Czy ryzyko się opłaca? O filipińskim wydaniu słów kilka

Filipińskie wydanie „Harry’ego Pottera” jest jednym z najświeższych, jakie się pojawiło na rynku. Wydane w 2013 roku przez Lampara Books, okazało się być jedną z trudniej dostępnych translacji na świecie z nakładem zaledwie 3000 egzemplarzy (dla porównania, polski pierwszy nakład „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci” wyniósł 700 000 egzemplarzy). W związku z powyższym, najważniejszy stał się czas. Na szczęście, jeszcze przed premierą książki, wiedzieliśmy, iż filipińskie wydanie jest w przygotowaniu, wobec czego i my mogliśmy się przygotować na tę nową edycję. Napisałem wówczas kilka wiadomości nawiązując współpracę z fanami „Harry’ego Pottera” z Filipin, prosząc ich o informację, kiedy tylko książka pojawi się na półkach w księgarniach. I doczekałem się.

Niezwłocznie po otrzymaniu potwierdzenia wydania „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”, przystąpiłem do poszukiwań tej książki w sieci. Niestety, na próżno. A wydawnictwo oraz sam wydawca konsekwentnie ignorowali maile ode mnie, choć je czytali. Koniec końców, książka trafiła do jednego ze sklepów internetowych, a jej cena była zachęcająca – w przeliczeniu na złotówki wynosiła niecałe pięć złotych. Doświadczenie zakazało nam jednak przedwczesnej radości i świętowania. I słusznie. Okazało się, bowiem, że cena samej książki to nic w porównaniu z ceną jej wysyłki do Polski. Powiedzmy, że koszt wysyłki był ponad czterdziestokrotnie większy od niej. To mogło oznaczać tylko jedno: ktoś tu chce zarabiać na obcokrajowcach, ale my jesteśmy zbyt starymi misiami, żeby dać się złapać na fałszywy miód!

Dalsze poszukiwania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, a jedynie pogłębiły nasze poczucie beznadziejności – okazało się, że na Filipinach tylko jedna księgarnia zajmuje się dystrybucją tych książek. Niestety, była to właśnie ta księgarnia, która chętnie wyrwałaby z naszej kieszeni mnóstwo pieniędzy. Rozłożyłem wtedy ręce w geście poddania. Nie widziałem innego wyjścia jak tylko uzbierać środki i zamówić książkę od „chciwców”.

„A CZY NIE MOŻESZ ZROBIĆ TEGO SAMEGO, CO Z GRENLANDZKIM?"

Tym pytaniem Natalia dała mi do myślenia. Sam fakt, że dopuszcza do siebie ryzyko, był dla mnie zaskoczeniem – do tej pory to ja byłem bardziej do niego skłonny, ale ze zrozumiałych powodów nawet nie pomyślałem o pozyskaniu filipińskiego tłumaczenia „Harry’ego Pottera” w ten sposób. Z grenlandzkim wydaniem było inaczej – ta książka w ogóle nie była nigdzie dostępna, w związku z czym dostanie choćby jednego egzemplarza graniczyło z cudem. Rozesłałem wówczas ponad setkę maili do księgarzy, bibliotekarzy i mieszkańców Grenlandii. Wierzyłem, że ktoś z nich zechce odsprzedać mi swoją kopię, zwłaszcza, iż oferowałem za nią niemałe pieniądze. Nie myliłem się. Pewien bibliotekarz, Hans, odpowiedział na moją wiadomość zgadzając się odsprzedać mi książkę. Przesłał mi nawet jej zdjęcia na dowód, że poszukiwanego przeze mnie białego kruka posiada i dobiliśmy targu. Do samego końca nie wiedziałem, co otrzymam w paczce z Grenlandii i czy w ogóle cokolwiek otrzymam. Na szczęście tamta historia zakończyła się pełnym powodzeniem, dzięki któremu nasza kolekcja jest jedną z bardzo niewielu na świecie, w której to wydanie się znajduje.

A zatem, po pytaniu Natalii, rozważałem pomysł zorganizowania filipińskiego „Pottera” w ten właśnie sposób. Wszystko było lepsze od tak grubego przepłacenia za książkę. I tak natrafiłem na bloga pewnego Filipińczyka, który opisywał na jego łamach świeżą translację z Filipin. Pomyślałem „raz kozie śmierć” i napisałem do niego wiadomość. Jeric odpisał niezwłocznie deklarując chęć pomocy. Oczywiście, okazało się, że istnieją dużo tańsze sposoby wysyłki książki do Polski, aniżeli te zaproponowane przez księgarnię. Dokonaliśmy transakcji przez PayPal i zaczęło się oczekiwanie. I niepewność. Bo jaką mamy gwarancję?

ŚLEDZENIE PRZESYŁKI

Odkryta przez nas niedawno funkcja śledzenia przesyłki, pozwoliła nam monitorować sprawę. Nie musieliśmy się dzięki temu martwić, czy paczka rzeczywiście została do nas wysłana. Jeric był bardzo skrupulatny i przekazał nam wszelkie szczegóły dotyczące transakcji, dzięki czemu czuliśmy się spokojniejsi i mogliśmy zasnąć bez większych obaw. Przez długie dni oglądaliśmy nie zmieniający się status: „Wysłano z Filipin”, aż nadszedł przełomowy dzień, kiedy przesyłka dotarła do Warszawy, a potem została przewieziona do Zabrza skąd trafiła do Bielska-Białej, by ostatecznie dziś rano zostać przewiezioną do Urzędu Pocztowego w Łodygowicach.

Co ciekawe, zastanawialiśmy się przez kilka dni czy paczka, podobnie jak miało to miejsce z przesyłką z Malezji, nie zostanie zatrzymana na cle. Byłem przygotowany, by w razie czego od razu wykonać niezbyt przyjemny telefon do odpowiedniej służby i ochrzanić wszystkich i każdego z osobna za bezsensowne przedłużanie procedury. Może to i jest zapisane w prawie, że celnicy mogą zatrzymać moją paczkę, ale drugi raz nie pozwolę, by trwało to przez tyle dni. Niemniej, okazało się, że tym razem „na kogo wypadnie, na tego bęc” nie wytypowało naszej przesyłki (ponoć właśnie tak działają celnicy – na chybił trafił wybierają przesyłki zza granicy, które zatrzymują).

Budząc się dziś rano, wiedziałem, że to będzie właśnie ten dzień, w którym okaże się, co tak naprawdę znajduje się w naszej paczce z Filipin. Fajnie, gdyby to była książka. Jeszcze lepiej, gdyby to był „Harry Potter”. Gorzej, jeśli będzie to cegła, albo para wełnianych gaci z napisem: „I screwed you!”. Ale chcieliśmy ryzyka, to teraz mamy.

LISTONOSZU, GDZIEŻEŚ SIĘ PODZIAŁ?

Dobrze, że nasze „centrum dowodzenia” mieści się przy samym oknie. Dzięki temu możemy nieustannie obserwować ulicę i żaden pojazd zatrzymujący się pod naszą furtką, nie umknie naszej uwadze.

Minęła godzina dziesiąta, a poczty jak nie było tak nie ma. Potem godzina jedenasta, a tu cisza. Nienawidzę czekać na listonosza, kiedy spodziewam się nadejścia przesyłki. Wydaje mi się wtedy, jak gdyby cały świat zmawiał się przeciwko nam i mam ku temu powody, albowiem: nasza paczka do Polski dotarła w czwartek i, oczywiście, nie było szans na to, by w piątek mogła dotrzeć do nas. Ugrzęzła w oddalonym o jakieś 14 km Bielsku-Białej. Dobre sobie! Przebyła ponad 9600 km po to, by na ostatniej prostej zatrzymać się tak blisko. O, Bogowie!

Ale mniejsza o to. Czekamy na paczkę. Wyglądamy jej. Wycieramy nosami szybę. I co się okazuje? Listonosza nie ma! Jest za to pukanie do drzwi. Jakimś magicznym trafem dzisiejsza poczta trafiła w ręce mojej mamy. Super. Teraz chwila prawdy. Czy w brzydkiej kopercie jest książka czy gacie? Rozrywam kopertę (o ja niedobry, nie dałem jej rozerwać Natalii) i znalazłem w niej… coś. To „coś” owinięte było w papier z księgarni „Precious Pages”, która sprzedaje filipińskiego „Pottera”. Jest więc szansa, że to właśnie ta książka kryje się spowita w makulaturę. Zanim rozerwiemy papier, Natalia cyknie jeszcze jedną fotkę – zanim jeszcze zaczniemy się cieszyć. No dobra, odliczamy: „trzy, dwa, jeden i…” rozrywam papier. Od razu wiem jedno – to nie gacie. To książka!

HARRY POTTER PO FILIPIŃSKU, CZYLI NASZE 74-TE WYDANIE I 71-WSZY JĘZYK!
Książka nie powala na kolana. Jej wydanie nie jest zachwycające – miękkie okładki, które łatwo się łamią oraz żółty papier (kiedyś nie zwracałem takiej uwagi na papier – czy żółty, czy biały, czy zielony – wszystko mi było jedno, ale Natalia zaraziła mnie swoją awersją do „niebiałych” kartek). Nie oceniając książki po okładce, bo w sumie niewiele tu można ocenić – amerykański tytuł i jedyna rzecz świadcząca o tym, iż nie jest to amerykańskie wydanie to podpis pod tytułem: „THE FILIPINO EDITION”, logo wydawnictwa na dole oraz tekst: „translated by: Becky Bravo”. Na pierwszy rzut oka widać jedno – angielski, angielski i jeszcze raz angielski. A co z filipińskim?

Filipiński jest. Rozciągnięty na 396 stronach przeplata się z wieloma anglicyzmami. Żadna nazwa własna nie została przełożona z angielskiego, co oznacza, że w tekście napotykamy m.in. na „Hogwarts School of Witchcraft and Wizardry”, „Sorting Hat”, „Potions Master” czy nawet „Midnight Duel” oraz wyrażenia w stylu: „See you!”. Dlaczego tak jest? Już objaśnię, lecz wpierw wyrażę swoje niezadowolenie z jednego powodu: amerykańskiego tytułu. Strasznie irytuje mnie fakt, iż niektóre kraje tłumaczą wersję amerykańską książki zamiast brytyjskiej. Dla mnie to zawsze będzie „Kamień Filozoficzny”, a nie cholerny „Kamień Czarnoksiężnika”. Litości!

A teraz objaśnienie. Dlaczego w filipińskim wydaniu jest tyle angielskiego? Odpowiedź jest prosta. Każdy, kto miał tam poznać przygody „Harry’ego Pottera”, poznał je już w oryginale (adaptowanym, bo amerykańskim, ale oryginale), dlatego wydawca nie chciał wprowadzać zamętu poprzez wprowadzenie nowych nazw własnych, podczas gdy czytelnicy przyzwyczaili się do angielskich. To dlatego w tekście pozostały one niezmienione, co jedni uznają za słuszny zabieg, a inni za przesadę. Osobiście mam mieszane uczucia, co do tego. I z tego, co wiem, Filipińczycy również.

Pomijając tekst tłumaczenia, na uwagę zasługuje również fakt, iż info o autorce zamieszczone na końcu książki, również jest w języku angielskim. Ale nie to wzbudziło nasze największe zainteresowanie, lecz błąd powielający się w wielu tłumaczeniach: „Panna Rowling mieszka w Edynburgu ze swoją córką”. O, ile nam wiadomo mieszka tam również ze swoim mężem oraz pozostałą dwójką dzieci, ale co my tam wiemy. Odsuwając jednak żarty na bok: to przykre, że takie rzeczy nie są sprawdzane, tylko przedrukowywane z roku na rok. Ot, kwestia podejścia wydawcy do sprawy. Druga ciekawostka to zamieszczona w stopce redakcyjnej informacja:

„Jeśli rzeczona książka nie posiada okładki, musisz wiedzieć, iż oznacza to, że jest kradziona. Została zgłoszona wydawcy jako „nie do sprzedaży i zniszczona”, w związku z czym ani autor, ani wydawca nie otrzyma zapłaty za tę „obnażoną książkę”” – z takim tekstem stykamy się po raz pierwszy, lecz w związku z nim jeszcze bardziej cieszymy się, że nasza książka posiada okładkę.

Brak tłumaczenia tytułu oraz mnogość angielskich słów i wyrażeń stanowią o wyjątkowości filipińskiego „Harry’ego Pottera”, który dzięki tym smaczkom wybija się ponad inne. Ale to oczywiście tylko nasza opinia. A co sądzą o tej książce ci, dla których została stworzona?

CO NA TO FILIPIŃCZYCY?

Posiłkując się wpisem blogowym Jerica, dzięki któremu zdobyliśmy tę książkę, możemy dowiedzieć się nieco więcej na temat tego, jak Filipińczycy podchodzą do tej nowej publikacji.

Jeric w swoim wpisie zwraca uwagę na bardzo atrakcyjną cenę translacji, która jest o wiele tańsza od amerykańskiej edycji, dzięki czemu wiele osób będzie mogło sobie na nią pozwolić. Co się tyczy samego wydania, Filipińczyk również zwraca uwagę na niedbałość tego wydania, jednakże zwraca uwagę na fakt, iż jest ono porównywalne do innych opublikowanych na Filipinach. Ot, taki standard.

Generalnie, dobrze ocenia tłumaczenie i okazuje się, że zaletą tekstu jest fakt, iż oryginalne nazwy nie zostały w nim przetłumaczone. Na plus jest również pozostawienie kilku sformułowań angielskich, co wpływa na jej odbiór – czytelnicy z Filipin lubią angielski, więc podoba im się przeplatanie go z ich rodzimym językiem. Z pewnością książka ta znajdzie swoje uznanie u fanów powieści, spośród których wielu zechce poznać tę historię opowiedzianą tym razem w języku filipińskim.

SŁOWEM NA ZAKOŃCZENIE

Już drugi raz okazało się, że czasami warto jest ryzykować i ufać ludziom. Dzięki podjęciu ryzyka zdobyliśmy nie tylko „Harry’ego Pottera” z tak odległego zakątka świata, ale i poznaliśmy kolejnego ciekawego człowieka z pasją. Na myśl nasuwają mi się słowa z „Czary Ognia”, których nie przytoczę dosłownie z pamięci, lecz posłużę się parafrazą: nieistotne są różnice w naszych zwyczajach i języku, ponieważ nasze serca biją tym samym rytmem.

My wiemy, że świat fanów „Harry’ego Pottera” jest olbrzymi i wiemy, że nie każdy fan jest dobrym i uczciwym człowiekiem. My, póki co, trafiamy tylko na takich. Być może zmienimy zdanie o tej formie zdobywania książek, jeśli kiedyś otrzymamy zapleśniałą kanapkę w paczce albo używane gacie. Ale ten dzień jeszcze dzisiaj nie nastąpił.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz