Magiczny Londyn

Mam ściśnięty żołądek, a serce podskakuje mi do gardła. Nie mogę oddychać. Czuję jak jakaś niewidzialna siła wbija mnie w fotel i czuję, że zaczynam lecieć do tyłu. Wszystko to, co jeszcze przed chwilą było przede mną, teraz znajduje się nade mną. Przeraża mnie to. Oczami wyobraźni widzę jak jestem do góry nogami, słyszę różne trzaski, głośny huk i nastaje ciemność. Nienawidzę latania. Boję się samolotów. A jednak w czerwcu 2011 roku coś mnie podkusiło, by wsiąść do różowego samolotu linii WizzAir. „Coś” – dobre sobie! Podkusił mnie „Potter” i jedyna, niepowtarzalna w życiu okazja, by polatać na miotle w studio filmowym. Mimo mojego strachu i obaw, dotarłem szczęśliwie na miejsce, choć i tak czułem ulgę na myśl, że za miesiąc dotrę do Londynu w zupełnie inny sposób. Zwyczajny i bardziej (dla mnie) normalny. Autokarem.

Jak dotąd w Londynie gościłem trzy razy, a każdy z moich wyjazdów diametralnie różnił się od poprzedniego. Otrzymana niedawno wiadomość i niezliczona ilość razy, kiedy Natalia usiłowała mnie przekonać do tego pomysłu, przyniosły efekt. Dziś opowiem o Londynie. A konkretniej – o jego magicznych stronach. Będzie to opowieść, jak zwykle, z mojej strony subiektywna i opatrzona stosownymi komentarzami. Nie będę niczego na siłę upiększać, ani też oszpecać.

Moją pierwszą wycieczkę do Londynu sponsorował sponsor konkursu przeprowadzonego na antenie Radia ZET. Mogłem zatem cieszyć się komfortowym, czterogwiazdkowym hotelem, The Courthouse Doubletree by Hilton, mieszczącym się niemal w samym centrum miasta! Był to dość szczególny czas na pojawienie się w stolicy Anglii, albowiem miesiąc później miałem tu powrócić ze względu na Światową Premierę „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci cz.2”. Miałem czas i możliwości, by poznać to miejsce i zaakceptować fakt, że moja kolejna wizyta nie będzie obejmowała pobytu w czterogwiazdkowym hotelu. Ba! Nie będzie obejmowała pobytu w żadnym hotelu! Mógłbym w tym miejscu opisać, co udało mi się wówczas zobaczyć i gdzie dotarłem, ale wolę skupić się na fakcie zakwaterowania. Jak wspominałem – pierwszą wizytę wspominam jako najbardziej komfortową pod względem miejsca, w którym dane mi było spędzić dwie noce. Niemniej jednak, pomimo tego „skromnego luksusu”, nie zdecydowałbym się na zakwaterowanie w tym miejscu za swoje pieniądze. Zbyt duży wydatek. Aż trudno uwierzyć w to, że z tak luksusowych warunków przeniosłem się miesiąc później na Trafalgar Square, wybierając warunki spartańskie. Tu nie było wygodnego łóżka w ciepłym pokoju i wybornego śniadania. Deszcz lał się strumieniami, a słońce z dnia na dzień, stawało się bardzo wyczekiwanym gościem, którzy rzadko się pokazywał. To była cena za posiadanie dobrego miejsca na premierze. Przy samych barierkach, przy scenie. A za mną setki ludzi, którzy nie zdecydowali się na takie poświęcenie. Prawdę mówiąc, do tej pory nie wiem, co by się z nami stało, gdyby Bartek, operator kamery z Polsatu, nie przygarnął mnie i Ani (towarzyszki, z którą pojechałem na premierę). Dzięki niemu spędziliśmy ostatnią noc w ciepłym mieszkanku delektując się snem pozbawionym wody kapiącej na twarz.

W 2012 roku po raz ostatni (jak na razie) byłem w Londynie. Ze względu na WB Studio Tour. „The Making of Harry Potter”, noce spędzałem w Watford, w przytulnym hotelu Park Inn. Hotel ten mieścił się zaledwie pięć minut pieszej wędrówki od dworca kolejowego, z którego bez problemu można było dojechać do Londynu i, co ważniejsze, obok którego znajdował się przystanek autobusowy specjalnej linii dowożącej do WB Studio Tour.

Każda moja wizyta w Londynie była inna, za każdym razem odkrywałem inne, cudowne zakątki tego miasta i stykałem się z magicznymi miejscami znanymi z ekranu. O ile nie wypada mi niczego doradzać w kwestii noclegu – każdy wybierze to, co będzie chciał wybrać, w zależności od chęci i możliwości finansowych, na pewno nie odmówię sobie przyjemności podzielenia się subiektywnymi opiniami na temat miejsc, które w Londynie warto zwiedzić. Oczywiście, będą to miejsca związanego z „Harrym Potterem”. Nie będę jednak zamieszczał żadnych skomplikowanych map, albowiem jestem zdania, że w Londynie nie da się zabłądzić w sposób uniemożliwiający odnalezienie odpowiedniej drogi i miejsca docelowego.

Na pewno atrakcją numer jeden, którą trzeba zobaczyć, jest WB Studio Tour. „The Making of Harry Potter” (http://www.wbstudiotour.co.uk/). Studio filmowe, gdzie kręcono wszystkie filmy z serii to najbardziej przepełnione magią miejsce, w którym się znalazłem. Choć mieści się w Watford, bardzo łatwo do niego dotrzeć. Wystarczy udać się do najbliższej stacji metra (jest ich w Londynie wiele, łatwo je odnaleźć) i zakupić bilet do stacji London Euston, a stamtąd należy wyjść na dworzec kolejowy i podmiejskim pociągiem można dojechać do stacji Watford Junction. Po opuszczeniu dworca kolejowego, po lewej stronie znajduje się przystanek, z którego odjeżdża magiczny, piętrowy autobus – prosto do studia filmowego „Harry’ego Pottera”! Co warto podkreślić – radzę wybrać się do studia rano, albowiem bilet wstępu umożliwia pobyt w atrakcji do samego zamknięcia. A jest co zwiedzać. Spędziłem tam niemal cały dzień, a wiem, że gdy będę miał taką możliwość, to i dwa dni przeznaczę sobie na swobodny spacer pomiędzy najróżniejszymi planami z „HP” i podziwianie wszelkiego rodzaju rekwizytów. To miejsce jest tak bardzo nasycone magią, że najchętniej chciałoby się rozłożyć śpiwór w Wielkiej Sali i zostać tam na wieki (zwłaszcza, że piwo kremowe to bajka!). Cała wycieczka po tym niesamowitym obiekcie kończy się w gigantycznym sklepie z potterowskimi pamiątkami. Sklep wypełniony jest po brzegi różnego rodzaju gadżetami, strojami, słodyczami, a nawet oryginalnymi szkicami Stuarta Craiga, człowieka odpowiedzialnego za scenografię w „Harrym” (to on zaprojektował Hogwart i wszystko to, co znamy z filmów!).

Nie ma się co dłużej rozwodzić nad walorami WB Studio Tour. To miejsce to obowiązkowy punkt na mapie każdego potteromaniaka, który decyduje się na przyjazd do stolicy Anglii. Ale to nie jedyne miejsce zionące magią „Harry’ego Pottera”. Zaspokoiwszy pierwszą, największą żądzę, nie warto zapominać i o innych cudownych punktach na londyńskiej mapie. Zaczynając od centrum. Trafalgar Square już na zawsze pozostanie w moim sercu. To tutaj spędziłem najwspanialsze potterowskie chwile w życiu. To tutaj spełniło się wiele z moich marzeń. I to tutaj po raz pierwszy w życiu wydzierałem się na całe gardło nie bacząc na to, co inni mogą o mnie pomyśleć. A warto wiedzieć, że zawsze przywiązuję wagę do takich rzeczy i na ogół panuję nad swoimi emocjami. Jednak tym razem, nie miało to dla mnie większego znaczenia… Trafalgar Square i Leicester Square to wspaniałe place, które gościły ekipę z „Harry’ego…” podczas Światowych Premier poszczególnych filmów (siedem pierwszych premier odbyło się na Leicester, a ósma – największa – z powodu prac remontowych, została zorganizowana na Trafalgarze). Lubię wracać do tych miejsc ze względu na sentyment. Jeśli komuś sentymenty nie wystarczają, śmiało może wybrać się na spacer w kierunku Charing Cross, gdzie nagrywane były sceny sprzed Ministerstwa Magii (niestety, nie ma tu pamiętnej budki telefonicznej umożliwiającej dostanie się do środka urzędu).

Niezaprzeczalnie piękne widoki rozpościerają się nad Tamizą. Z uśmiechem na twarzy wspominam spacer po Millenium Bridge… A skoro jestem już przy tym moście… Udział w reportażu dla Polsatu wiązał się z udziałem w stosunkowo ciekawej wycieczce busem po lokacjach, w których nagrywano sceny do „Harry’ego Pottera”. Wycieczka organizowana przez Brit Movie Tours miała swoje zalety,
ale i wady. Ciekawe miejsca takie jak: Millenium Bridge i Kings Cross były przeplatane wieloma mniej znaczącymi przystankami i wskazywaniem przez obłąkaną (wydzierającą się, skrzekliwą i miotającą śliną na wszystkie kierunki i dalekie odległości) przewodniczką takich rzeczy jak okno, przez które Harry wyglądał będąc w Dziurawym Kotle… Do tego kilka innych uliczek, którymi przechadzali się bohaterowie i mnóstwo mało interesujących mnie detali, których już nawet nie pamiętam… Wycieczka niewarta swojej ceny (dzięki Bogu, nie musiałem za nią płacić), co i ekipa z Polsatu przyznała. Niemniej – zobaczenie Millenium Bridge (most zniszczony przez śmierciożerców na początku „Księcia Półkrwi”) i Kings Cross (gdzie od niedawna funkcjonuje potterowski sklepik „Platform 9 ¾”) było naprawdę fascynującym przeżyciem (zabawnym też ze względu na to, że Marcin Cejrowski nalegał, byśmy się na moście położyli, co przykuło do nas uwagę mijających przechodniów). Reasumując – sponsorowania lokalnego zdziercy nie polecam, natomiast polecam odwiedzenie tych dwóch szczególnych miejsc na własną rękę. Oczywiście, jeśli ktoś uwielbia szczegóły, może zdecydować się na zakup biletu na taką objazdową wycieczkę, ale wówczas radzę, by zająć miejsca z tyłu pojazdu (chyba, że obłąkana przewodniczka już tam nie pracuje, albo zapanowała nad rozpryskującą się na wszystkie kierunki śliną).

Osobiście ze swoich wycieczek do stolicy, bardzo mile wspominam Regent Street. Tą drogą można dojść nie tylko do Shaftesbury Avenue, charakterystycznego miejsca, w którym pojawiło się trio po ucieczce z wesela, ale i do wspaniałego, najcudowniejszego na świecie sklepu z zabawkami – Hamleys. Ten kilkupiętrowy kompleks (cztero- lub pięciopiętrowy budynek) to prawdziwy raj dla wszystkich dzieci – od tych najmłodszych do tych stuletnich. Nie wspominałbym tego sklepu, oczywiście, gdyby nie cudowny dział z „Harrym Potterem”. To tutaj zakupiłem swoje pierwsze repliki – dziennika Riddle’a, pierścienia Marvola, czarki Hufflepuff, medalionu Slytherina i wielu innych. To miejsce poznało magię!

Nie wyobrażam sobie dwudniowego wyjazdu do Londynu. To tak, jak gdyby ugryźć kawalątek najsmaczniejszego tortu na świecie i świadomie wyrzucić całą resztę, która smakuje jeszcze lepiej. To miasto o wielu twarzach, wielokulturowe i pełne magii. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia – sądzę, że z wzajemnością, skoro udało mi się wrócić ze Światowej Premiery w jednym kawałku i tylko kilkoma sińcami oraz sporą niedowagą. Nie jestem w stanie podpowiedzieć, który hotel jest dobry i tani, gdzie można zjeść coś dobrego, ani też dokąd warto podjechać. Jadąc za granicę, bardziej niż na wydawane pieniądze, patrzę na komfort. Stąd też wybór stosunkowo drogiego środka transportu (podróż autokarem może kosztować nawet trzy razy więcej od podróży samolotem) i hotelu w średniej cenie (ale za to położonego blisko miejsc, do których chciałem mieć blisko). Ile kosztował mnie najtańszy wyjazd? W sumie 600 zł – na dojazd i powrót oraz jedzenie. A do tego ponad drugie tyle na pamiątki. A najdroższy – nie licząc tego konkursowego – około 2000 zł – z transportem, hotelem, WB Studio Tour. i pamiątkami. Kolejny kosztować będzie z pewnością mniej, albowiem wyjadę z jedyną osobą, która jest w stanie nakłonić mnie do oszczędzania. Niemniej – głęboko wierzę w to, a nawet jestem tego pewny – że ten wyjazd będzie najwspanialszym ze wszystkich.

P.S. Z zupełnie innej beczki, acz z beczki, której zawartość w ostatnim czasie bardzo mnie zaintrygowała. Kiedy w 2002 roku, wraz z całą moją klasą, byłem na seansie kinowym „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”, w oczy rzucił mi się pewien plakat. Duży kinowy plakat przedstawiających Harry’ego i Hagrida, stojących tyłem i patrzących na rozpościerający się w oddali Hogwart. Ten plakat sprawił, że udało mi się oderwać od baru kinowego, w którym sprzedawano fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta i pamiętam jak dziś słowa kolegi z klasy: „Jaki ten Hagrid brzydki… Skoro on jest taki brzydki, to boję się jak pokażą Moody’ego!”. Może to dziwne, że zapamiętuję takie rzeczy, ale jedno jest pewne: wszyscy stali i gapili się na ten plakat. Każdy chciał go mieć. W tym i ja. Ale nigdy nie było dane mi go mieć. Tymczasem jakiś czas temu przeglądaliśmy z Natalią jej zdjęcia z przeszłości (żeby nie powiedzieć: z młodości) i natrafiliśmy na fotkę z pokoju mojej narzeczonej, gdzie stała przed tym konkretnym plakatem. Zastanawialiśmy się czy ten plakat jeszcze gdzieś jest w jej starym domu, a wyjazd do Bydgoszczy na miniony weekend, dał nam odpowiedź na to pytanie. Plakat nie tylko się zachował, ale i teraz przejechał z nami 630 kilometrów, by znaleźć się w antyramie i ozdabiać nasz pokój. Jaki z tego morał? Czasami marzenia z przeszłości się spełniają – wystarczy trafić na odpowiednią osobę :-)
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz