych uczniów, w tym wielkiego szkolnego prymusa i jeden cichy, spokojny i dobrze uczący się outsider? Pani wicedyrektor zadawała sobie pytanie: wyrzucić grupę dobrze rokujących uczniów czy jednego cichego, który pewnie i tak nie będzie miał w życiu siły przebicia? Niemal od razu postawiła na mnie krzyżyk. Dzięki Bogu, że nie była wtedy dyrektorką tej szkoły, a aktualna pani dyrektor miała zupełnie inne spojrzenie na sprawę. Ostatecznie wszystko rozeszło się po kościach i nikt nie został ukarany. Ot, sprawiedliwość. Ale mnie to wystarczało – „Harry Potter” pomógł mi się wyzwolić. I jakkolwiek byłem „obity” i nieustannie poddawany niesłusznym oskarżeniom, udało mi się przetrwać. Dzięki „Potterowi”. To wtedy postanowiłem się zmienić i zbudować coś na podstawie tego, co kocham. Wielka kolekcja zagranicznych „Potterów” oraz bagaż spełnionych marzeń są idealnym dowodem na to, że mi się udało. Tyle, że ten sukces nigdy nie miał takiego smaku o jakim marzyłem. Choć dążąc do celu, nieustannie walczyłem ze sobą i pokonywałem swoją nieśmiałość, zawsze brakowało mi wsparcia. Moi rodzice wspierali mnie w mojej pasji – uważali ją z pewnością za dziwną, ale przez wiele lat nie krytykowali. Co innego rodzeństwo. Moim braciom bardzo nie podobało się to, co robię. Bolało ich na co wydawane są pieniądze. Nie było lekko. Mnie bolała ich ignorancja, ale nie poddawałem się. Później, po kilku latach, trafiłem do pracy, za którą nie przepadałem. Ale to właśnie tam odnalazłem pierwsze oznaki zrozumienia – spotkałem ludzi, którym imponowało to, co robię. Nawet moi przełożeni byli zafascynowani moimi sukcesami na tym polu i wypytywali mnie o kolejne kroki. To było miłe, ale to nie byli ludzie, którzy mieliby dla mnie większe znaczenie. Bo muszę przyznać, że jestem z natury samotnikiem. Nie lubię spotkań z ludźmi i stronię od nich. Wyjątkiem są ewentualne wystąpienia, na których mam poprowadzić jakąś prelekcję – wtedy przynajmniej wiem, co mam mówić i zawsze czuję się perfekcyjnie przygotowany. Ale wracając do pracy – to byli tylko znajomi. Nasze kontakty zaczynały się w pracy i tam kończyły. Moje życie poza pracą oddane było „Harry’emu Potterowi”. Moim marzeniem było zbudowanie największej na świecie kolekcji zagranicznych wydań. A moją rzeczywistością było wypłakiwanie się nocami w poduszkę. Czułem się jak król Midas. Miałem to, czego chciałem, ale to było dla mnie za mało. Moim największym marzeniem nie była gigantyczna kolekcja, splendor, sława i chwała z nią związane. Moim największym marzeniem była prawdziwa miłość.

Przez całe lata robiłem coś dla innych. Pracowałem dla innych. Starałem się dla innych. Sam zamykałem się w świecie „Harry’ego Pottera” i to pasji oddawałem całość swojego czasu. Wszystkie moje „dobre” znajomości miały swój początek i koniec w sieci – najlepiej rozmawiało mi się z Czytelnikami bloga, którzy chcieli ze mną rozmawiać. Czułem się wtedy bardziej wartościowy. Im dalej do przodu szedłem, tym bardziej moja pasja oddalała mnie od rodziny. Nigdy nie ceniłem sobie niewolniczego życia. Moim światem były marzenia i niemal za każdym razem natrafiałem na mur. Bo ktoś mi zawsze wmawiał, że coś jest niemożliwe, a ja z uporem maniaka dążyłem do realizacji zamierzonych celów i udowodnienie, że wszystko jest możliwe.

Kolekcjonowałem książki, autografy, gadżety, prowadziłem bloga i starałem się uczestniczyć w ważnych potterowskich wydarzeniach. To był mój cały świat. Ale któregoś dnia odwiedził mnie mój największy życiowy wróg. Była to Wątpliwość. Czy człowiek taki jak ja może zbudować sobie szczęśliwe życie? Czy taki odludek może znaleźć kogoś, kto go pokocha? Coraz częściej słyszałem: „pora na wyrzucenie Pottera i zaczęcie prawdziwego życia”. Ale czym jest prawdziwe życie? Spoglądałem na przykład swojej rodziny i w moich bliskich dostrzegłem coś, co mnie przeraziło: bezsensowność egzystencji. Nie chciałem się stać taki jak oni. Nie chciałem dać się wciągnąć w nudne życie, którego jedynym celem jest robienie tego, czego się ode mnie wymaga. Byłem jak samotna wieża, którą bombardowano z każdej strony. „Jesteś w takim wieku, że powinieneś już myśleć o rodzinie!”, „myślisz, że jakakolwiek dziewczyna zaakceptuje twoje dziwactwa?”, „pora przestać żyć w świecie bajek, bo życie to nie jest bajka”. Załamałem się. Rozbudowa kolekcji szła mi doskonale, ale zaczęło brakować zapału. Kolejne sukcesy już tak nie cieszyły. Nie było się z kim cieszyć. Znajomości internetowe zaczęły się sypać.

W mailach czytam o MOJEJ wytrwałości i MOJEJ determinacji. Ale to nie wytrwałość i determinacja pozwoliły mi odetchnąć na nowo i czerpać z pasji więcej przyjemności niż kiedykolwiek wcześniej. Pozwoliła mi na to Ona. Natalia weszła na mojego bloga ot tak. Skomentowała. A mnie coś natchnęło, żeby jej odpowiedzieć. Resztę historii znacie.

Natalia zaakceptowała moje „dziwactwa” i co więcej, zechciała żyć w tej samej „bajce”, co ja. To ona nadała sens wszystkiemu, co robiłem przez te wszystkie lata. To przy niej moja pasja nabrała prawdziwego znaczenia. Kiedyś „Potter” pomagał mi oderwać się od świata, potem pomógł mi się zmienić – sprawił, że moje życie stało się lepsze. Nie sprawili tego przyjaciele, ani rodzina (wszak i rodzina w końcu przestała mnie wspierać w moich dążeniach) – sprawiła to książka i J.K.Rowling.

Byłem kopany i poszturchiwany, każdego dnia skazywano mnie na brak zrozumienia i na litościwe spojrzenia. Nie ugiąłem się, ponieważ wiedziałem, czego chcę. Zyskałem wiarę w siebie, która wiodła mnie do przodu i nigdy nie pozwalała się zatrzymać. Popełniłem wiele błędów. Zaufałem wielu niewłaściwym ludziom. Ostatecznie odnalazłem szczęście. Jako ja. Nie jako ktoś inny. Wiem jak czasami jest trudno iść przed siebie, kiedy wszyscy są przeciwko. Wiem jak trudno jest się podnieść, kiedy ludzie ciskają w nas gromy – zwłaszcza ci najbliżsi. Ale wiem też, że jeślibym sam nie wytrwał w swoim postanowieniu, dzisiaj nie miałbym nic. Nie miałbym swojej kolekcji, nie miałbym swoich planów i nie miałbym tego, co najważniejsze – Miłości. Gdybym kiedykolwiek posłuchał kogoś innego niż samego siebie, nigdy nie poznałbym Natalii – najwspanialszej kobiety na calutkim świecie. Moje postanowienia, determinacja i nieustępliwość sprawiły, że jestem dzisiaj tym, kim jestem. Mimo wielu problemów, w które zostałem wpakowany przez ludzi niegodnych zaufania, mam szczęśliwe życie. Nie jestem już outsiderem i wyrzutkiem, lecz człowiekiem, który otrzymuje fantastyczne, ciepłe wiadomości od Czytelników bloga. Dzięki „Harry’emu Potterowi” zmieniłem się i podjąłem walkę, ale to dzięki Natalii w pełni uwierzyłem w siebie. Teraz czuję, że nic i nikt mnie nie zatrzyma. Stąd mój manifest: jeśli czegoś pragniesz, nie patrz na innych. Bo inni nigdy nie zrozumieją. Ja mogłem żyć jako przeciętniak i umrzeć jako przeciętniak. Ale nie chcę być przeciętniakiem i nigdy nie chciałem. Mam marzenia, a teraz mam kogoś, z kim dążenie do ich realizacji i spełnianie ich, będzie najwspanialszą rzeczą na świecie.

Wiem jedno: jeśli w sercu goreje prawdziwe, olbrzymie pragnienie do robienia czegoś niezwykłego, warto przeciwstawić się wszystkim – łącznie z najbliższą rodziną. Nagroda za wierność sobie i swoim przekonaniom może być równie cudowna jak w moim przypadku. Warto dążyć do swojego, choćby i wszyscy mieli nas nazwać egoistami. Nie jest zbrodnią bycie egoistą. Zbrodnią jest nie mieć własnych pragnień. Jeśli czegoś naprawdę pragniesz, żadna siła nie jest w stanie przeszkodzić Ci w realizacji tego. Wszystko, co Cię może zatrzymać, znajduje się w Twojej głowie. Uwierz w siebie, a ujrzysz świat piękniejszym.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Poruszający, dobry tekst... I tak idealnie pasuje tu cytat z pewnego komiksu: "Jakość życia zależy od tego, co z nim zrobicie. Jedyne ograniczenie to wasza własna wyobraźnia."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Twój komentarz, a zwłaszcza podany przez Ciebie cytat, uświadomił mi, że w pewnym stopniu mój tekst ma podobną wymowę do przemówienia Rowling wygłoszonego na uczelni w Harvardzie (jeden z najnowszych wpisów na blogu). Paradoksalne jest to, że pisząc mój tekst w ogóle nie myślałem o przemowie Rowling :-)

      Usuń