Ostateczne rozliczenie z filmami

W tym roku moje życie przechodzi prawdziwą rewolucję. Już za niewiele ponad trzy miesiące będę ojcem, w związku z czym wszystko stanie na głowie i zmieni się nie do poznania. Być może to właśnie świadomość tak ważnych zmian w życiu sprawia, że przysiadam i zaczynam wszystko roztrząsać w myślach. Na nowo stawiam sobie pytania, na które zdawałem się znać odpowiedź od wielu lat. 

I choć jeszcze do niedawna odpowiedzi pozostawały niezmienne, teraz wiele się zmienia. Niemniej, nie zamierzam na łamach bloga „rozkminiać” swojego życia, ani przyglądać się wszelkim wartościom czy bez-wartościom swojej egzystencji. Wszak nie leży to w tematyce tej strony, która w marcu obchodzić będzie swoje szóste urodziny. Dlaczego więc o tym wszystkim wspominam, czemu uciekam się do wspominania o życiowej rewolucji, która znacznie wpływa na mój sposób percepcji oraz re-definiuje od dawna określone kwestie? Odpowiedź na to pytanie winna nasuwać się sama. Będące częścią życia – pasja oraz zamiłowanie – również są brane pod uwagę, gdy przychodzi zastanowić się nad swoim życiem oraz dalszym jego biegiem. Dotychczas moje dumania na nic się zdawały – nie stanowiły jednoznacznego podsumowania, nie zwiastowały końca niczego, niewiele też kwestii regulowały czy zmieniały. Tym razem jest inaczej, bo inaczej być musi. Człowiek nie na zawsze pozostaje bytem zapatrzonym w siebie i dopuszczającym do głosu jedynie własne „ego”. Świadomość budowania rodziny, świadomość zbliżającego się etapu stania się rodzicem, bardzo wpływa na wszystko, co mnie otacza. I niewątpliwie rację ma w tej kwestii Natalia, twierdząc, że zmieniają się priorytety i cała hierarchia rzeczy ważnych i ważkich budowana jest od nowa. Czymże jednak ma być ten przydługi wstęp odnoszący się do naszego prywatnego życia? Niczym innym niż wstępem do rewolucji w dziedzinie pasji, która już się zaczęła i która zdążyła już zebrać zarówno te pochlebne komentarze, jak i te mniej pochlebne – wyrażające przede wszystkim niedowierzanie czy wręcz zawód.

Powtarzając to, co zostało już powiedziane: „Harry Potter Kolekcja” wraca do korzeni. My wracamy do korzeni. Wyprzedajemy gadżety, zaprzestajemy zbierania autografów i skupiamy się na książkach – na zagranicznych wydaniach „Harry’ego Pottera” – jeśli chodzi o pasję, chcemy się oddać temu, co jest nam najbliższe, czyli właśnie książkom. I nie chodzi tu o ubliżenie kolekcjonerom autografów czy gadżetów, ani wytknięciu komukolwiek, że wydaje swoje pieniądze na niepotrzebne głupstwa. Każdy ma prawo poświęcić się temu, co uzna za słuszne i właściwe. My za słuszne i właściwe uznajemy poświęcenie się książkom. Bo tylko one są w pełni naznaczone talentem J.K.Rowling i tylko one rozszerzają nasze horyzonty. Wszelka pozostała część naszej dotychczasowej działalności odnosiła się do filmów. I to właśnie im poświęcony będzie ten refleksyjno-filozoficzny wpis.

A wywód swój rozpocznę od szokującego wyznania: mam już dość filmów o „Potterze”. Kiedy w 2002 roku pierwsza część ekranizacji serii J.K.Rowling pojawiła się w kinach, miałem niespełna trzynaście lat. Z nieukrywaną radością i niecierpliwością wybrałem się do kina z klasą i z wypiekami na twarzy doświadczałem przygód młodego czarodzieja przedstawionych na wielkim ekranie. W kolejnych latach i przy kolejnych premierach zmieniali się tylko ludzie, z którymi doświadczałem poznawania kolejnych filmowych wersji książek. Nie zmieniało się natomiast moje podejście, jeśli chodzi o każdorazowy zachwyt. I nie jestem już w stanie zliczyć, ile razy obejrzałem poszczególne części filmowych adaptacji. Moja fascynacja przełożyła się na chęć obcowania z potterowskimi aktorami, pragnąłem zdobywać ich autografy, lecz przede wszystkim – przekazywać im swoje słowa uznania. Byłem całkowicie porwany przez magię „Harry’ego Pottera”. Aż do końca minionego roku…

Wtedy to zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie obejrzeć ani „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”, ani „Komnaty Tajemnic”, a „Więzień Azkabanu” jest dla mnie zbyt luzacki, „Czara Ognia” zbyt teatralna, przy „Zakonie Feniksa” przeskakiwaliśmy z Natalią do scen batalistycznych, „Książę Półkrwi” dołował mnie jako marna komedia romantyczna, a „Insygnia Śmierci” raziły niedopracowaniem i ignorancją. Więcej zarzutów za chwilę. Zacząć muszę jednak od tego, że pomijając wszelką sympatię, którą darzę Daniela Radcliffe’a, bardzo żałuję, że wcielił się w rolę Harry’ego Pottera. Jego gra aktorska od samego początku pozostawiała wiele do życzenia i ostatecznie aktor stworzył kiepską kreację, która razi sztucznością i brakiem profesjonalizmu. Przykład? Scena z „Insygniów Śmierci cz.2”, kiedy mówi Ronowi i Hermionie o woli poddania w Zakazanym Lesie. Ton jego wypowiedzi i wyraz twarzy jest tak patetyczny i sztuczny, że serce mi się ściska wraz z żołądkiem. Radcliffe dokumentnie uczynił Harry’ego przymulonym, nieudolnym i nudnym bohaterem. Nie widzę w jego postaci niczego z książkowego pierwowzoru, a słysząc jego ciągłe sapanie przy dialogach, mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno.
Co się tyczy wszystkiego poza marnym głównym bohaterem:

„Kamień Filozoficzny” i „Komnata Tajemnic” to bajki stworzone przez reżysera kina familijnego – porażający brak realizmu i bijąca po oczach barwność tych dwóch filmów nijak się ma do klimatu książek, które – pomimo bycia skierowanymi do młodszego odbiorcy – czyta się dobrze nawet mając lat „-dzieścia”. Do tego obrazy te są długie i nudne jak flaki z olejem.

„Więzień Azkabanu” to próba przedstawienia „Harry’ego” na luzie. Jest tu już o niebo lepiej, jeśli chodzi o klimat, niemniej szkoły jest jak na lekarstwo, dramatyzm jest udawany (nie przekonało mnie stękanie i sapanie Daniela w Hogsmeade), a rozwój wypadków absurdalny (wycie Hermiony). Niestety, Alfonso Cuaron, nominowany obecnie do Oscara za „Grawitację”, najwyraźniej podszedł do „Pottera” jak do eksperymentu, w którym można utopić mnóstwo pieniędzy, bo i tak koszty się zwrócą ze sporą nadwyżką. Tyle, że naprawdę uważam za absurdalne wycinanie z filmu scen znanych z książki i zastępowanie ich wstawkami z Wierzbą Bijącą czy ptaszkami. O spłyceniu fabuły nie będę się rozpisywać.

Czwarty film, tak bardzo oczekiwana przeze mnie „Czara Ognia” została okrojona do granic możliwości i jest najmniej lubianą przeze mnie filmową częścią serii. W przeciwieństwie do książki, tutaj całość fabuły toczy się wokół Turnieju Trójmagicznego, a ja widzę na ekranie tylko poszczególne zadania i ewentualnie szybkie, nieciekawe sceny, mające za zadanie popychanie fabuły do przodu. Kopniak, po którym Harry na dłuższy czas traci przytomność, ujawnienie postaci Barty’ego Croucha Jr. już na początku, ucieczka przed smokiem czy mnogość innych, pozbawionych klimatu i sensu scen, to jedne z wielu zarzutów, które mogę zarzucić tej produkcji. I oczywiście cmentarz. Niezwykle teatralny, niezwykle sztuczny. I mówiąc brzydko – jeśli chodzi o ten film, tylko Ralph Fiennes ratuje reżyserowi dupę, prezentując nad wyraz dobrą kreację aktorską (pomijając iście hollywoodzki okrzyk: „Nieee!!!”), która w pewien sposób czyni ten obraz wartym zobaczenia.

Pomimo totalnego „oberżnięcia” ze wszystkiego, co liczyło się w książce, „Zakon Feniksa” i tak pozostaje lepszy od poprzedniej części, choć nadal prezentuje rażąco niski poziom. Zerowy klimat, zerowe emocje i spartaczony Graup – to na pewno nie czyni tego filmu wartościowym. Dodatkowo absurdy w postaci: scena na Grimmauld Place, w której Harry niemal w ogóle nie podnosi głosu i pojawiający się bliźniacy, którzy usłyszeli jego krzyki czy scena w Ministerstwie, gdzie Syriusz trafiony morderczym zaklęciem niewzruszony zostaje wchłonięty przez „mgiełkę”, sprawiają, że jest to marne widowisko.

„Książę Półkrwi” z kolei to część, przy której pracowało chyba więcej odurzonych alkoholem osób, aniżeli sam Radcliffe. Marna próba podciągnięcia fabuły pod klimat komedii romantycznej i uczynienie z Harry’ego flirciarza oraz tępaka nie potrafiącego zawiązać sobie sznurowadła… Generalnie ta część jest najbardziej sprzeczna z książkowym klimatem i najbardziej absurdalna. Oczywiście, nie można zapomnieć o powtarzającym się scenariuszu z „Czary Ognia”. Tak jak tam zdradzono od razu tożsamość Croucha Jr. tak tutaj od samego początku można się domyślać, co planuje Malfoy i w jaki sposób chce swoją misję doprowadzić do szczęśliwego finału. Dobry książkowy klimat nijak ma się do filmu, w którym – pozwolę sobie użyć najodpowiedniejszego, choć nie najdelikatniejszego słowa – dokumentnie spieprzono wszystko to, co można było spieprzyć, a nawet i więcej. Ktoś mądry postanowił najwyraźniej obedrzeć film z aury tajemnicy.

I „Insygnia Śmierci”. O ile pierwsza część, za wyjątkiem, znowuż, kilku absurdalnych scen (Harry niemal całujący tors Lovegooda, „bieganie” po dachu autobusu czy los, który spotkał Glizdogona), jest jeszcze znośna i klimatyczna, o tyle druga nastawiona jest… No właśnie – na co? Bo na pewno nie na Bitwę o Hogwart, której jest tu jak na lekarstwo. Zresztą – jaki by nie był ten film, ratuje go muzyka Desplata, a rujnuje śmierć Bellatriks, Nagini oraz Voldemorta, którzy, uogólniając, „rozpływają się” w powietrzu.

Ale te filmy to nie tylko marne kino nastawione jedynie na zysk, lecz sposobność obejrzenia w jednej produkcji wielu znamienitych aktorów oraz nietuzinkowych kreacji aktorskich: Maggie Smith, Alan Rickman, Helena Bonham-Carter, Ralph Fiennes, Emma Watson czy Julie Walters to zaledwie garstka spośród wielu wspaniałych nazwisk, które można podziwiać w tych, niestety, marnych produkcjach. Pozostaje żałować, że w wielu przypadkach scenariusz odebrał tym niesamowitym ludziom możliwość całkowitego zaprezentowania ich talentu, czyniąc wielu bohaterów niezwykle płytkimi w stosunku do książki bądź infantylnymi. Dla przykładu wspomnę kreację Gary’ego Oldmana w „Więźniu Azkabanu”, w którym Syriusz Black w istocie był „starym człowiekiem” (odniesienie do nazwiska aktora) i nie potrafił się obronić nawet przed dwunastolatkiem.

