Życie i kłamstwa Roberta Galbraitha

Robert F. Kennedy to prawdziwy bohater w oczach Joanne. To poniekąd na jego cześć, pisarka ukryła się pod imieniem Robert (choć imię Robert zawsze było jednym z jej ulubionych męskich imion), które uważała za odpowiednie, zwłaszcza, że nie użyła go ani w „Harrym Potterze”, ani w „Trafnym wyborze”. Ciekawym zdaje się być fakt, że nazwisko „Galbraith” przybrała z powodu dziecięcej fascynacji. Choć sama nie pamięta skąd wpadło jej do głowy to nazwisko, jako mała dziewczyna chciała się nazywać „Ella Galbraith”. Pomimo obaw, że ktoś może domyślić się prawdziwej tożsamości Roberta Galbraitha (zwłaszcza, że pewien wybitny ekonomista nazywał się J.K.Galbraith), nikt nie drążył na tyle głęboko, ażeby tę prawdę odkryć. Ale by Robert Galbraith mógł stać się pełnowymiarową postacią, autorem książki kryminalnej, J.K.Rowling potrzebowała informacji. Nie tylko przez wzgląd na głównego bohatera „Wołania kukułki”, ale i na życiorys Galbraitha, spędziła wiele godzin na dyskusjach i rozmowach ze znajomymi żołnierzami – tymi na służbie jak i emerytowanymi. Dzięki tym rozmowom narodził się Robert Galbraith – debiutujący pisarz i były wojskowy. Jego przeszłość miała być dostatecznym wyjaśnieniem, dlaczego nie pokazuje się publicznie, ani nie rozpowszechnia swoich zdjęć. Pisarz cieszył się swoim własnym, fikcyjnym życiem przez trzy miesiące, albowiem tylko tak długo udało się utrzymać w tajemnicy jego prawdziwą tożsamość. Dzięki jej odkryciu czeka nas naprawdę emocjonujący początek grudnia, albowiem – co powtarzam do znudzenia – 4 grudnia w księgarniach zagości „Wołanie kukułki”.

Pisząc ten kryminał J.K.Rowling musiała wykazać się pełnym profesjonalizmem. Nie tylko zgłębiła wiedzę na temat amputowania nogi, ale też odwiedziła mnóstwo londyńskich pubów i barów, by móc wiernie je oddać w książkowej rzeczywistości. Londyn, który opisuje jest fascynujący i taki…osiągalny. Bez wątpienia, to najbardziej realna książka brytyjskiej pisarki. Niemniej, jako druga książka dla dorosłych, „Wołanie kukułki” nie może uniknąć bycia zestawionym i porównywanym z „Trafnym wyborem”, zwłaszcza, że publikacje te łączy więcej niż mogłoby się na pozór wydawać…

Nie będę dzisiaj zestawiał ze sobą treści tych dwóch książek. Nie będę porównywał ich tłumaczeń, ani okładki czy sposobu wydania. Porównam natomiast to, co najbardziej rzuca się (bądź nie rzuca) w oczy – marketing i promocję. Wiadomo, bowiem, że zakupienie praw do tłumaczenia to nie wszystko i wydawnictwo musi liczyć się z promocją. Nim jednak o niej powiem, muszę zwrócić uwagę na jedną zasadniczą różnicę między „Trafnym wyborem”, a „Wołaniem kukułki”. Tą różnicą jest nazwisko. Pierwsza publikacja sygnowana jest znanym na całym świecie nazwiskiem J.K.Rowling, które można śmiało uznać za mocną, sprawdzoną markę. W przypadku drugiej książki, na okładce widnieje nazwisko „Robert Galbraith”, które znane jest dużo mniejszej grupie odbiorców. Należy spojrzeć prawdzie w oczy – ile osób w Polsce wie, że Galbraith to Rowling? Ile osób sięgnie po publikację najbardziej znanej pisarki na świecie, jeśli jej nazwisko nie widnieje na okładce? Początkowo uważałem, że Wydawnictwo Dolnośląskie strzela sobie w kolano umieszczając na frontowej okładce tylko nazwisko Roberta Galbraitha – sądzę, że na lepszą sprzedaż wpłynęłoby zamieszczenie na froncie książki informacji na temat prawdziwego autorstwa J.K.Rowling. Ta, natomiast, znajduje się na tylnej okładce – wydrukowana małą czcionką. Już Chris Columbus i Ned Vizzini, autorzy „Domu Tajemnic” mogą liczyć na większe zainteresowanie, albowiem nazwisko J.K.Rowling rzuca się w oczy na okładce ich powieści, przez co niektórzy mylnie odbierają tę książkę jako jej autorstwa. Tymczasem „Wołanie kukułki” niemal nie chce zdradzić tożsamości swojego autora. Istny strzał w kolano. Ale czy to strzał wydawcy? Nie sądzę. Logicznym zdaje się, bowiem, fakt, że to odgórne zarządzenie zabrania umieszczenia nazwiska Rowling na okładce, a wydawcy muszą się z tym zgodzić. Gdyby tak nie było, nie sądzę by niemiecki czy francuski dom wydawniczy odmówił sobie możliwości promocji książki samym nazwiskiem autorki „Harry’ego Pottera”. Byłoby to logiczne zagranie marketingowe. Wszak nikt nie promuje coca-coli pod nazwą ekstra-żłopik, a tego wymaga się w przypadku „Wołania kukułki”. Jeśli mam być szczery, sądzę, że tylko odpowiednia strategia promocyjna może w jakimś stopniu wynagrodzić to posunięcie. Tyle, że nakład w tę promocję musi być większy i nie do końca się sprawdzi. Bo nawet jeśli Dolnośląskie roześle do każdej księgarni gigantyczne plakaty, bannery czy inne materiały promocyjne zaznaczające autorstwo J.K.Rowling, to i tak za kilka tygodni znikną one z księgarń i książka będzie musiała bronić i promować się sama. Nazwiskiem Galbraitha. Czy to wypali? Można się łudzić, że do tego czasu wszyscy poznają prawdziwą twarz pana Roberta – z Internetu, z prasy, z radia, z telewizji… Ale przyznajmy bez ogródek: skoro nadal znajdą się wśród nas i wśród fanów „Pottera” osoby, które nie mają pojęcia, że powstało coś takiego jak „Trafny wybór”, który jest sygnowany nazwiskiem Jo, to jak u licha mieliby się zorientować kim naprawdę jest Robert Galbraith? Mowa tu o potencjalnych nabywcach książki, nie o ludziach, którzy od twórczości Rowling stronią. Sporo czasu musi upłynąć nim wszyscy poznają prawdę. A czas to pieniądz.

I zataczamy koło. Bo, żeby zarabiać, trzeba promować. Można oddać los w ręce marketingu szeptanego, ale bez wątpienia bardziej efektywne będzie przeprowadzenie profesjonalnej kampanii promocyjnej. Przypomnijmy sobie zatem jak przed rokiem Znak promował pierwszą powieść J.K.Rowling dla dorosłych: plejada gwiazd i celebrytów z uznaniem wypowiadała się na temat debiutu Rowling w literaturze dla dorosłych – Anna Mucha, Krystyna Czubówna, Tatiana Okupnik, Maciej Kurzajewski to zaledwie kilka nazwisk z wielu, które polecały „Trafny wybór”; w księgarniach pojawiły się plakaty i standy reklamujące książkę, w programach radiowych i telewizyjnych wciąż przewijał się temat powieści Rowling. Promocja trwała od momentu, kiedy Wydawca kupił prawa do tłumaczenia – nieprzerwanie podsycano ogień, który płonął w sercach czytelników, a jeśli dodać do tego błyskawiczne wydanie książki – wszyscy byli zachwyceni. Mimo, że zaraz po premierze cała wrzawa ucichła…

To, co w tym roku proponuje Wydawnictwo Dolnośląskie nie odbiega od standardu – również w przypadku „Wołania kukułki” w promocję mają zostać zaangażowani celebryci, promocję mają wesprzeć blogi i strony poświęcone modzie oraz serwisy plotkarskie, a większe miasta poszczycić się będą mogły citylightami. Książka ma być promowana również w telewizji śniadaniowej i innych mediach. Do księgarń trafią hangery, plakaty, ekspozytury przykasowe, makiety, zakładki i torby. Wszystko to brzmi obiecująco tylko… do premiery „Wołania kukułki” pozostało półtora tygodnia, a ja jeszcze nie odczułem, by jakieś działania zostały przeprowadzone – mówię tu głównie o stronie internetowej Wydawcy, która zamiast zachęcać i zasypywać nowinkami i ciekawostkami, odstrasza ciszą. W moim mniemaniu, im głośniejsza reklama, tym lepiej – do odbiorcy należy dotrzeć, zwłaszcza jeśli prawdziwa marka oferowanego produktu ma pozostać potencjalną tajemnicą.

Jeśli chodzi natomiast o samą ofertę Wydawnictwa Dolnośląskiego, optymizmem napawa fakt, że powstanie audiobook „Wołania kukułki”, którego lektorem będzie Maciej Stuhr! Być może płonna to nadzieja, ale liczę w tym wypadku na coś więcej, aniżeli zwykłe przeczytanie książki. Marzy mi się prawdziwe słuchowisko! A jak będzie? Dowiemy się 4 grudnia!


Ale teraz wiem jedno. Polski tłumacz „Wołania kukułki” uratował skórę J.K.Rowling. Wszystko za sprawą niefortunnego zrządzenia, w wyniku którego w oryginale powieści jedną z bohaterek jest… Polka. Zajmuje się ona konserwowaniem powierzchni płaskich, a na imię ma… Lechsinka. Zdawać by się mogło, że ktoś kto jest w stanie dowiedzieć się wszystkiego o wojsku, o amputowanych kończynach i z dokładnością niemalże do centymetra opisać każde miejsce w Londynie, powinien również potrafić dowiedzieć się, jakimi imionami Polacy się posługują, a jakimi nie… Żeby tego było mało, Rowling popełnia kolejną gafę! Kiedy detektyw rozmawia ze słabo mówiącą po angielską Lechsinką, używa słowa „detective”, którego… ona nie rozumie. Szczerze lękałem się tej sceny w polskim wydaniu „Wołania kukułki”, albowiem niewątpliwe byłoby zbłaźnienie się J.K.Rowling. Na szczęście – ku mojej ogromnej uldze i radości – tłumacz uczynił to, co sam zrobiłbym na jego miejscu: zmienił imię Lechsince na Lucynkę i nieco „podreperował” rozmowę, w której Polka z całą pewnością pojmuje znaczenie słowa „detective”.

A jeśli już o tłumaczu mowa, to… jego nazwisko nadal musi pozostać tajemnicą. Na razie…

AKTUALIZACJA - 25 LISTOPADA

Dostaliśmy dziś zielone światło, więc bez zbytniej zwłoki: tłumaczem "Wołania kukułki" jest Anna Gralak, którą znać możemy choćby z przekładu na język polski "Trafnego wyboru" J.K.Rowling. Nas ta informacja (a w szczególności mnie) bardzo ucieszyła, zważywszy na fakt jak dobrą pracę wykonała tłumaczka przy "Trafnym wyborze". Jeśli chodzi o "Wołanie kukułki" - uważam, że i tu pani Ania wykonała kawał dobrej roboty i ocaliła J.K.Rowling przed zostaniem wyśmianą. Cóż mogę rzec więcej - pani Ani gratuluję przetłumaczenia "Wołania kukułki" i z całego serca dziękuję za Lucynkę!


Autor ilustracji: Matt Blease
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz