Ilość luksusu w luksusie

Notorycznie jesteśmy ogłupiani. Najgorsze jest to, że nie wyciągamy z tego żadnych wniosków, a nawet jeśli to robimy, nie przywiązujemy do nich większej uwagi. „Harry Potter and the Deathly Hallows” w amerykańskim wydaniu „deluxe” to pozycja skierowana w gruncie rzeczy do kolekcjonerów. Dlaczego? Ponieważ posiada inną okładkę, pudełko oraz jest ponad dwa razy droższe od standardowej edycji? A może dlatego, że jest bardzo unikatowe? Odpowiedź jest bolesna: wydanie deluxe jest „deluxe” dlatego, że ktoś nam tak powiedział, a my uwierzyliśmy w to. Wniosek: jesteśmy głupcami i dajemy sobą manipulować.

Siła marketingu jest doprawdy zatrważająca. A przecież to tylko reklama i promocja. Tylko czy aż? Dobra taktyka marketingowa wpływa na naszą psychikę i mentalność. Czasami kilka godzin spędzonych w odpowiednim towarzystwie może sprawić, że nasza mentalność i postrzeganie rzeczywistości bardzo się zmienią. Innym razem wystarczy kilkunastosekundowa reklama telewizyjna, by przekonać do zakupu produktów, których wcale nie potrzebujemy. Czasami wystarczy też jedno słowo. Deluxe, unikatowy, limitowany, specjalny, ekskluzywny… Każde z tych słów wpływa na nas, w pewien sposób determinuje i wzbudza jeszcze większe pożądanie. Bo skoro coś jest unikatowe, nie każdy może to mieć. Skoro coś jest ekskluzywne, kojarzy się z luksusem, a każdy pragnie luksusu. Coś limitowanego może się skończyć w każdej chwili. Jak spojrzymy potem w lustro, kiedy przepuścimy taką „okazję”?

Nie jestem jedyną osobą, która twierdzi, że promocja i otoczka wokół „Harry’ego Pottera” to prawdopodobnie najlepsza machina marketingowa na świecie. Tu nie ma miejsca na przypadki. Dajemy sobie wmówić, że wieść o książce rozeszła się pocztą pantoflową, a nie na skutek dobrze działającego marketingu. Wszakże J.K.Rowling w 1997 roku była jeszcze biedną, samotną matką. Książka nie miała popularności. Na pewno? Jeszcze przed wydaniem „Kamienia Filozoficznego” w Wielkiej Brytanii, w USA trwała walka o prawa do serii. Spektakularnie zakończona licytacja praw do wydania książki wskazała nowy trend. Arthur Levine zaoferował ponad sto tysięcy dolarów za tę książkę. Czyżby ktoś zakpił z naszej inteligencji? Więcej na temat marketingu „Harry’ego Pottera” można przeczytać: TUTAJ.

Dziś nie zamierzam analizować poszczególnych zagrywek marketingowych, które pomogły „Harry’emu Potterowi” wspiąć się na najwyższy ze szczytów. Chciałbym natomiast poruszyć temat ludzkiej psychiki, podatności na manipulację i skonfrontować wydania „deluxe” z nazwy z prawdziwymi wydaniami DELUXE. Rozpocznę od wspomnianego amerykańskiego wydania „deluxe” ostatniej części. Czym się ono różni od wydania „standardowego”? Okładką, posiadaniem pudełka oraz powiększonymi obrazkami rozdziałowymi, które zamieszczone są na końcu książki. I oczywiście wspomnianą nazwą, która sama w sobie wpływa na sposób percepcji: standard to coś dla „plebsu”, a „deluxe” dla wyjątkowych osób, kolekcjonerów, którzy pragną mieć w swojej kolekcji coś wyjątkowego i JEDYNEGO w swoim rodzaju. Ale czy książka, którą wydano w ilości stu tysięcy egzemplarzy jest unikatowa?

Wydanie „deluxe” siódmego „HP” pojawiło się na rynku 21 lipca 2007 roku. Ponad miesiąc później nie miałem żadnego problemu, żeby zamówić to wydanie. Nie miałbym tego problemu też po dwóch miesiącach, po pięciu ani po sześciu latach… Dlaczego? Dlatego, że ta edycja została wydana w ilości stanowiącej około jedną dziesiątą całego pierwszego nakładu ostatniego „Pottera” w Ameryce. Można więc uznać, że co dziesiąty fan wybierze właśnie tę edycję. Czy to znaczy, że książka jest unikatowa? W Polsce w twardej oprawie sprzedano ok. 170 tysięcy egzemplarzy ostatniego tomu. Może to i marne porównanie, ponieważ Polska to nie Ameryka, ale wyobraźmy sobie sytuację, w której polski wydawca wypuściłby na rynek 17 tysięcy wydania „deluxe”. Wartości są porównywalne, ponieważ w USA żyje ok. 313 milionów ludzi, a w Polsce 38 milionów. Wniosek: każdy, kto posiada „Harry’ego Pottera i Insygnia Śmierci” w twardej oprawie, jest posiadaczem wydania „deluxe”. Każdy może się tak czuć, ale czy takie samopoczucie sprawi, że to prawda?

Podsumowując: amerykańskie wydanie „deluxe” nie jest unikalne. Skierowane do niewielkiego grona odbiorców (głównie mieszkańców USA, ponieważ w wielu krajach wydane zostały lokalne wydania deluxe, np. w Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji czy Brazylii), staje się towarem niechodliwym i drogim, choć w ostatnim czasie można nabyć to wydanie za dużo niższą cenę.
Co z kolekcjonerskim wydaniem „The Tales of Beedle the Bard”? Teoretycznie nakład tego wydania jest taki sam jak nakład amerykańskiego wydania siódemki. Jednak wbrew pozorom – to wydanie z całą pewnością można określić wydaniem deluxe. Za wydanie tej książki odpowiada Amazon – międzynarodowa księgarnia internetowa, która w grudniu 2007 r. nabyła rękopis J.K.Rowling za olbrzymią kwotę blisko dwóch milionów funtów. Książka w tym wydaniu dostępna jest w liczbie stu tysięcy kopii, lecz grono jej odbiorców jest znacznie większe. Obejmuje cały świat. Sto tysięcy na ponad siedem miliardów potencjalnych odbiorców. Czyli jedna osoba na siedem tysięcy ma to wydanie w swojej kolekcji.

Nie wspomnę tutaj o licznych różnicach między tym wydaniem, a standardowymi. Inny papier, inna czcionka i oczywiście: wspaniała, bogata oprawa z metalowymi emblematami oraz skórzane pokrycie zarówno książki jak i jej „pudełka”. Dodatkowo komplet kopii rysunków autorstwa J.K.Rowling. Tak powinno wyglądać wydanie deluxe.

Ale o tym czy jest prawdziwie unikatowe zaświadczyć może tak naprawdę tylko jedno. Kolekcjonerskie „Baśnie…” zamówiłem przed ich premierą. Zapłaciłem wówczas cenę rynkową – około 300 złotych. Dziś niemożliwe jest nabycie tego wydania za kwotę niższą niż trzykrotność tej ceny.

W wielu krajach, w których pojawił się „Harry Potter”, oferowane są wydania specjalne. W większości przypadków różnią się jedynie ilustracją okładkową, jakością oprawy (na ogół twarda oprawa, nierzadko płócienna) i oczywiście ceną. Ta ostatnia zwykle jest dwukrotnie wyższa od ceny standardowego wydania, bo przecież oryginalność kosztuje. Często posiadacz takiego wydania szczyci się jego posiadaniem, w końcu to wydanie „deluxe”! Jak sama nazwa (i często tylko ona) wskazuje. Okrutna prawda jest taka, że prawdziwe wydanie DELUXE wcale nie musi być określane tym mianem i najczęściej nie jest. Prawdziwe unikaty mogły kosztować nawet 10 złotych i być niewielkimi, skromnymi książeczkami. Wystarczy spojrzeć na przykład „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć”. Książeczkę kupiłem w 2004 roku za 10 zł w empiku, dwa lata temu widziałem w jednym z dużych marketów całe tuziny sprzedawane po złotówce (!). A dziś? Dziś jest to jedna z najbardziej pożądanych w Polsce książek J.K.Rowling. Ceny na Allegro są niesamowicie wysokie (najtaniej na tę chwilę można kupić za 75 złotych), a wydawca rozkłada ręce, ponieważ wygasły już prawa do publikacji tej książki. Ludzie jej szukają, walczą o nią, marzą o niej. To świadczy o unikalności. I ze zdobycia bądź posiadania takiej książki można się cieszyć. Bo ma się coś unikatowego, rzadkiego.

Co więcej - jako kolekcjonerowi zagranicznych wydań nie sprawiło mi problemu zdobycie żadnego ze specjalnych wydań, które znalazły się w naszej kolekcji. Amerykańskie dostałem od ręki, a brytyjskie za bardzo okazyjną cenę. To nie są dla mnie wydania „deluxe” czy „special”. Są takimi mianami określane, ale dla mnie to tylko nazwa edycji. Warto, żeby odróżniać nazwę od stopnia unikalności, ponieważ to ten drugi wyznacznik określa, co jest DELUXE, a co „deluxe”. I dla mnie na zawsze DELUXE pozostanie zwyczajna, prosto wydana translacja z Grenlandii, ponieważ znam tylko jednego kolekcjonera, który może poszczycić się posiadaniem tego tłumaczenia. A inni mają problem. Poważny. Ale takie jest już życie kolekcjonera.

Jak to się mówi: „papier przyjmie wszystko”. Ktoś może napisać lub powiedzieć, że hurtowo produkowane „dobro” jest unikalne. Tylko zastanówmy się czy piwo bądź chipsy w edycjach „limitowanych” są unikatowe? Można je dostać w niemal każdym sklepie w całym kraju. Ale nie można dostać ich np. w księgarni. Czyżby to był wyznacznik unikalności?

Wyznacznik unikalności: jeden na siedem tysięcy kontra jeden na dziesięć.

Wszyscy jesteśmy ofiarami świetnego marketingu. Grunt, żeby mieć tego świadomość i nie zapierać się, że tak nie jest. Bo albo jest się wtedy kłamcą, albo idiotą.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Niech sobie robią te wydania deluxe... Jeżeli ktoś chce to niech kupuje, choć kompletnie się to nie opłaca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam polskie wydanie w zwykłych okładkach (KT i KP w twardych, bo takie akurat były), zniszczone od wielokrotnego czytania. Za nic w świecie nie zamieniłabym ich na żadne "deluxe" czy nawet DELUXE, choćby nie wiem, jak pięknie były wydane. Bo dla mnie właśnie te 7 książek na półce jest unikatowe. Bo moje. Własne.

    OdpowiedzUsuń