Rzecz o powrocie do gry, czyli o zdobyciu wydania nr "73" i walce o inne

POWRÓT DO WALKI…

Chyba nigdy nie zapomnę nazwiska pewnego skromnego Grenlandczyka, pasjonata fotografii i bibliotekarza. Kiedy już przeszukałem wszystkie duńskie i grenlandzkie księgarnie internetowe, zamieściłem w języku duńskim ogłoszenia na forach i rozesłałem maile do wszystkich użytkowników Facebooka z Grenlandii, podjąłem się ostatniej, rozpaczliwej próby zdobycia wymarzonej książki. Do blisko stu grenlandzkich bibliotek wysłałem wiadomość na temat poszukiwanej przeze mnie pozycji. Nie dbałem już o to czy będzie ona nowa czy nie. Mogłaby i być klejona taśmą nawet po tysiąckroć, a ja i tak ucieszyłbym się z niej jak dziecko. Na szczęście los był dla mnie łaskawy, a Hans Petersen stał się człowiekiem, któremu jestem niezmiernie wdzięczny za to, co dla mnie zrobił, kiedy zgodził się odsprzedać mi swój własny egzemplarz „Harry’ego Pottera” w języku kalaallisut. Wysłałem prawie 100 EURO obcemu człowiekowi i mogłem jedynie mieć nadzieję, że ta historia dobrze się skończy…

Tamto zwycięstwo uświadomiło mi, że najlepiej smakuje wygrana po długiej i ciężkiej walce. Blisko miesiąc walczyłem zażarcie o tego najbardziej unikalnego na świecie „Pottera”.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ to jest dobry motywator dla mnie. Wspomnienie zdobycia grenlandzkiego tłumaczenia sprawia, że czuję automatyczny napływ energii i dobrej wiary. Czuję się niezwyciężony. Zwłaszcza, że niebawem po grenlandzkiej książce udało mi się zdobyć kolejne trzy, najtrudniejsze do zdobycia wydania – gruzińskie, macedońskie i mongolskie. Dalej miało pójść jak z płatka…

Ale nie poszło. Okazuje się, że znowu trzeba walczyć. A ja „zdziadziałem”. Przeszukiwałem sieć w poszukiwaniu wydania indonezyjskiego, malajskiego, filipińskiego, tamilskiego, galicyjskiego i azerskiego. Indonezyjskie i tamilskie łatwo znaleźć, ale trudniej skontaktować się z wydawcą w celu ustalenia kosztów wysyłki. W przypadku galicyjskiego mogę poczekać, bo to wydanie nie zaginie. Za malajskim trzeba się było „nabiegać”, ale w końcu udało się znaleźć okazję. A cena wysyłki do Polski filipińskiego jest horrendalna. Najgorzej jest jednak z azerskim, bo wydawca ma problemy finansowe – urząd skarbowy już dobija się do drzwi – trzeba uważać, żeby książka nie stała się takim białym krukiem jak wydanie z Grenlandii. Koniec końców, wniosek jest jeden – znowu trzeba się naszukać. Z racji tego, że księgarnie nie pomagają, a moje narzekanie na to przechodziło już ludzkie pojęcie, Natalia zadała mi fundamentalne pytanie: „a czy nie możesz zrobić tego samego, co z grenlandzkim?”. Odpowiedź nie nasuwa się sama. Bo niby mogę, tyle że kupno grenlandzkiego wydania wiązało się ze sporym ryzykiem, a z drugiej strony – czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Może warto posłuchać przyszłej żony? Nie wiem, ale podbój Filipin właśnie się rozpoczął.

Jaki będzie finał tej historii? Dowiemy się w ciągu miesiąca. Ale wiem, że będzie pozytywny, bo trafiliśmy na prawego człowieka, który bardzo chętnie nam pomoże. Chętnie opiszę za jakiś czas wszelkie walory tagalskiego „Harry’ego Pottera” – nasz numer „74” jest w zasięgu ręki. Albo kilku tysięcy rąk, albowiem nadal jeszcze tkwi na Filipinach. Ot, mały szczegół.

I celowo wspomniałem o numerze „74”, albowiem „73” to temat zamknięty…

To kolejna historia godna opowiedzenia, zwłaszcza, że po raz pierwszy coś takiego nam się przytrafiło. Posłuchajcie…

„HARRY POTTER” NA OKU CELNIKA…

W przedostatni dzień roku w pewnym odległym kraju – położonym ponad 9000 kilometrów od Polski – nadano ważącą niewiele ponad pół kilograma przesyłkę, która już następnego dnia znalazła się w Kuala Lumpur. To właśnie stąd została wysłana pierwszego dnia 2014 roku do Polski. Jej podróż trwała trzy dni – dni, w których pokonała dalszy dystans niż mógłbym to sobie wyobrazić. Trafiwszy do Warszawy najwyraźniej wzbudziła spore zainteresowanie ze strony urzędu celnego, albowiem ci postanowili ją zatrzymać do kontroli. Czy ją skontrolowali? Tego nie wiem, ale jeśli tak, z pewnością ich ciekawość wzbudziła znana im okładka książki w nieznanym języku.
Tymczasem dni mijały, a wyczekiwana paczka nie nadchodziła. Otrzymaliśmy natomiast list wysłany z Zabrza. Poinformowano mnie w nim, że moja paczka została zatrzymana przez celników i muszę teraz przedłożyć wszelkie wyjaśnienia dotyczące tego, co znajduje się w paczce, jaka jest tego wartość i do jakiego celu została sprowadzona do Polski… Nie muszę mówić, jak bardzo zdziwiło nas to zawiadomienie, zwłaszcza, że jak dotąd nigdy nam się to nie przytrafiło, a sprowadzaliśmy już książki z odległych krajów – jak choćby z Nepalu czy Kambodży… A jednak. W odpowiedzi na list, wysłałem maila wraz z dowodem internetowego zakupu. Odpowiedziała mi cisza. Dzwoniłem. Bezskutecznie. W końcu udało mi się połączyć z panią zajmującą się zagranicznymi przesyłkami. Łaskawie sprawdzono przy mnie zawartość skrzynki pocztowej i potwierdzono nadejście wiadomości, lecz polecono mi wysłać ją jeszcze raz z załącznikiem zapisanym w innym formacie. To też uczyniłem. I… cisza. Kolejny dzień to kolejne maile z mojej strony i próby dodzwonienia się – w końcu należałoby informować o wszelkich podejmowanych krokach, tymczasem nie było wiadomo, ani kiedy informacja dotrze do służb celnych, ani czy jest wystarczającą, że o terminie doręczenia paczki nie wspomnę… W piątek – po wysłaniu kolejnej wiadomości i poprzysięgnięciu sobie ochrzanienia pierwszej osoby, która odbierze telefon za ignorowanie petentów, nim zdecydowałem się na wykonanie owego telefonu, otrzymałem odpowiedź: „Przesyłka w dniu dzisiejszym została wysłana na adres podany przez nadawcę”. No w końcu! Na szczęście, w końcu przesyłka dotarła do nas – cała i zdrowa – więc nie będzie więcej narzekania i biadolenia, a miast tego będzie celebracja. To nasz 73-ci język!

A jaki morał z tej opowieści? Upierdliwy celnik jest w stanie trzymać łapę na paczce dłużej, aniżeli trwa jej wędrówka z drugiego końca świata… Ot, kolejne doświadczenie warte zapamiętania.

Malajska edycja „Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic” to cudowne rozpoczęcie przez nas kolejnego roku kolekcjonerskiego! Z pewnością nie ostatniego, albowiem wciąż pojawiają się nowe tłumaczenia książek z serii napisanej przez J.K.Rowling, lecz wierzymy, że po tym roku już nie będziemy musieli tyle się trudzić, ażeby zdobywać pojedyncze, nowe translacje pojawiające się na rynkach różnych zakątków świata. A skoro mowa o nowych edycjach, warto zastanowić się nad tymi, które już od wielu lat są dostępne na rynku – chodzi o samozwańcze, „różne” wydania. Pojawia się tutaj jedno zasadnicze pytanie: czy aby ktoś nie robi nas w balona? A jeśli nie, to czy na pewno na naszej liście wydań do zdobycia, znajdują się wszystkie pozycje?




NIEWYJAŚNIONE SPRAWY: KATALOŃSKI kontra WALENCKI

Sprawa walenckiego „tłumaczenia” od samego początku budziła moje wątpliwości. Zarówno na stronie agenta literackiego J.K.Rowling, jak i na jej oficjalnej stronie internetowej, widniała informacja, jakoby istniała walencka edycja „Harry’ego Pottera”. Postanowiłem to sprawdzić. Moje poszukiwania jasno wykazały, że język kataloński i walencki jest tym samym – ostatecznie w 2006 r. uznano te języki za tożsame, tyle, że kataloński jest językiem urzędowym w Andorze, a ponadto używany jest w hiszpańskich wspólnotach autonomicznych: Katalonii i na Balearach., natomiast walencki używany jest w Walencji, regionie również mieszczącym się w Hiszpanii. Urzędowo rzecz biorąc, język kataloński i walencki to tak naprawdę jeden język. Różnica pojawia się dopiero, kiedy rozpatruje się walencki jako południowy dialekt katalońskiego. Ale czy ta różnica sprawiła, że konieczne było wydanie nowej edycji „Harry’ego Pottera”? Powody były zupełnie inne.


Żeby je pojąć, należy cofnąć się o wiele lat wstecz… Żeby nie zaczynać od środka, zacznę od początku.

Czternaście miesięcy po wydaniu brytyjskiego „Kamienia Filozoficznego”, na rynku amerykańskim pojawiła się adaptacja tejże książki zatytułowana: „Kamień Czarodzieja”. Miało to służyć temu, by amerykański czytelnik poczuł, że książka skierowana jest do niego, przez co miała stać się dlań bliższa. Jeśli chodzi o pierwsze tłumaczenia na języki romańskie, nie trzeba było długo czekać: pierwsza translacja – na język włoski pojawiła się już w maju 1998 roku (jeszcze przed wydaniem amerykańskim!), francuska w październiku 1998, hiszpańska kastylijska w styczniu 1999, a portugalska, rumuńska i katalońska pod koniec 1999 roku. Co ciekawe, katalońskie wydanie zostało opublikowane w tym samym czasie, kiedy pojawiły się tłumaczenia na języki używane przez mniejszą grupę ludzi i o mniejszym znaczeniu ekonomicznym. Ani portugalskie, ani rumuńskie wydanie nie mogło równać się z zasięgiem, który miała katalońskojęzyczna edycja.

„Harry Potter” w języku katalońskim został wydany przez wydawnictwo Empuries, a jego tłumaczem była Laura Escorihuela (ta sama, która nie zgadzając się później na warunki stawiane przez Warner Bros., została odsunięta od pracy przy kolejnych tomach serii). Książka była dystrybuowana na wszystkich terytoriach, gdzie porozumiewano się po katalońsku – w tym i w Walencji. Zaskoczeniem było, że w obrębie Katalonii do 2001 roku rozeszło się 73 tysiące egzemplarzy książki, a w Walencji zaledwie 1200 sztuk. Wówczas wydawnictwo Empuries zwróciło się z prośbą do pisarza, Salvadora Company, o zaadaptowanie katalońskiego tłumaczenia na język walencki. Kiedy praca Company’ego została ukończona, nie spodziewający się żadnego sukcesu sprzedażowego, wydawca zdecydował się oddać prawa do walenckiej edycji wydawcy z Walencji – Tandem Edicions, który i tak należał do tej samej spółki, co Empuries. Ostatecznie, walencka adaptacja „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego” pojawiła się na rynku w listopadzie 2001 roku, w czasie kiedy do kin trafił pierwszy film na podstawie serii.

Jakie zmiany?

Z racji tego, że walencka edycja to adaptacja tłumaczenia Laury Escorihuela, zmiany dotyczą z reguły pojedynczych słów (zamienianych na bardziej potoczne), form gramatycznych czy zastosowania innych zwrotów, mających bardziej przemówić do czytelnika z Walencji.
Zmianom uległy niektóre normy morfosyntaktyczne, morfologiczne, a także zastąpiono niektóre słowa pochodzenia angielskiego.

Ogólnie rzecz biorąc, kiedy w grudniu 2001 roku na rynku pojawiła się druga część „Harry’ego Pottera” zaadaptowana na język walencki, wydawnictwo Tandem mogło mówić o niemałym sukcesie, albowiem rozeszło się aż 6 tysięcy kopii książki! Wkrótce znajdowali się tacy, którzy krytykowali tłumaczenie Escorihueli, twierdząc, że dopiero Company wydobył głębię z tych książek (pomijając fakt, że swoją pracę opierał jedynie na tłumaczeniu katalońskim…). Nieuniknione były kłótnie w tym temacie, ponieważ większość zdecydowanie obstawała przy tym, że idiotycznym pomysłem było publikowanie walenckiego „Pottera”. Niemniej, różnica w sprzedaży książek wykazała, iż czysto pod kątem marketingowym to zagranie się opłaciło. Zwłaszcza, że w tekście nadal więcej jest katalońskiego od walenckiego, a wydawca tłumaczenia katalońskiego zyskał, ponieważ w języku walenckim pojawiły się tylko dwa pierwsze tomy serii. Kolejne, oczarowany czytelnik z Walencji, zmuszony jest czytać w języku katalońskim. Tylko, czy to dla niego wielka różnica? Językowa – z pewnością nie. A mentalna? Kto wie?

Ostatecznie wychodzi na to, że jednak nie można zapomnieć o walenckiej adaptacji katalońskiego „Harry’ego Pottera”, albowiem byłoby to równoznaczne z odrzuceniem amerykańskiej adaptacji brytyjskiego. Wniosek? Nasza droga do końca, ponownie, nieco się wydłuża.

ILOŚĆ WYDAŃ „HARRY’EGO POTTERA” A ILOŚĆ JĘZYKÓW, W KTÓRYCH ZOSTAŁ WYDANY…

Pewne kwestii podlegają dyskusji, inne nie. Pora na rozwianie wszelkich wątpliwości, co wiąże się z używanymi przez nas określeniami. Profesjonalizm wymaga, byśmy liczyli i podawali ilość języków, w których wydany został „Harry Potter” niezależnie od ilości transkrypcji, czyli rodzajów zapisu. Co to oznacza? Że w czystej teorii nie powinno się liczyć wydania angielskiego amerykańskiego w transkrypcji Braille’a jako osobnego tłumaczenia, albowiem różnicę stanowi jedynie sposób zapisu. Analogicznie sprawa wygląda w przypadku wydań z Serbii, które opublikowane zostały zarówno w transkrypcji łacińskiej jak i cyrylicą. Wniosek? Tłumaczenie jest jedno, a dwa sposoby zapisu. Idąc dalej tropem dedukcji, nie powinno się rozdzielać wydania angielskiego amerykańskiego od angielskiego brytyjskiego, albowiem to pierwsze nie jest tłumaczeniem tego drugiego, a jedynie jego adaptacją. Tak samo jak walenckie jest adaptacją katalońskiego. Inaczej sprawa ma się natomiast z wydaniami tureckimi, które są translacjami poczynionymi przez różnych tłumaczy i wydanych przez różnych wydawców – stąd podział na dwa tłumaczenia.

Jaki jest z tego wszystkiego wniosek?

„Harry Potter” został wydany w 75 językach, w 79 wydaniach – w dodatkowe wydania wliczają się adaptacja amerykańska, walencka oraz dwie edycje serbskiej translacji. Posługując się na blogu określeniem: „posiadamy „Harry’ego Pottera” w tylu, a tylu wydaniach” określamy ilość rzeczonych wydań, nie translacji.

A NA KONIEC…

Skoro wszystko mamy już wyjaśnione, przejdę do końca. Zabawne, że ten wpis powstawał przez prawie tydzień i niemal każdego dnia dopisywałem doń przynajmniej po jednym akapicie. Stąd jego rozmiar. Ale do konkretów… Nasza walka o brakujące edycje trwa. Obecnie swoją uwagę skupiamy na Azji, lecz skłamalibyśmy mówiąc, że nasze plany nie sięgają dalej. Już teraz możemy mówić o numerze „76”, a może „74” lub „75”? To zależy od tego, która książka dotrze do nas pierwsza…

Nie wybiegajmy jednak w przyszłość. Na dzień dzisiejszy mamy wspaniałe 73 wydania „Harry’ego Pottera” w 70 językach! Do pełni szczęścia, na chwilę obecną brakuje nam tłumaczenia indonezyjskiego, azerskiego, galicyjskiego, tamilskiego, filipińskiego i wydania walenckiego. Trzy spośród tych wydań są już w drodze. O filipińskim mówiłem, ale na temat tamtych dwóch będę milczał jak grób! Tak czy siak, to będzie mocny początek roku 2014!
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz