Czytał Piotr Fronczewski...

W 1931 roku American Foundation for the Blind (AFB) we współpracy z Library of Congress Books for the Adult Blind Project zapoczątkowały „Program Książki Mówionej”, który skierowany był do okaleczonych weteranów I Wojny Światowej oraz innych dorosłych, którzy mają problemy ze wzrokiem. Rok później nagrano pierwsze rozdziały z książek Hellen Keller oraz Edgara Alana Poe. Książka mówiona miała umożliwić niewidomym i niedowidzącym kontakt z literaturą, miała dać im szansę „doświadczania” książki. Zważywszy na koszta produkcji książek w alfabecie Braille’a oraz na fakt, że nie każdy mający problemy z widzeniem posługuje się nim, nagrywanie książek było idealnym rozwiązaniem. Od lata siedemdziesiątych, kiedy pojawiły się kasety magnetofonowe, książka mówiona otrzymała nowe miano – tak dobrze nam znane, zwłaszcza w dzisiejszych czasach – „audiobook”.

Trudno stwierdzić, kiedy produktem skierowanym do osób pokrzywdzonych zainteresowali się inni. Wiadomo natomiast, że dzisiaj popularność audiobooków jest powszechna, a i ich forma diametralnie się zmienia. Doskonale pamiętam te czasy, kiedy lektury szkolne doczekały się wydań w formie „słuchowisk”. Chyba nie słuchałem w życiu niczego bardziej mozolnego i nużącego od książki czytanej przez lektora, który zdawał się coraz mocniej i wyraźniej łączyć ze słuchaczami. Można tu mówić o zasadzie wzajemności – lektor cierpiał, bo czytał, zaś słuchacz cierpiał, bo słuchał. I nikt nie był zadowolony. Pewnie jest to też powód mojego stronienia od mówionych książek. Nie chciałem umierać z nudów, sądzę, bowiem, że nawet najgorsza książka lepsza jest od słuchania czytania człowieka najwyraźniej cierpiącego na zatwardzenie. I to przynajmniej od kilku dni.
Paradoksalnie, przychodzi mi zmierzyć się z tematem, przed którym broniłem się jak mogłem, a to za sprawą „Harry’ego Pottera”. Nie będę tutaj polemizować z tym czy Jim Dale był lepszym lektorem serii czy może ustępuje Stephenowi Fry. Nie mnie to oceniać, wolę pozostać na własnym „podwórku”. Łączny czas nagrań wszystkich siedmiu audiobooków polskiego „Pottera” wynosi 127 godzin i 44 minuty. Ile czasu ja spędziłem nad audiobookami „Pottera”? Dużo, dużo, dużo mniej. Nie będę oszukiwał i zgrywał znawcę, który przesłuchał każdy tom i wiele ma do powiedzenia na temat warsztatu lektorów, ponieważ nie przesłuchałem w całości żadnego. Próbowałem wielokrotnie, ale nigdy nie udało mi się wytrwać. Mój rekord to osiem rozdziałów „Insygniów Śmierci”. Na więcej nie mogę się zdobyć, choć sądzę, że i to wystarczy, by móc zrealizować temat, którego się dzisiaj podejmuję.

Na początek jednak drobna dygresja względem wchodzenia przeze mnie w posiadanie audiobooków, które znalazły się w naszej kolekcji. Jedynym, który kupiłem, był „Kamień Filozoficzny” nagrany na ośmiu kasetach magnetofonowych (po prawdzie – słuchałem fragmentu jeden jedyny raz, albowiem wkrótce potem zepsuł mi się magnetofon). Pozostałe dwa „tomy” – mieszczące się na dwudziestu czterech płytach CD „Zakon Feniksa” i na dwóch w formacie mp3 – „Insygnia Śmierci” wygrałem w konkursach internetowych. Zwłaszcza ta ostatnia pozycja często była przeze mnie odtwarzana. Nim dojdę do przedstawienia swoich wrażeń – kilka słów o lektorach.
Nagraniem wszystkich tomów, za wyjątkiem „Czary Ognia”, zajął się Piotr Fronczewski, bez wątpienia jeden z najbardziej charakterystycznych polskich aktorów. Jego głos jest urzekający i porywający – śmiało mogę nazwać go polskim Alanem Rickmanem. Nie znam powodów, dla których pan Fronczewski zrezygnował z możliwości przeczytania „Czary Ognia” (którą ostatecznie przeczytał Wiktor Zborowski), niemniej bardzo żałuję, że tak się stało. Niezaprzeczalnie – nie jestem fanem audiobooków, zdecydowanie wolę tradycyjną książkę, jednak słuchanie interpretacji Piotra Fronczewskiego wielokrotnie doprowadzało mnie do głośnego śmiechu. Zabawnie jest wsłuchiwać się we wpadki aktora, jak np. w moment w rozdziale „Luka w planie”, kiedy czytając kwestię Voldemorta: „Same przypadki”, pan Fronczewski stara się stłumić kaszel i wypowiada coś na wzór: „S-same Przy-pa-ha-ha-ha-dki”, choć nawet to musi skryć się przed mistrzowskim: „Nie w moją córkę, suko!”. Na samo wspomnienie mam ochotę odtworzyć sobie odpowiednie fragmenty i znów zaśmiewać się przy nich do łez. Czy traktuję audiobooki poważnie? Nie do końca… Wolę doszukiwać się w nich smaczków i zmian tekstu, co zdarza się stosunkowo często. Niewątpliwie przyczyną tego jest konieczność nagrania całego rozdziału od deski do deski, w związku z czym lektor musi być czujny przez około pół godziny (albo i dłużej), co nie zawsze się udaje. Każdy jest tylko człowiekiem, jednak te usterki nadają ciekawej barwy nagraniom. Owszem, irytujące bywają przekręcenia nazwisk czy nazw własnych, jak np. wypowiadanie imienia „Albus” jako „Albius”. Choć i to jestem w stanie wybaczyć, wszak pamiętam jak ja sam na początku czytałem niektóre nazwiska dokładnie tak: „Dumbledor”, „Durslej”, „Granger”… Ktoś może to akceptować i słuchać książki z przymrużeniem oka, albo może zrezygnować z tej formy obcowania z literaturą. Pomimo, że to samo się tyczy interpretacji Wiktora Zborowskiego, jakoś do jego dzieła nie jestem w stanie się przekonać w żaden sposób. Zwłaszcza irytująca jest kreacja Voldemorta, której nie mogę zdzierżyć. Nie umniejszam w żaden sposób talentu Wiktora Zborowskiego, niemniej nie mam ochoty więcej słuchać jego czytania.

Czy kiedyś zdobędę się na przesłuchanie choć jednego audiobooka w całości? Szczerze w to wątpię. Chociaż fajnie się słucha Piotra Fronczewskiego (pomijając ten jeden raz, kiedyśmy z Natalią puścili go sobie w tle do poduszki i o trzeciej w nocy, w pełni poirytowani, w końcu go uciszyliśmy), to i tak po jakimś czasie słuchanie staje się żmudne, dłużące i męczące. Audiobook to tylko interpretacja, tylko i wyłącznie głos lektora czytającego książkę od deski do deski. Jakkolwiek utalentowany aktor może wzbudzać ciekawość i zachwycać, to i tak pozostanie jedynie głosem na „taśmie”. Kilka lat temu w mojej głowie zaświtała niezwykła idea – wyobrażenie audiobooka idealnego. Wyobraźmy sobie dobrego narratora oraz wszystkich dubbingowców biorących udział w „Potterze”, którzy czytaliby kwestie swoich postaci – przed oczami (a raczej w uszach) – mam wspaniałe słuchowisko, bardzo klimatyczne i niesamowite. Jeśli dołączyć do tego odpowiednie efekty dźwiękowe (odgłos kroków, zaklęć, szmerów, śpiewu ptaków itd. itp.), na samą myśl czuję gorąco w piersi. Wiem jak drogie (i pewnie nieopłacalne) byłoby takie przedsięwzięcie, jednakże efekt końcowy mógłby powalić na kolana. Bardzo cenię ewolucję audiobooków – samo słuchanie czytanej książki mnie nie zachwyca, ale wsłuchiwanie się w prawdziwe słuchowisko to już inna bajka. Niedawno miałem nieodpartą chęć posłuchania czegoś w tym klimacie, włączyłem więc fragment „Lux Perpetua” Andrzeja Sapkowskiego. Choć nie darzę tego autora sympatią, nie mogłem odmówić kunsztu audiobookowi. Dałem się porwać fascynującemu słuchowisku, które na nowo kazało mi zdefiniować swoje podejście do książki mówionej. Bo jeśli to ma być pozycja tradycyjna – jak niegdyś te kierowane do osób niewidomych i niedowidzących, nigdy nie przekonam się do tej formy obcowania z literaturą. Natomiast, jeśli ma to być słuchowisko pozwalające szerzej otworzyć się mojej wyobraźni i sprawiające, że przesiąkam treścią książki i czuję się jak jej element, z wielką przyjemnością zatracę się w tak czytanej opowieści.

Tymczasem chętnie zatraciłbym się – choćby na jeden krótki fragment – w innej mówionej opowieści autorstwa J.K.Rowling. Poza książką w tradycyjnym wydaniu, 4 grudnia, ukaże się również audiobook „Wołania kukułki”. Jak już ostatnio wspominałem, jego lektorem jest Maciej Stuhr. Intryguje mnie to, co mogło wyjść z tego połączenia…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

4 komentarze:

  1. Parę lat temu miałam problem z zasypianiem, był to problem bardzie wynikający z podłoża psychicznego..Ktoś mi polecił żebym włączyła sobie na noc coś spokojnego, jakąś muzykę relaksacyjną. Ale, nie jestem jakąś wielką fanką "odgłosów natury" pomyślałam, że zainwestuję w audiobooka. Moim pierwszym nabytkiem był właśnie "Harry Potter i kamień filozoficzny" jako, że "potteromaniaczką" byłam już od bardzo dawna to nawet długo się nie zastanawiałam. No i wpadłam ....Zakochałam się na amen. Odkryłam Harrego Pottera na nowo. Mimo iż miałam przeczytaną wcześniej, każdą część przez co najmniej po 10 razy to i tak nie mogłam przestać słuchać. Oczywiście zamiast mnie uśpić, audiobook spowodował, że nie przespałam całą noc ale była to najlepsza nie przespana noc od dłuższego czasu. Oczywiście nabyłam wszystkie części Harrego i od jakiś 5 lat słucham cały czas. Skończę 7 część zaczynam 1...i tak w koło. Zgodzę się, "czara ognia" jest niewypałem jeśli chodzi o Pana Wiktora Zborowskiego, po 3 wysłuchanych częściach czytanych przez Pana Frączewskiego kiedy przechodzę do 4, mam wrażenie jakbym mnie ktoś wywlókł z rozgrzanego łóżka i wrzucił do zamarzającego jeziora... :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym, że słuchając audiobooka nie da się spać dowiedzieliśmy się jakoś ponad rok temu, kiedy puściliśmy sobie do snu "Insygnia Śmierci". Zasnąć nam się udało, ale potem ok. 3 w nocy wyrwał nas ze snu rozentuzjazmowany głos Piotra Fronczewskiego :) Generalnie bardzo żałuję, że nigdy nie udało mi się wysłuchać żadnego audiobooka do końca, ale może teraz - przy dziecku - nadejdzie taki czas, że np. przy dłuższej podróży uda nam się posłuchać "Harry'ego" :) Choć fakt, słuchanie czwórki może być nie lada wyzwaniem... Pozdrawiamy :)

      Usuń
  2. Harrego Pottera świetnie słucha się np podczas robienia porządków, lub gotowania obiadu. Czynności, które na ogół są nużące nagle stają się świetną zabawą. Na chwilę obecną zasypiam przy Harrym Potterze. Słuchając przez praktycznie 5 lat tego samego tak przyzwyczaiłam się do głosu Pana Piotra, że zasypiam raptem po paru zdaniach. Kiedyś próbowałam słuchać "Pałac Północy" (Carlos Ruiz Zafon) czytany też przez Pana Frączewskiego ale to już nie było to samo..To nie był Harry Potter!!! I nie chodzi o to, że mi się to znudziło i zasypiam z nudów. Mnie ten głos uspokaja, uspokaja mnie Harry Potter.

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja słucham każdej części z zachwytem, coraz szybciej gotuję obiady, budzę się i wracam z zakupów by słuchać dalej :) Pan Piotr to dla mnie fenomen audiobukowy podobnie jak Pan Marian Opania. Dziękuję, polecam, tęsknię :) Pozdrawiam wszystkich weekendowo!

    OdpowiedzUsuń