Oglądając „Harry’ego Pottera” chwilami odnoszę wrażenie, że to teatr – niektórzy aktorzy zdecydowanie przesadzają we wczuwaniu się w rolę, co właśnie zalatuje sztucznością znaną ze sceny. Tyle, że na scenie jest ona kunsztem, a w filmie… No właśnie. Pozostaje sztucznością.

Bardzo żałuję, że po tylu latach ślepego zapatrzenia w te produkcje, kiedy spoglądam na nie krytycznym wzrokiem, uwydatnia się przede mną ich wartość… komercyjna. Obawiam się, że w oderwaniu od książek, produkcje te pozostają bezwartościowe pod kątem przedstawionej fabuły i sposobu jej przedstawienia, czego nawet nie zrekompensuje cała plejada utalentowanych artystów zaangażowanych w nie. Naprawdę, przykro jest stwierdzić, że to wszystko jest jednym wielkim kiczem. Niedopracowane scenariusze, żenująca gra niektórych młodych aktorów oraz montaż w większości niwelują takie wspaniałości jak niesamowita scenografia, efekty specjalne oraz na ogół świetna muzyka (zwłaszcza ta stworzona przez Alexandre’a Desplata). Tyle, że nasuwa się wyjaśnienie, dlaczego zostaliśmy obdarzeni tak słabymi filmowymi adaptacjami: po cóż ktoś miałby się wysilać, skoro od początku było wiadome, że my, fani „Harry’ego Pottera”, kupimy to wszystko w ciemno i bez względu na wszystko? Tak właśnie żerowano na naszym uwielbieniu prozy J.K.Rowling. Warner Bros. przyssał się do nas jak kleszcz i nadal wysysa z nas krew – wszelkie absurdalne nowe projekty powstające z inicjatywy korporacji i przy współpracy z pisarką, są tego niezbitym dowodem. Tyle, że ja już więcej nie zamierzam uczestniczyć w tej szopce. Już nazbyt wiele mojej krwi ta pozbawiona skrupułów i moralności firma się nażłopała.

ZDANIEM NATALII:

Nie jestem w stanie jasno określić, ile razy oglądałam „Harry’ego Pottera i Kamień Filozoficzny”. Jedynym, co pamiętam jest to, że za każdym razem, gdy ta ekranizacja pojawiała się w telewizji potrafiłam wypowiadać kwestie aktorów razem z nimi. Moi rodzice wtedy zaszczycali mnie jedynie dziwnym spojrzeniem nawet nie komentując mojego zachowania. Ale to było przynajmniej dziesięć lat temu. Od tamtej pory nie wiem kiedy ostatni raz obejrzałam „Kamień” w całości. To samo tyczy się „Komnaty Tajemnic”, „Więźnia Azkabanu” jak i „Czary Ognia”, które potrafiłam oglądać bez opamiętania. Potrafiłam, ponieważ dzisiaj nie jestem w stanie. Dlaczego? Cichy głosik, który siedzi w mojej głowie mówi mi, że jestem już na to za stara, ale czy to prawda? Uważam, że częściowo na pewno, ale teraz, będąc w tym wieku, uważam że są to po prostu słabe filmy. Daniel w swojej powyższej wypowiedzi podał kilka przykładów, z którymi w pełni się zgadzam. Dwa pierwsze filmy nudzą, a kolejny mało przypomina trzeci tom przygód Harry’ego. Czwarty został okrojony i skupia się jedynie na Turnieju Trójmagicznym pomijając pozostałe, istotne wątki. „Zakon Feniksa” nudzi tak jak „Kamień” i ”Komnata”, szósta ekranizacja jest marną komedią romantyczną, która nie ma nic wspólnego z historią stworzoną przez J.K.Rowling. Dwa ostatnie filmy, także mają wiele niedociągnięć, choć jako jedyne mają ten specyficzny dla tej septologii klimat.

Nie żałuję chwil spędzonych na oglądaniu tych filmów. Są one uzupełnieniem serii i dzięki nim mogłam w końcu „zobaczyć” jak wyglądały niektóre postaci, fantastyczne zwierzęta jak i przedmioty, których nie byłam w stanie sobie sama wyobrazić. Dla mnie jest to nieoderwalna część całego świata „Harry’ego Pottera”, dlatego mimo wszystko zawsze będę patrzyć na nie z sentymentem.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

10 komentarze:

  1. Co prawda to prawda. Sam żałuję, że filmy z takim materiałem, szczegółowością zostały w tak nikczemny sposób okrojone. Niedawno czytałem 7 część i szkoda, że w filmie nie ma skrzatów, po za Zgredkiem, ale przecież Stworek miał ważną rolę. Sama przemienia po tym jak Harry dał mu medalion Regulusa, czy też na samym końcu jako lider skrzatów w walce przeciw Voldemortowi. I drugi mój zawód co do skrzatów, które swoją drogą bardzo lubię, to to, że nie ma w żadnym filmie Bujdki i w żadnym nie pokazano jak w Hogwarcie przygotowuje się jedzenie.
    Można by wymieniać dalej. Miejmy nadzieję, że nowy film z universum Harry'ego Pottera będzie lepszy. Może też w przyszłości ktoś odważy się stworzyć film, chociaż jeden, na podstawie książki zachowując wszystko co w niej jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mamy taką nadzieję, ale obawiam się, że to jeszcze długo nie nastąpi - żeby powstał dobry film o Harrym, musi minąć cały ten szum, bo ewentualny remake, zdecydowanie, nie powinien być kinem komercyjnym.

      Usuń
  2. Zgadzam się w większości z Twoja recenzją ekranizacji i grą Radcliffe'a. Osobiście mam bardzo mieszane uczucia, bo w tych ekranizacjach zderzają się ze sobą kunszt i kicz, zarówno w przypadku gry aktorskiej, scenariusza, jak i reżyserii. W jednej chwili jestem zachwycona jakąś sceną, a w drugiej zniesmaczona spartaczeniem klimatu i tak w kółko... a bitwa o Hogwart to jakieś nieporozumienie... Można było z HP zrobić prawdziwe arcydzieło, a tak... wyszło jak wyszło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no nie.. nie z "grą Radcliffe'a, ale stosownym komentarzem do niej ;)

      Usuń
    2. Niestety, fakt, że z zderzają się ze sobą kunszt z tandetą, to najgorsze, co mogło spotkać te filmy... Miejmy nadzieję, że doczekamy się kiedyś prawdziwej ekranizacji, a nie tylko słabej adaptacji :-)

      Usuń
  3. Chyba mój komentarz będzie trochę nie w porę, ale trudno :)
    Jak ja się cieszę, że nie jestem odosobniona w mojej opinii na temat Daniela i jego, ekhm, "gry" aktorskiej. Dotychczas uważałam (może mylnie) że jednak większość widzów uważa go za trafiony castingowy wybór. Nie pasował mi od początku, ale z każdym kolejnym filmem zaczął mnie coraz bardziej irytować i generalnie psuł przyjemność z oglądania filmu. I nie chodzi już nawet o samą grę aktorską, ale i jego wygląd, który mnie - no cóż, muszę to wyznać - po prostu odrzuca. Nie ważne, przystojny, czy nie przystojny, nie w tym rzecz. Po prostu - to nie jest Harry. Nie rozumiem, jak można było zrobić z niego tak ciamajdowatego i nieudolnego bohatera, który nie ma nic z uroku swojego książkowego odpowiednika?
    W zasadzie cała seria filmów jest bardziej nastawiona na efekciarstwo niż oddanie klimatu książki i posiadanie ogólnie jakiejś spójności. Nie jestem w stanie wybaczyć twórcom zepsucia zakończenia IŚ, które w książce tak mi się podobało, i całej masy innych rzeczy, które w filmach próbowano na siłę ulepszyć. A nie wyszło.
    Mam cichą nadzieję na powstanie w przyszłości serialu, który o wiele lepiej oddawałby to wszystko, co stworzyła JKR, coś z rozmachem Gry o tron. Ale czy to nie złudna nadzieja?
    A tak poza tym, świetna strona, bardzo ciekawa, dziwię się, że trafiłam tu dopiero teraz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpis jest ponadczasowy, więc komentarz jest jak najbardziej "w porę" :)
      Mam sentyment do wszystkich aktorów z "Harry'ego Pottera", bo tak naprawdę dorastałem na tej serii i jest ona ze mną od wielu, wielu lat, ale faktem jest, że Daniel Radcliffe, również w mojej opinii, nie podźwignął roli. Niejednokrotnie oglądając te filmy czułem, że to jego bohaterstwo i odwaga są bardzo na siłę i na słowo honoru. To nie był ten Harry o silnym charakterze, nie było w nim ani odrobiny portretu psychologicznego człowieka, który przeszedł przez tak wiele okropności. Umarł Syriusz, jedna z najbliższych mu osób, a on za "chwilę" siedzi w knajpie w metrze i podrywa kelnerkę... Ale właśnie. Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej ubolewam nad faktem, że drewniane aktorstwo Dana to nie wszystko, co zabiło Harry'ego. Tak naprawdę Harry został brutalnie zamordowany przez całą ekipę filmową, a zwłaszcza scenarzystę i reżysera, którzy zrobili z niego nieudolną łajzę, nie potrafiącą nawet zawiązać sobie sznurowadła. Dla mnie przykre jest też to, że na siłę starano się usunąć z tych filmów wątki thrillera czy dramatu - a przecież to na nich w sporej mierze opiera się cała seria.
      Z czasem też zaczyna się rodzić we mnie nadzieja na to, że kiedyś obejrzę dużo bardziej wiarygodny film czy serial o Harrym Potterze. Chociaż jak spojrzę na "Trafny wybór" to trudno mi mieć dalej nadzieję na to, że serialowy "Harry" byłby bardziej zgodny z książką...
      Dziękuję za miłe słowa i zapraszam do odwiedzin :)

      Usuń
  4. Nie mam pojęcia dlaczego, ale ZAWSZE czytając Twoje wpisy mam wrażenie, że narzucasz mi, czytelnikowi tego bloga, swoje zdanie na jakiś temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo blog jest bardzo osobistą formą - w przeciwieństwie do wszelkiego rodzaju artykułów, które znamy choćby z prasy, zbudowany jest na subiektywnych odczuciach, co - w wielu przypadkach - może skupiać się również na prezentowaniu ocen czy poglądów. Dlatego nie przesadzałbym z tym "narzucaniem", ponieważ za bardziej odpowiednie uznałbym stwierdzenie, iż dobitnie wyrażam swoje zdanie. I tu pojawia się pytanie: czy dobitność jest wadą? :-)

      Usuń
    2. Czy jest wadą? Czasami jest, czasami nie. Bywa, że lepiej darować sobie dobitność. Ale oczywiście w tym przypadku rzeczywiście to zwyczajne wyrażanie własnego zdania :)
      Zapomniałam o tym, że blog to coś osobistego, więc mój błąd. To tylko moje własne odczucie. Pewnie wzięło się stąd, że jestem wyczulona na coś, gdzie mam wrażenie, że ktoś mi coś narzuca :)

      Usuń