"Wołanie kukułki": wydanie zerowe

14 lipca tego roku popełniłem trzy błędy. Po pierwsze – nie doceniłem faktu, że książka Roberta Galbraitha, która okazała się być w istocie napisaną przez J.K.Rowling tak szybko się rozejdzie w swoim dotychczasowym, pierwszym nakładzie. Po drugie – nie doceniłem tego jak wielką wartość materialną jak i kolekcjonerską będzie miało to pierwsze wydanie. I po trzecie – poświęciłem dwie godziny na zastanawianie się, kto i dlaczego podpisał się w tej książce jako autor, Robert Galbraith, nie wierząc, że mogła to zrobić J.K.Rowling. Straciłem fantastyczną możliwość zdobycia jednej z najbardziej pożądanych książek z autografem złożonym przez J.K.Rowling (która cały wieczór ćwiczyła swój nowy podpis).

Ale nie popełniłem innego błędu. Jako pierwsi w Polsce udostępniliśmy u nas wpis poświęcony „Wołaniu kukułki”, nim do kogokolwiek dotarła ta informacja. Poczułem się wówczas jak rasowy dziennikarz i to inni od nas kopiowali tekst i publikowali go na swoich stronach. To było świetne uczucie – widzieć swój tekst na innych portalach i odnośnik do bloga. Od razu też wysłaliśmy wiadomość do Wydawnictwa Znak z nadzieją, że ta informacja pomoże w uzyskaniu praw do polskiego tłumaczenia książki J.K.Rowling. Kiedy pierwsza fala zainteresowania minęła, zaczęło się oczekiwanie…

Oczekiwanie na angielskie wydanie powieści, które zostało wyprzedane co do jednej sztuki i wielu naszych znajomych na próżno poszukiwało dla nas tej książki w brytyjskich księgarniach. Potem oczekiwaliśmy niecierpliwie wieści na temat polskiego wydania. Agent literacki J.K.Rowling odpowiedział na naszą wiadomość krótko: „nie ma żadnych informacji na temat tego czy i kiedy książka pojawi się w Polsce”. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego jak musi wyglądać walka o prawa do tej książki. Zagraniczni wydawcy, którzy zakupili prawo do tłumaczenia jeszcze przedogłoszeniem Rowling jako autorki, zapłacili za nie śmiesznie małe pieniądze. Inni musieli walczyć. Jakie sumy wchodziły w grę? Nie wiemy. Wiemy jednak, że długo i niecierpliwie wyglądaliśmy informacji na temat polskiego „Wołania kukułki”.

I doczekaliśmy się. 6 września Wydawnictwo Dolnośląskie, wchodzące w skład Grupy Wydawniczej Publicat SA, ogłosiło nabycie praw do wydania powieści Roberta Galbraitha w Polsce. Pierwotnie zakładano, że tłumaczenie pojawi się w księgarniach w 2014 roku. Nie cieszyła nas ta informacja, zwłaszcza że rok wcześniej czuliśmy się mile połechtani przez Wydawnictwo Znak, które wydało „Trafny wybór” na niewiele ponad miesiąc po premierze angielskiej. To było niesamowite biorąc pod uwagę to, że na polskie wydania „Potterów” trzeba było czekać pół roku. Niewątpliwie to wielka zasługi tłumaczki, Anny Gralak, że mogliśmy dostać najnowszą powieść J.K.Rowling tak szybko.

Tym razem poczekać trzeba nieco dłużej, choć nie tak długo jak zakładano. „Wołanie kukułki” pojawi się w Polsce już 4 grudnia, tuż przed Mikołajkami. Przyjdzie jeszcze czas na udzielanie odpowiedzi i prezentację recenzji książki. Dziś skupię się natomiast na pewnym „zjawisku”, które od zawsze budziło moją fascynację. „Proof copy edition”, „Review edition”… czyli najprościej w świecie ujmując – „zerowe” wydanie, nie na sprzedaż, drukowane w ściśle limitowanej ilości egzemplarzy przed premierą. Takie wydanie służyć ma zarówno wydawcy do przejrzenia i ewentualnego naniesienia poprawek lub też, jako edycja recenzencka, ma trafić do rąk dziennikarzy, którzy dzięki niej mają możliwość przygotowania swoich artykułów na czas. Swego czasu pisałem o takich wydaniach „Harry’ego Pottera”, których wartość dziś przekracza wszelkie granice. Zawsze z wypiekami na twarzy przeglądałem oferty antykwariuszy oferujących na swoich aukcjach właśnie takie wydania. Proste, być może jeszcze niedoskonałe, bez ISBN, bez ceny. Po prostu – książki nie na sprzedaż. W przypadku „Wołania kukułki” spotkałem się z takimi wydaniami powstałymi zarówno w Wielkiej Brytanii jak i Ameryce (które na ebay można kupić odpowiednio za: 5800 zł i 1150 zł). Zabawne, jakie ceny mogą osiągać takie nieliczne kopie wałęsające się w przestworzach aukcji internetowych na ebay. Z drugiej strony zastanawiam się czy jakikolwiek fan twórczości Rowling, byłby skory rozstać się z taką edycją, edycją, która ujrzała światło dzienne jeszcze przed pierwszym wydaniem. I przez wiele lat zastanawiałem się jak by to było mieć w domu właśnie takie wydanie. Dzisiaj przestałem się nad tym zastanawiać.

Nawet nie wiedząc jeszcze, kto będzie polskim wydawcą „Wołania kukułki”, byliśmy zdecydowani wesprzeć wydawnictwo i promować najnowszą książkę tak bardzo jak to możliwe. W gruncie rzeczy nie interesowało nas to, kto wyda książkę, byleby tylko zrobił to szybko. Kiedy pojawiły się oficjalne informacje ze strony Wydawnictwa Dolnośląskiego, od razu nawiązaliśmy kontakt. Niemałym zaskoczeniem była wiadomość, którą otrzymaliśmy w minionym tygodniu, a której efektem było otrzymanie przez nas dzisiaj polskiego wydania „Wołania kukułki”. Ale nie jest to edycja, którą każdy będzie mógł kupić od 4 grudnia. Wielce zaskoczyła nas informacja umieszczona na okładce książki: „Przedpremierowa edycja limitowana”. Nim zacząłem zgłębiać fascynującą treść powieści, porównałem to wydanie z wydaniem, które pojawi się w księgarniach. Oczywiście, dodatkowa inskrypcja zamieszczona na okładce rzuca się w oczy, ale dodatkowo ta edycja pozbawiona jest „skrzydełek”, które znajdą się w sprzedawanym wydaniu. Ponadto na tylnej okładce brakuje kodu kreskowego, ISBN oraz proponowanej ceny. Obowiązek zamieszczania kodu kreskowego na książkach istnieje w Polsce od 1994 roku, dlatego dziwnie patrzy się na nową, pachnącą farbą drukarską książkę bez niego. Ma to jednak swój urok.
I na koniec kwestia, która nas interesowała od dłuższego już czasu. Znamy nazwisko tłumacza polskiej edycji! A jest nim…

Nie możemy odebrać Wydawcy przyjemności ogłoszenia tej informacji! Chociaż z całą pewnością możemy stwierdzić, że tak jak i każda informacja, tak i ta jednych ucieszy, innych zasmuci. Nas cieszy!

A już w kolejnym wpisie…

Zdradzimy nazwisko tłumacza „Wołania kukułki”, opowiemy o sporym błędzie J.K.Rowling, odpowiemy na szereg pytań dotyczących wydania i akcji marketingowej książki, a także zwrócimy uwagę na pewną cechę, która polskiego wydawcę „Wołania kukułki” może kosztować nieco pieniędzy w przeliczeniu na „nie-sprzedane” egzemplarze książki…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz