vanitas vanitatum et omnia vanitas

To nie będzie wpis na temat pasji, ani też nie będzie przeciwko niej. Nie będę w nim też nikogo rozliczał, ani poddawał niczego pod jakikolwiek osąd. Czymże więc będzie ten wpis odnoszący się już w swoim tytule do klasyki? Ano, będzie on o przemijaniu. I refleksjach. Będzie o tym jak zmieniło się moje podejście do wielu spraw na przestrzeni lat. I o tym, co się nie zmieniło. Rzec zatem można, iż będzie on o wszystkim i o niczym. Tudzież o niczym i o wszystkim. Najlepiej jednak będzie, jeśli przerwane zostaną te filozoficzne rozmyślania, a przedstawione zostaną fakty przez człowieka, który wstępując w ćwierćwiecze swojego życia, chce podzielić się swoimi refleksjami.

Fenomen „Harry’ego Pottera” to wielkie komercyjne szaleństwo, które przez pierwsze cztery lata swojego egzystowania opierało się jedynie na książkach. Aż do 2001 roku nie było ani filmów, ani zabawek, ani gazetek, ani przedstawień teatralnych i masy tego całego ustrojstwa, które zostało „wyrzygane” przez ów fenomen w późniejszych latach. „Harry Potter” nie wyskakiwał jeszcze z lodówki, dziewczynki nie czerwieniły się jeszcze na widok Toma Feltona, a chłopców nie rozgrzewały myśli o Emmie Watson. Była książka. Tylko lub aż. I wspaniała pisarka skryta za nią. Joanne Rowling, samotna matka wychowująca córkę. Współczesny Kopciuszek – idealnie wykreowany przez światowe media i wydawców. Marketingowo mistrzowskim zagraniem było narobienie szumu wokół pisarki, ażeby sprzedały się jej książki. Debiutant nigdy nie ma łatwo. Ludzie kupują to, co znają. Rowling miała niebywałe szczęście – większe nawet od talentu, trzeba przyznać. Co nie umniejsza, oczywiście, genialności „Harry’ego Pottera”.

I w tym całym zamieszaniu pojawiło się miejsce dla dwunastoletniego chłopca z Polski. Typowego outsidera, którego nękano w szkole i wyłudzano od niego pieniądze (co skończyło się ogólnoszkolną aferą). Byłem Harrym bez okularów i blizny. Przynajmniej w szkole. Banda mnie ścigała, a ja uciekałem. A w domu siedziałem cicho i nie przyznawałem się do swoich problemów, bo nie chciałem wyjść na mięczaka. I wtedy w moim życiu pojawił się „Harry Potter”, który nauczył mnie jak walczyć o siebie i nie pozwolić się, mówiąc oględnie i dosadnie, gnoić. Moje problemy szybko się skończyły, a ja mogłem zacząć żyć w spokoju. Nie nękany już przez nikogo i zadowolony ze swojego życia, choć składała się na nie jedna para spodni od garnituru i kilka koszulek. Niektórzy nazwaliby ten okres mojego życia „biedą”, ja określiłbym go raczej jako „stan przejściowy”. Ale, koniec końców, w Harrym miałem magicznego brata bliźniaka, którego pokochałem od samego początku. Zatonąłem w książkach o nim i czytałem je bezustannie. A kilka miesięcy później dałem się porwać magii filmów i całej tej komercji, która narastała wokół marki. Bo „Harry Potter” stał się globalną marką, a jego pozycja z dnia na dzień rosła. Ja starałem się nadążać za tym wszystkim. Chodziłem do kina na wszystkie filmy serii, kupowałem różne gadżety i każdą gazetę, na okładce której pojawiła się znajoma twarz. Wydawałem kupę pieniędzy, odmawiając sobie jedzenia w szkole, rezygnując z nowych ubrań czy innych przyjemności – ceną bycia fanem „Harry’ego Pottera” było moje – mogę to tak nazwać? – niechlujstwo. Oczywiście, kiedy w 2006 roku przełamałem się i zacząłem zbierać zagraniczne wydania „Harry’ego”, znowu poczułem się jak na starcie mojej przygody z nim. Oderwałem się od tej całej komerchy i wróciłem do klasycznego piękna. Piękna książki. Jednocześnie i tak wydając każdy grosz na wszystko to, co było związane z „Potterem”. Każdy film, gra, dodatek, gadżet, replika czy inne rzeczy odbiegające coraz dalej od samej J.K.Rowling, zaczęły się piętrzyć na moich półkach. Tak samo i autografy odtwórców ról w filmach o Harrym – stopniowo, acz skrupulatnie, zaczęły wypełniać album na zdjęcia. A potem była Światowa Premiera i wyjazd do WB Studio Tour w Londynie. Niczego nie żałuję. Ani jednego wydanego grosza. Chciałem tego i robiłem to. Bezwiednie. Z potrzeby serca. Przez wiele lat.

A teraz patrzę na te wszystkie kartony i półki. I co widzę? Widzę piękną kolekcję książek – sens mojej pasji i jej serce. Widzę wiele lat oddanych marzeniom i realizację ich w zasięgu ręki. Widzę spełnienie swojego hobby. Jest tuż, tuż. Lecz poza tym widzę coś jeszcze… Kilka edycji słabych filmów, produkty masowej produkcji, plakaty, wycinki z gazet i mnóstwo innego tałatajstwa będącego rzygowinami komercji i fenomenu. Każdy zbiera to, co lubi. Każdy uznaje za wartościowe to, co chce. Szanuję poglądy wszystkich – każdy pasjonat – czy to zbierający zagraniczne wydania „Pottera” czy autografy albo gadżety filmowe, o ile nie jest rozpieszczonym bachorem, który wszystko dostaje ot tak, po prostu, ma mój bezwzględny szacunek. Bo sam wiem, ile się trzeba nieraz „nastękać” i nasapać, ażeby wejść na szczyt i dobrnąć do celu.

Sam zaś, a raczej nie sam, gdyż w towarzystwie ukochanej osoby, zacząłem oddzielać ziarno od plew. Komercja idzie w odstawkę. Koniec z gadżetami, koniec z marketingiem. I koniec ze zbieraniem podpisów ludzi, dla których jestem tylko jednym łbem w tłumie. Cudownie było odnosić przez te wszystkie lata sukcesy na polu autografowym. Może i raz na jakiś czas naskrobię jakiś list i spróbuję zdobyć czyjś podpis. Ale nie będę konał z rozpaczy, jeśli tego nie zrobię lub jeśli odpowiedź nie nadejdzie. Podejdę na luzie. Bo swoje zwycięstwo już osiągnąłem. Wraz z Natalią dochodzimy do finału. A gdy go osiągniemy, nie skupimy się na autografach czy gadżetach. Będziemy dbać o to, by nasz zbiór stale był aktualny. Może go rozszerzymy o mnogie wydania w poszczególnych językach? Resztę czasu oddamy temu, co kochamy – przede wszystkim sobie, naszej tworzącej się rodzinie. I książkom – zamierzam pisać dalej, drugi tom „Dłużników Śmierci”, mojego debiutu literackiego, już się tworzy. Czytaniem publikacji innych autorów także nie pogardzę. A co z „Potterem”? On będzie z nami zawsze. Lecz od teraz już tylko w tej klasycznej formie – książkowej. W formie, która sprawiła, że mój świat stał się naprawdę magicznym miejscem i dzięki której poznałem największą magię, o której pisała J.K.Rowling. Magię miłości. A komercji – precz!
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz