Magiczny Rybnik, czyli nasz pierwszy, wspólny konwent

To właśnie mnie przypadło napisanie relacji z naszego wyjazdu na konwent TSURU, który odbył się w miniony weekend w Rybniku. Nie mówię, że jestem z tego faktu niezadowolona, bo jest wręcz przeciwnie. Sama się zaoferowałam do jej stworzenia, podczas gdy Daniel całkowicie odrzucił ten pomysł. Oczywiście, będzie to ocena subiektywna, więc musicie być przygotowani na wszystko.

O konwencie TSURU dowiedzieliśmy się już na początku czerwca, czyli prawie pięć miesięcy temu. Od tamtej pory trwały rozmowy dotyczące naszego udziału w całym przedsięwzięciu. Zaproponowano nam status VIP, czym byliśmy mile zaskoczeni. Dziewczyna, z którą w tamtym czasie się kontaktowaliśmy, zapytała nas o nasze pomysły i przedstawiła nam także swoje. Wymieniła między innymi lekcje numerologii i wróżbiarstwa, a także konkursy dotyczące np. znajomości cytatów, ścieżki dźwiękowej filmów. Wszystko zapowiadało się naprawdę świetnie, ale kilka miesięcy później coś zaczęło nas niepokoić. 

Nie jestem w stanie powiedzieć, co konkretnie, ale być może zaniepokoił nas brak odzewu ze strony osoby, z którą wcześniej rozmawialiśmy, a także mała ilość atrakcji w „Potter Roomie” na stronie ramiel.pl oraz Tsuru. Na szczęście odezwała się do nas główna koordynatorka, Kinga, i od tej pory wszystko szło jak trzeba. Atrakcjami staraliśmy się nie przejmować, bo pewnie nie wszystkim chciało się je dodawać. Jednakże przejdę do konkretów.

Do Rybnika na konwent przyjechaliśmy pociągiem nieco po godzinie dwunastej. Kinga wyszła po nas na stację, abyśmy nie musieli błądzić (mimo, iż droga była cały czas prosta). Był to miły gest z jej strony, ponieważ i tak miała mnóstwo na głowie. Na miejscu spotkaliśmy się z Olą, z którą prowadzimy nasz fanpage na facebooku, a także zobaczyliśmy miejsce, w którym spędzimy noc. Dostaliśmy wygodny materac, a także poduszki i koc. Gdy zbliżała się godzina trzynasta, udaliśmy się do „Potter Roomu”, żeby zostać przydzielonymi do odpowiedniego domu. Sama nie wiem jakiej metody przydzielania się spodziewałam, ale ta mnie zaskoczyła. Większość osób dostała
losowy przydział, a niektórzy musieli odpowiedzieć na pytania. Mnie przypadło odpowiedzieć na pytanie: „ile masz lat?”. Nie chcąc zdradzać swojego wieku (który i tak większość zna), a także chcąc zażartować, odpowiedziałam: „czternaście”. Wiadomo, oczywiście, jaki przydział dostałam. Nad moją piersią pojawiła się przypinka z godłem Slytherinu. Daniel trafił do Ravenclaw, choć żadne z nas nie jest w stanie przypomnieć sobie jak dokładnie brzmiało pytanie, które mu zadano. Przyznam szczerze, że podczas Ceremonii Przydziału było tyle osób, że później nie mieliśmy gdzie siedzieć. Spodziewałam się, że i na prelekcjach będzie tylu ludzi, ale myliłam się. Większość z nich przyszła po prostu po przypinki, a przynajmniej tak podejrzewam. Podczas Ceremonii poinformowano nas, że w całej szkole ukryte są karty czarodziejów, za które następnego dnia można zdobyć nagrodę. Ponieważ do pierwszej prelekcji mieliśmy około pół godziny, postanowiliśmy poszukać ich. Chodziliśmy zatem (przez cały czas trwania konwentu) korytarzami i schodami, co jakiś czas znajdując ukryte karty. Niby niewinna zabawa, a jednak sprawiała nam, a właściwie mi, wiele radości. Na początku Daniel podchodził do tego sceptycznie, ale to właśnie on wykazał się większą spostrzegawczością i zdobył więcej kart. Najpierw zbieraliśmy je indywidualnie, ale potem postanowiliśmy zjednoczyć siły.
Koło czternastej udaliśmy się do naszej sali i zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Prelekcję „Historia magii w pigułce” przygotowała Ola. Temat nie był czysto związany z „Harrym Potterem” lecz z samą magią. Nigdy nie przepadałam za historią, ale podczas tego „wykładu” dowiedziałam się intrygujących rzeczy, między innymi tego, że katastrofa Titanica mogła być spowodowana klątwą transportowanej statkiem mumii egipskiej kapłanki. Co prawda, Ola była nieco spięta, aczkolwiek bardzo dobrze przygotowała się do swojego tematu, który wcale nie był łatwy. Osobiście nie wyobrażam sobie siebie na jej miejscu. Jestem typem osoby, która nienawidzi publicznych wystąpień i unika ich jak ognia. Dlatego jestem dla niej pełna podziwu.
W końcu nadeszła godzina piętnasta i czas na naszą prelekcję. Głównym jej tematem były „Światowe wydania Harry’ego Pottera”. Razem z Danielem przygotowaliśmy prezentację, w której umieściliśmy najważniejsze informacje, a także i zdjęcia. Nie mogliśmy się oprzeć pokusie zareklamowania polskiego wydania "Wołania kukułki", stąd też każdy nasz panel kończył się nieco komercyjnie - reklamą najnowszej książki J.K.Rowling. Osobiście jestem z Daniela dumna, bo jak zawsze był opanowany i perfekcyjnie przygotowany (mimo, iż w ogóle się nie przygotowywał), choć nieco za szybko skończył omawianie kolekcji.. Później razem stwierdziliśmy, że winna była prezentacja, która go bardzo ograniczała.

O szesnastej zaczął się panel noszący nazwę „Uważajcie, żeby nie zatracić siebie”. Byłam ciekawa, o co może w nim chodzić, ale po pierwszych pięciu minutach doszłam do wniosku, że nie tego oczekiwałam i razem z Danielem wyszliśmy z sali. Nasze kroki skierowaliśmy do „sleep roomu”, czyli naszej „sypialni”, skąd przed siedemnastą razem z Kingą poszliśmy po odbiór zamówionych wcześniej naleśników. Zjedliśmy je po powrocie do szkoły. Były całkiem dobre, acz brakowało im na pewno jakiegoś sosu. Jeszcze przed godziną osiemnastą spacerowaliśmy po szkole nadal ją „zwiedzając” i szukając poukrywanych kart. Byliśmy także na stołówce, gdzie otrzymaliśmy za darmo pyszne ciasto oraz napoje. Jednak bycie VIPem ma swoje dobre strony. Za nic nie musieliśmy płacić.
Krótko przed godziną szóstą wieczorem zjawiliśmy się w „Potter Roomie”, aby przygotować się do kolejnej prelekcji - „Poczynania Warner Bros. i J.K.Rowling”. Tak jak i przy poprzednim panelu Daniel mówił, a ja tylko przełączałam kolejne slajdy w naszej drugiej prezentacji. Idealnie się dopełnialiśmy. Tym razem mieliśmy aż dwie godziny, które prawie w całości udało nam się wypełnić. Także dyskusja ze słuchaczami była nieco bardziej ożywiona, choć i tak nie było to całkiem to, czego oczekiwaliśmy. Może nie wszyscy mieli pojęcie o tym, co się dzieje wokół J.K.Rowling i nie zdążyli jeszcze przeanalizować informacji, które właśnie otrzymali?

Po godzinnej przerwie nadszedł czas na „Lekcję Eliksirów”. Od Kingi dowiedzieliśmy się, że będą przeprowadzane drobne (i bezpieczne) eksperymenty chemiczne, więc czekałam niecierpliwie. To, co jednak „otrzymaliśmy” wołało o pomstę do nieba. Zamiast lekcji eliksirów odbyła się jakaś zabawa w detektywa i to przygotowana na „odwal się”. Nie mając nic innego do roboty wróciliśmy do naszej „sypialni”, mając w planie o godzinie dwudziestej drugiej wrócić na panel: „Quidditch: historia prawdziwa”. Jednakże będąc wyczerpanymi podróżą i całym, pełnym wrażeń, dniem po prostu postanowiliśmy pójść spać. Pierwotnie mieliśmy wstać o pierwszej w nocy, żeby wziąć udział w „SUMach”, ale ostatecznie woleliśmy troszeczkę dłużej pospać i bardziej wypoczęci pójść na „Wiedzówkę z Harry’ego Pottera”. Nie powiem, mimo pięciogodzinnego snu, byliśmy jak żywe trupy, ale doprowadziliśmy się (a właściwie ja) w miarę do porządku i zeszliśmy do „Potter Roomu”. Trafiliśmy na końcówkę prelekcji: „Z kamerą wśród Hipogryfów i innych takich”. Żałuję bardzo, że nie byliśmy na całości, bo końcówka nas bardzo zaciekawiła. Troszkę zestresowani, że przez zmęcznie nie odpowiemy na najprostsze pytania, zajęliśmy miejsca. Osobiście nie toleruję osób,
które przechwalają się, ile to razy przeczytały „Harry’ego Pottera”, a i taka się tam znalazła. Cóż z tego jak i tak nie znała odpowiedzi na podstawowe pytania? „Wiedzówka...” trwała dwie godziny, a ja z moim szczęściem trafiłam na dwa pytania (chyba z siedmiu czy ośmiu), na które nikt nie znał odpowiedzi. Daniel jak zwykle ze stoickim spokojem pokazał wszystkim, kto jest „specem” od Pottera i zajął pierwsze miejsce. W nagrodę otrzymał Zmieniacz Czasu oraz stylizowany na stary, naszyjnik z godłem Gryffindoru. Pod koniec zostało mniej osób niż na początku. Chyba poziom trudności pytań (mimo, iż były cztery kategorie) sprawił im za dużo problemu.

Koło godziny piątej razem z nami w sali zostało pięć osób, w tym Kinga, która organizowała „Grę w Gargulki”. Graliśmy we czwórkę. Byłam jedyną dziewczyną i to właśnie mnie szło najgorzej. Może to brak umiejętności, może to wina krzywej podłogi (choć każdemu to utrudniało grę), ale wiem, że nigdy nie będę mistrzem Gargulków. Mimo wszystko była to świetna zabawa. Niestety nie mogę tego powiedzieć o następnym panelu „Let’s play Harry Potter!”. Wytrzymaliśmy na nim może z piętnaście minut. Dlaczego? Coś, co miało być interesujące, stało się mega nudne. Po cóż organizować coś, na temat czego nie ma się nic sensownego do powiedzenia? Po co się starać, skoro można puścić ściągnięty z internetu film? I tak naprawdę, po co to organizować, skoro w ciągu godziny udało się zrealizować mniej niż połowę materiału? Wiem to, ponieważ wracając na następny panel musieliśmy jeszcze się pomęczyć ze wcześniejszym. Zrezygnowana nie wiedziałam czego mogę się dalej spodziewać. Od początku ciekawiło mnie „Poszukiwanie horkruksów”, ale rozczarowałam się. Spodziewałam się wyjścia ze szkoły. Spodziewałam się, że horkruksy będąc pochowane gdzieś w obrębie całej placówki, że będzie to zorganizowane o wiele ciekawiej. A tu? Siedem horkruksów „poukrywanych” w gablotach na korytarzu. Wszystko polegało na tym, żeby je przynieść i żeby dom, do którego było
się przydzielonym, otrzymał za to punkty. Nie wiem ile punktów było za jeden horkruks, ale wiem, że coś w tej punktacji mi nie pasowało. Ale to już mniej ważne. Na szczęście ten kiepsko zapowiadający się poranek uratowała Natalia (którą znamy z naszego fanpage’a) ze swoim tematem „Potteromaniacy”. Tak jak Daniel zauważył, w moim temacie o fanfiction zabrakło wiele rzeczy, które przedstawiła Natalia. Co prawda pierwszy raz o nich słyszałam, ale nigdy nie twierdziłam, że jestem wielkim znawcą ff. Przyznam, że był to jeden z ciekawszych paneli, choć zmęczenie dawało mi się we znaki. Jedynym minusem, jak dla mnie, było przedstawienie zbyt długiego fragmentu z „A Very Potter Musical”, który nigdy mi się nie podobał, a wręcz mnie męczył.

O godzinie dziesiątej zaczęliśmy ostatni przygotowany przez nas panel poświęcony „Światowej Premierze HP7.2 w Londynie”. Zaczęliśmy nieco później, ponieważ czekaliśmy na więcej osób. Jak to jednak bywa na konwentach ludzie przychodzili (i przeszkadzali) o różnych godzinach, więc ciężko było wycyrklować, o której zacząć. Gdy już jednak rozpoczęliśmy, zamiast prezentacji puściliśmy „w tle”, wyciszony, przygotowany przez nas już jakiś czas temu filmik ze Światowej Premiery. Na pewno było to o wiele bardziej interesujące aniżeli zdjęcia, mimo iż internet nieco nam utrudniał działanie. Według mnie ta prelekcja wywołała największe „poruszenie”. To właśnie w niej udzielało się najwięcej osób. Padało wiele pytań, których zabrakło w dwóch poprzednich. Pod tym względem uważam ją za najlepszą. Jeśli jednak patrząc na jakość prowadzenia,
ciężko byłoby mi wybrać tę najlepszą. Daniel jak zawsze był profesjonalistą. Po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.

Po nas swoją drugą prelekcję miała znowu Natalia. Tym razem przygotowała dla konwentowiczów sceny usunięte z filmów o Harrym Potterze. Od zawsze lubiłam je oglądać, ale tym razem nie mogłam po prostu usiedzieć. Twarde, szkolne krzesła nie sprzyjały długiemu siedzeniu. W pewnym momencie już nie wiedziałam czy mam stanąć czy też może się położyć. Najlepszym wyjściem, według mnie, było po prostu rozprostowanie nóg. Tak więc opuściliśmy panel, który razem z nami opuściła Agata, czytelniczka bloga oraz fanpage’a. Jeszcze nigdy nikt nie sprawił, że w oczach zakręciły mi się łzy, no prawie. Usłyszeliśmy od niej tyle miłych słów, że aż zaniemówiłam. Daniel się później ze mnie naśmiewał, ale to była prawda. Rozmowa z Agatą była czymś rozluźniającym i sprawiła, że czas jakoś milej zleciał.

Następny panel poświęciliśmy na to, żeby iść kupić sobie coś na drogę, a także żeby kupić bilety na pociąg. W najbliższym otwartym sklepie dowiedzieliśmy się, że mają tylko zleżałe pieczywo, więc darowaliśmy sobie jego zakup. Na dworcu PKP dowiedzieliśmy się, że pociąg mamy pół godziny wcześniej i nie możemy zapłacić kartą, ponieważ transakcja i tak by się nie udała. Kasjer wysłał nas do bankomatu, który okazał się mieścić w banku, a ten przecież w niedzielę był nieczynny. Następny pobliski bankomat nie działał. Pieniądze wypłaciliśmy dopiero w galerii „Focus Park”. Do szkoły wróciliśmy na „Magia czy mugolski wynalazek”. Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym panelu, bo nawet nie przeczytałam jego opisu w programie konwentu. Ostatecznie i tak nie weszliśmy, bo to już jakiś czas trwało i nie chcieliśmy przeszkadzać.

O czternastej zaczął się ostatni panel, na którym mogliśmy być i to nie do końca. „Bogin w szafie” to najzwyklejsza gra w kalambury, tyle że hasła były związane z „Harrym Potterem”.

W końcu przyszło nam spakować swoje rzeczy i pożegnać się z Kingą, która wzięła nas pod „swoje skrzydła”, a przynajmniej tak mogę to określić. Chciałabym jej jeszcze raz podziękować za wszystko i powiedzieć, że odwaliła kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o zorganizowanie całego „Potter Roomu”. Tak naprawdę wszystko spadło na jej głowę, ponieważ druga koordynatorka tydzień wcześniej oświadczyła, że nie przyjedzie.

Podróż do domu jak zwykle była krótsza, a przynajmniej tak zawsze się wydaje. Zmęczenie dopadło nas tak szybko, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak wcześnie poszłam spać.

Sam konwent wspominam bardzo miło, ale nie wiem, kiedy zdecyduję się na ponowne wzięcie udziału w podobnym przedsięwzięciu.

A tak prezentowała się nasza reklama, która jest zaledwie początkiem naszych działań mających na celu sprawienie, by każdy w naszym kraju dowiedział się o nowym dziele J.K.Rowling. Z tego miejsca dziękujemy bardzo wydawcy za dostarczenie materiałów promocyjnych.

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz