W pogoni za sukcesem: autografy

Czasami to, o co walczymy, z góry skazane jest na porażkę. Czy w takim razie lepiej jest odpuścić i z boku patrzeć na rozwój wypadków? A może warto, mimo wszystko, stanąć do tej nierównej walki i stawiając wszystko na jedną kartę, zawalczyć o zwycięstwo? Dziś będzie o autografach i o docieraniu do ludzi, do których „nie da się” dotrzeć. Będzie też o wykorzystywaniu okazji i walce do samego końca.

Zbieram autografy od jesieni 2009 roku. Nie miałem pojęcia, co robić i od czego zacząć, ale zdobywszy osobiście autografy Bonnie Wright i Matthew Lewisa, kiedy byli w Polsce na premierze „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi”, poczułem się jak rekin, który wyczuł w wodzie krew. Jasno czułem, że to jest coś za czym chciałbym pójść, to pasja warta oddania się jej. Ale nie moja jedyna. Dla mnie książki zawsze były na pierwszym miejscu, dlatego też – jak na kolekcjonera z tak długim stażem – mój „dobytek” jest w tej mierze niewielki.

Często otrzymujemy wiadomości z pytaniami, od czego zacząć zbieranie autografów, jak pisać, jakich zasad i reguł przestrzegać. Moim zdaniem jedyne reguły, których należy przestrzegać ustala sobie każdy sam. Poziom mojego angielskiego w chwili, kiedy zdecydowałem się na napisanie swoich pierwszych listów – do Michaela Gambona i braci Phelps, był, delikatnie ujmując, żenujący. Sam nie jestem w stanie pojąć tego, jak okropnej jakości, pod względem językowym, były moje pierwsze listy. Ale najważniejsze w tym jest nie to, że były okropne, ale właśnie, że były. Przecież mogłem stchórzyć, wycofać się i nie ryzykować zrobienia z siebie błazna. W każdym momencie mogłem odpuścić. Nikt nie miałby mi tego za złe. Poza mną samym. To zatrważające, że swój pierwszy list – list do J.K.Rowling – pisałem od 2005 roku. Cztery lata zajęło mi pielęgnowanie i dopieszczanie treści, która w końcu i tak trafiła do kosza. Bo czas nie sprzyja w takim przypadku. Jest jedynie wrogiem wskazującym wszelkie błędy i niedociągnięcia. Ten wróg potrafi zablokować nawet największą pasję i zabić najszczersze chęci. Mnie się udało wyjść zwycięsko z tej walki i wkrótce udowodniłem nie tylko sobie, ale też i innym niedowiarkom, że prawdziwe oddanie potrafi wynieść na wyżyny. Trzecim listem z prośbą o autograf, który wysłałem był list do Alana Rickmana. Aktor bardzo rzadko odpisywał, z reguły nikomu nie udawało się trafić z listem na czas jego obecności w Londynie, w związku z czym każdy wysyłający doń list, otrzymywał odpowiedź z agencji, w której wyjaśniano, że przebywa on poza krajem. I choć moje szanse na otrzymanie odpowiedzi od filmowego Snape’a były nikłe (a biorąc pod uwagę mój poziom językowy – żadne), nie odpuściłem. Wielokrotnie powtarzałem w swojej głowie, że przecież mogę wybrać na początek kogoś „prostszego”. Mogę napisać do Shirley Henderson, która odpisuje po dwóch tygodniach, mogę napisać do Maggie Smith, od której odpowiedź byłaby nie małym sukcesem, a która zdecydowanie częściej odpowiada na fanowską pocztę. Mogłem, ale tego nie zrobiłem. Bo chciałem być najlepszy. I byłem, niezależnie od tego jakie osiągnięcia mieli inni. Stopniowo, acz sukcesywnie przeskakiwałem stawianą przez siebie poprzeczkę.

Nim otrzymałem odpowiedź od Alana, zdecydowałem się spróbować czegoś jeszcze trudniejszego. Dużo trudniejszego. Napisałem list do J.K.Rowling. Zupełnie nowy, od podstaw. Napisałem go srebrnym cienkopisem sprowadzanym z Niemiec na czarnym papierze. Chciałem, by wszystko wyglądało magicznie i bardzo estetycznie. Wysłałem go w maju 2010 roku, blisko cztery miesiące po wysłaniu listu do Alana – listu, na który nie spodziewałem się już otrzymać odpowiedzi. A jednak. Odpowiedź doszła – po pół roku. I jakaż była moja radość wtenczas, gdy mogłem celebrować swoje pierwsze, wielkie zwycięstwo! Ta radość była jednak niczym w porównaniu do kolejnej, która nadeszła zaledwie kilka dni później. Moje pierwsze podejście do J.K.Rowling zakończyło się triumfem. Otrzymałem autograf pisarki. Nie miałem już żadnych wątpliwości – wszystko jest możliwe, jeśli tylko jest się wystarczająco zdeterminowanym, żeby do tego dążyć. Wkrótce potem do mojej powstającej kolekcji autografów dołączyły kolejne. Autograf Maggie Smith i autograf Ralpha Fiennesa. To zabawne, bo kiedy wysyłałem list do Ralpha, on nie odpisywał fanom. Mnie odpisał, jednak nie widziałem na tablicy na fanmail.biz żadnego innego sukcesu od niego. Zawsze będę ubolewał nad tym, że autograf Daniela Radcliffe’a z fantastyczną dedykacją doszedł do mnie tego samego dnia, w którym przyszedł autograf Ralpha. Nie miałem wystarczającego czasu, aby się nim nacieszyć, bo ten drugi sukces przyćmił wszystko inne.

Pisząc do Daniela, nie nastawiałem się na odpowiedź. Pamiętam jednak, kiedy telefonowałem z pracy do swojej mamy i usłyszałem w słuchawce:

- Przyszły dwa listy zza granicy – powiedziała, a moja ciekawość sięgnęła zenitu. Kiedy na moją prośbę otworzyła koperty usłyszałem najbardziej nieprawdopodobne wieści – Zdjęcie Voldemorta z podpisem i od Harry’ego Pottera.
- Od Radcliffe’a też z podpisem?
Kilka sekund ciszy, które nastały sprawiły, że serce chciało mi wyskoczyć z piersi:
-Tak. I z dedykacją.
Lepszej wiadomości nie mogłem się spodziewać. Do dzisiaj, kiedy wspominam tamte chwile, czuję ciepło w sercu. Późniejsze sukcesy były kwestią czasu. Nie pisałem wielu listów – nigdy nie nastawiałem się na „hurtową” wysyłkę, ponieważ wolałem, by każdy mój list był napisany od serca i był naprawdę wyjątkowy.

Ale czym jest korespondencyjne zbieranie autografów w porównaniu do osobistego? Światowa Premiera „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci cz.2” w Londynie, przyniosła mi najwięcej sukcesów. Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Helena Bonham Carter, Evanna Lynch i wiele, wiele innych wspaniałych osób złożyło podpis w moim egzemplarzu ostatniego tomu. W całym moim zamiłowaniu do „Harry’ego Pottera”, ten dzień był najbardziej wyjątkowy i szczególny, choć w niewielkim stopniu związany z samą książką. Choć samo zobaczenie na żywo J.K.Rowling sprawiło, że do moich oczu napłynęły łzy. To był wspaniały dzień.

Powracając do korespondencji. Ostatnią osobą na mojej liście była Emma Watson. Podejmowałem wielokrotne próby zdobycia od niej autografu, aż w końcu, sfrustrowany, kupiłem jeden na ebay. Żałuję tej decyzji do dzisiaj. Bo choć miło było dołączyć go do zbioru, tak naprawdę zawsze pozostawał dla mnie „obcy”. Kupne autografy nie cieszą. Nie mnie. Mimo wszystko, nie odpuściłem. Szukałem każdej sposobności, byleby tylko móc skontaktować się z Emmą. I nawet, kiedy dowiedziałem się, że przez jeden dzień będzie ona promować kosmetyki w sklepie Lancome w Londynie, postanowiłem podjąć rękawicę. Napisałem dwa listy – jeden do niej, a drugi do obsługi sklepu z prośbą o przekazanie przesyłki aktorce. Jakie mogłem mieć szanse? Pewnie niewielkie. A finał był taki sam jak w wielu innych przypadkach – udało się. Niewiele ponad dwa tygodnie później otrzymałem przesyłkę ze sklepu, w której znajdowały się dwa autografy Emmy i krótki list ze sklepu.
 
Wiem, jakie to frustrujące, kiedy komuś się udaje, a innym nie. Wiem, ile kosztuje otrzymywanie PP za każdym razem, kiedy liczy się na oryginał. Nasz ostatni „sukces” to odpowiedź z agencji Dana. Dwa listy, które wysłaliśmy na adres VV, doczekały się takiej samej odpowiedzi – zdjęcia z nadrukowanym podpisem. Frustruje mnie to, ponieważ wiem jak bardzo starała się Natalia, by te listy i koperty były świetne. Niestety, nie zawsze jest tak, że ktoś docenia ten wysiłek. Bywa, że listy nie są czytane. Co zrobić w takiej sytuacji? Usiąść i płakać? Obrazić się na cały świat i skończyć z pisaniem listów? Czemu nie. Ale trzeba mieć wówczas świadomość, że sukces sam nie nadejdzie. Daniel Radcliffe nie wyśle sam od siebie autografu do niewiadomo kogo. Jeśli ma się pasję, trzeba się jej oddawać. Trzeba się odważyć działać i nie baczyć na żadne przeciwności. Jestem niezwykle dumny z Natalii, która niezrażona realizuje swoje cele i pisze listy oraz tworzy niesamowite koperty. Ja w dziedzinie grafiki kopert nie mogę się z nią równać. Ale cieszę się, że zaraziłem ją tym „bakcylem”.

Jaki jest cel pisania o tym, co już wszyscy wiedzą? Celem jest dotarcie do mentalności osób, które chcą, ale się boją bądź mają wątpliwości: każdy jest kowalem swojego losu i albo zacznie działać na własną rękę, albo nie będzie miał nic. Każde działanie jest zagrożone porażką, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Ktoś, kto przegrywa jest i tak dalej od kogoś, kto rezygnuje z działania. Bo ten, kto przegrywa, o ile jest wystarczająco zdeterminowany, któregoś dnia zwycięży. A ten kto nie walczy, może nadal śnić o Emmie Watson czy Alanie Rickmanie. Jednak zaręczam – posiadanie czegoś, co było przez nich dotykane i podpisywane jest dużo fajniejsze od nierealnych snów. Bo wiążą się z tym wspomnienia. Wspomnienia trudu i godzin włożonych w mozolną pracę. Nieważne jakie masz ograniczenia i czego się boisz, bo jeśli się odważysz realizować swoje marzenia, świat stanie się dla Ciebie bardzo przyjaznym miejscem.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz