W oku cyklonu


Kiedy w 2001 roku po raz pierwszy zetknąłem się z książkami o „Harrym Potterze”, doświadczyłem na sobie prawdziwej magii. A była to magia, która wciągnęła mnie bez reszty. Mając dwanaście lat bardzo mnie męczyło to, co działo się wokół – wszechobecny postęp technologiczny, mnogość konsol do gier i idiotycznych seriali telewizyjnych dla dzieci i młodzieży. Najbardziej wtenczas pragnąłem ucieczki. Owszem – grywałem na PlayStation, oglądałem telewizję i dawałem się porwać tym wszystkim pożeraczom czasu, które były wówczas dostępne. Ale prawdziwą magię mojego ówczesnego życia stanowiły książki. Odkąd pamiętam, zawsze byłem uważany za kogoś, kto lubi dużo czytać. To bzdura. Czytałem tylko to, co mi się podobało i nawet pomimo bardzo dobrych ocen z języka polskiego podczas całej mojej edukacji, nie było ani jednego roku szkolnego, w którym przeczytałbym wszystkie obowiązkowe lektury. Czytałem to, co mi odpowiadało. Jeśli coś mi nie odpowiadało, skupiałem się na streszczeniach. Oszczędzałem na tym mnóstwo swojego czasu i nie musiałem robić niczego wbrew sobie. Nigdy nie przeczytałem żadnej książki Sienkiewicza, nie doczytałem „Pana Tadeusza”, a „Ania z Zielonego Wzgórza” była jedyną książką, którą z impetem i całkowitą nienawiścią wyrzuciłem do śmietnika. Ale „Harry Potter” był inny. Ta książka mnie oczarowała.

Później przeczytałem dwa wcześniejsze tomy i byłem już zakochany w tej serii, ale dopiero poznanie historii J.K.Rowling i poczucie emocjonalnej więzi z nią, sprawiło, że stałem się potteromaniakiem. Za czasów moich początków z „Harrym Potterem” w Polsce fenomenu nie było. Od razu pokochałem pisarkę, której determinacja i dobra wola, doprowadziły do powstania tak wspaniałych książek. Cieszyłem się, że w końcu fenomenem stała się książka. Nie idiotyczne programy telewizyjne i nie masa gier komputerowych. „Harry Potter” wyparł nawet nowe konsole, które wówczas się pojawiły. Był na pierwszym miejscu. Książka ponad wszystkim – przez to jeszcze bardziej pokochałem J.K.Rowling. Z czasem ta sympatia wzrastała coraz bardziej. Ucieszyłem się, kiedy dowiedziałem się o powstaniu filmu na podstawie pierwszej książki. Najbardziej dlatego, ponieważ wiedziałem, że pisarka będzie stale kontrolować produkcję i nie pozwoli, by ta adaptacja znacznie od książki odbiegała. Bardzo podobało mi się jej zaangażowanie w te wszystkie sprawy – mogła sprzedać prawa do publikacji i mieć święty spokój. Nawet lepiej by na tym zarobiła. Ale tego nie zrobiła. J.K.Rowling wiedziała, co robi. Niewzruszona odrzucała masę propozycji ze strony Warner Bros., w tym i propozycję napisania trzech dodatkowych książek. Tym, co podobało mi się w niej najbardziej było stwierdzenie, że podobają jej się filmy na podstawie „Harry’ego Pottera”, ale to książki są dla niej najważniejsze. Pisarka stwierdziła również, że pisząc o Harrym nigdy nie widziała w głowie filmowych odpowiedników miejsc czy stworzeń, ani też aktorów wcielających się w poszczególne role. Zawsze miała swoje własne wyobrażenie, którego nic nie mogło zmącić. I nie ma chyba nikogo, kto stwierdziłby, że te filmy są lepsze od książek.

W 2006 roku ostatecznie postanowiłem sobie podjąć kroki, które miałyby stanowić swoiste dziękczynienie. Nie zacząłem budować kolekcji zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera” tylko ze względu na moje subiektywne pragnienie, ale dlatego, że chciałem w ten sposób oddać pisarce hołd. Moim planem było napisanie listu do Jo, kiedy kolekcja będzie kompletna i przekazanie jej w tym liście słów mojego największego uznania dla niej. Swoim trudem, determinacją i niezłomnością, chciałem podziękować. Tak, J.K.Rowling była moim autorytetem. Z radością obserwowałem jej kolejne poczynania i cieszyło mnie każde twarde obstawanie przy swoim – wszak od początku, to książki były dla niej najważniejsze. I były też dla mnie.

W tym momencie historia, a tak naprawdę, wyjaśnienie, dobiega końca. Napisałem ten wstęp, ponieważ tak chciałem. Ponieważ uważam, że J.K.Rowling po tych wszystkich latach zawodzi moje zaufanie i pokładane w nią nadzieje. Ponieważ czuję się zdradzony. I mam do tego prawo, tak jak każdy ma prawo do wyrażenia swojej opinii. Dlaczego o tym piszę… Dlatego, że w tej chwili kończy się treść odpowiednia dla wszystkich. Nie sądzę, by moje słowa znaczyły cokolwiek dla osób, które od niedawna są fanami „Harry’ego Pottera” – w żaden sposób nie umniejszam ich zamiłowania. Żeby zrozumieć te słowa, należy przypomnieć sobie czas, kiedy o „Harrym Potterze” wiedziały pojedyncze osoby, kiedy jego ekranizacje nie zalegały na półkach sklepów: „Wszystko po 2,99 zł”, a twarz czarodzieja nie miała znaleźć się na opakowaniu cukierków.

Zacznę od tego – każdy ma prawo zmienić swoje zdanie. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo zmieniać się i dostosowywać swoje zdanie do panujących realiów. I na ogół o takich zmianach wiemy tylko my, albo niewielka grupka osób nas otaczających. Gorzej jest, jeśli mówimy o osobach znanych. Przyjęło się – społecznie, mentalnie – że słowa wypowiedziane przez kogoś wpływowego mają dużo większą wagę, aniżeli słowa wypowiedziane przez kogoś anonimowego. Prosty przykład. Kiedy ja powiem: „będzie wojna”, nikt nie zwróci na mnie uwagi, natomiast kiedy te same słowa wypowie Barack Obama, wszyscy zaczną się obawiać i trząść portkami. I teraz wyobraźmy sobie sytuację, że po takich słowach, amerykański prezydent powie na następny dzień, że zmienił zdanie, albowiem tamto stwierdzenie było nieprzemyślane. W tym momencie jego autorytet na tym ucierpi. Ludzie przestaną wierzyć w jego zapewnienia. Abstrahuję w tym momencie od pozycji, którą Obama zajmuje, albowiem w kwestii polityki pojęcie zaufania jest chwiejne. Chodzi jedynie o wywieranie wpływu. I teraz: kiedy Rowling zapowiada, że nie będzie e-booków, składa swego rodzaju publiczną deklarację. Po latach dzieje się rzecz odwrotna – zmienia zdanie i zgadza się na ich publikację. Niektórzy się cieszą, inni nie. Mnie tą decyzją zawiodła. Bo zgodziła się na coś, co jest substytutem książki. Dla mnie książka elektroniczna jest jak kotlet sojowy. Niby zastępuje mięso, ale mięsem nie jest. I smak inny. W głębszą polemikę się nie wdaję. I nie zamierzam wytaczać kolejnych armat na złamane obietnice złożone przez J.K.Rowling, choć byłoby na co… Bo e-booki, wirtualne książki i Pottermore to ukłon nie w kierunku samych książek, tradycyjnych książek, tylko w kierunku technologii. Jestem w tych poglądach radykalny.

Dzisiaj, natomiast, odczułem największy niesmak jaki odczuć mogłem. Zgodnie z rewelacjami i informacjami prasowymi opublikowanymi przez Warner Bros. i J.K.Rowling powstanie… seria filmów związanych z „Harrym Potterem”! Pierwszy film – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” ma opowiadać historię życia i badań Newta Scamandera, autora powyższej książki. Ma to być jednak zaledwie wstęp do kolejnych filmów. Co ciekawsze – filmy te powstaną w ścisłej współpracy z J.K.Rowling, która… napisze do nich scenariusze! Pisarka decyduje się zatem nad pracą przy filmach. Brawo! Skąd mój sceptycyzm i niesmak? Po pierwsze- stąd, że to inicjatywa Warner Bros. a nie Rowling, a po drugie stąd, że… i tu muszę pokusić się o dłuższy wywód. Dlaczego J.K.Rowling odrzuciła propozycję napisania scenariusza do filmów na podstawie „HP”? Uznała, bowiem, że nie nadaje się do tego zadania, gdyż nie jest w stanie zdecydować o tym, co ma w filmie zostać, a co należy z niego usunąć. Mądra decyzja, zwłaszcza, że wierna ekranizacja samego „Kamienia Filozoficznego” musiałaby trwać ok. pięciu – sześciu godzin. Spójrzmy teraz na „Zakon Feniksa”. Piękny dowód na to, że można skrócić prawie tysiącstronicową książkę na potrzeby stworzenia dwugodzinnego filmu. I teraz pytanie zasadnicze: Czytelniku „Harry’ego Pottera”, czy uważasz, że filmy są równie dobre jak książki? Widać już do czego zmierzam? Rowling napisze scenariusz, który zostanie potem brutalnie okrojony bądź na siłę rozszerzony. Czemu jako pisarka nie zechce napisać książki na ten sam temat? Wówczas my, czytelnicy, mielibyśmy możliwość zapoznania się z czystym, nie zmienionym i nie „zgwałconym” materiałem. Ucieszyłbym się nie lada, gdyby tak było. Ale my tej szansy nie dostaniemy i warto naprawdę się na tym skupić. Dostaniemy dzieło (lub nie), którego Rowling jest WSPÓŁAUTOREM. To reżyser i montażyści zdecydują, co z jej pracy w filmie zostanie, a co nie. I detale – uwielbiane przeze mnie detale, których w filmach nie ma. Mimo, że Rowling napisze scenariusz, my nie poznamy jej wizji. Bo być może bohater w jej wyobraźni wygląda inaczej niż prezentujący się na ekranie aktor? Bo być może stanie się tak jak z Harrym, który w książce ma zielone oczy po swojej matce, a w filmie okazuje się mieć niebieskie oczy po matce o brązowych oczach? A może ktoś do filmu doda coś w stylu Ginny zawiązującej sznurowadła Harry’emu? Albo zrobi ze świetnego materiału komedię romantyczną? Uczciwie, ale naprawdę uczciwie, spójrzmy na wszystkie ekranizacje „Pottera”. Każdemu z nas czegoś w nich brakuje. Każdego coś rozczarowuje. Ale mamy książki, do których możemy wrócić i cieszyć się doskonałością. Tutaj tego luksusu mieć nie będziemy. I dlatego z pełną premedytacją i stanowczością, uważam, że Rowling strzela sobie w kolano. Pomijam fakt marketingu, bo jest to jawny skok na kasę, zważywszy, że „Fantastycznym zwierzętom…” towarzyszyć będzie gra komputerowa i gadżety, a nawet dla rozbudowy Wizarding World of Harry Potter będzie miało to znaczenie. Pytanie tylko: kto leci na kasę? Ja odpowiedź mam przed oczami. Warner Bros. Rekin, który czując krew, nie odpuści, dopóki z ofiary nie zostaną same kości. A z Rowling da się jeszcze wiele wyciągnąć i wiele na tym zarobić. Neil Blair, jej agent literacki, też zdaje sobie z tego sprawę. E-booki, Pottermore, „Księga czarów” – to zasługa jego kancelarii. Póki krowa daje mleko, można ją doić. Czemu Rowling nie odmówi? Bo jest w środku trąby powietrznej i nie widzi niczego, co jest poza nią. Skąd wniosek, że Warner jest łasy na kasę? O tym stanowi kolejna część fascynującego komunikatu prasowego, który został dzisiaj opublikowany: to WB. będzie światowym dystrybutorem serialu na podstawie „Trafnego wyboru”. Światowi wydawcy „Harry’ego Pottera” wiedzą już, co to znaczy pracować z Warnerem. Teraz, niestety, dowiedzą się tego i wydawcy „Trafnego wyboru”. A w przyszłości pewnie też wydawcy „The Cuckoo’s Calling”.

Co do samego filmu – z pewnością obejrzę „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Z przyjemnością sięgnę też po scenariusz autorstwa J.K.Rowling, jeśli zostanie on opublikowany. Nadal kocham „Harry’ego Pottera” i sądzę, że wiele zawdzięczam zarówno tej serii jak i J.K.Rowling. Ale po dwunastu latach bycia fanem i po wydaniu na „Harry’ego” i Rowling prawie 30 tysięcy złotych, sądzę, że w pewien sposób odwdzięczyłem się za to i mogę powiedzieć śmiało to, co myślę. A myślę, że J.K.Rowling już nie jest moim autorytetem. Bo otoczyła się niewłaściwymi, chciwymi ludźmi i chyba sama straciła kontakt z rzeczywistością. Kiedyś chciała być skromną pisarką, najlepiej anonimową, mogącą w ciszy pracować i poświęcać się dla rodziny. Pieniądze były ważne, ale nie najważniejsze. Dziś zdaje się gnać za groszem, czyżby miała sięgnąć przez to takiego dna, jakiego sięgnęli twórcy fenomenu Hello Kitty? Czy i twarz Harry’ego bądź Hermiony zdobić będzie podpaski? A może papier toaletowy? Świat jest okrutny i czasami warto zejść ze sceny niepokonanym, inaczej to, co się stworzyło – nawet jeśli jest doskonałe – przez niewłaściwą otoczkę, może się zrównać z gównem.

ZDANIEM NATALII:

Skłamię jeśli powiem, że byłam zaskoczona jak Daniel, gdy dowiedziałam się o tym, co planuje Rowling razem z Warner Bros. Nie dotknęło mnie to jednak aż tak bardzo, ponieważ już wiele osób mnie w życiu zawiodło. Już wiele razy słyszałam postanowienia, które niedługo potem były łamane albo zmieniane. Co do postanowień Rowling, boli fakt, że słowo kobiety, która zmieniła życie milionów ludzi na całym świecie, w tej chwili jest niewiele warte. Po co obiecywać, skoro w przyszłości ta obietnica ma zostać złamana? Wiele osób jest zaskoczonych naszym podejściem do całej sprawy, dlatego chciałabym się choć troszeczkę wytłumaczyć. Są osoby, dla których dane słowo nie ma wartości. Nie ważne, co kto mówi, nie ważne nawet co robi, ważne, że daje to czego chcą inni. Dla mnie słowo ma wartość i to ogromną. Za każdym razem, gdy ktoś zmienia zdanie, boli mnie to równie mocno, a jeśli jest to ktoś dla mnie ważny to już w ogóle czuję w sercu żal i zawód. Do takich osób należy J.K.Rowling, która jest w moim życiu od ponad dwunastu lat. Nie zrozumie tego nikt, kto „siedzi” w tym od niedawna. Nie zrozumie tego nikt, kto nie podchodzi do tego tak sentymentalnie jak ja. Nie zrozumie tego nikt, dla kogo słowo nie ma żadnej wartości.

Co do samego filmu, który ma powstać - na pewno pójdę do kina i go zobaczę. Jestem także przekonana, że film mi się spodoba, ale tak jak pisał Daniel, szkoda, że nie dostaniemy tej historii w najbardziej magicznym, książkowym wydaniu.

***

I choć wypadałoby kończyć, nie potrafię zakończyć na tej pierwszej części dzisiejszego wpisu. Pewnie dlatego, że był planowany zupełnie inny, choć również brutalny. Prawda i szczerość bolą, więc zaaplikuję kolejną dawkę bólu moimi kolejnymi przemyśleniami. A będą to przemyślenia poświęcone fenomenowi „Harry’ego Pottera”. Choć pisałem poniższy tekst kilka dni temu, dzisiaj nabiera on dla mnie nowego wydźwięku. I staje się w moich oczach jeszcze bardziej wiarygodny.

FENOMEN „HARRY’EGO POTTERA”

Czasami, żeby poznać odpowiedź, trzeba odsunąć na bok wszystko. Bo tak naprawdę wszystko ogranicza ludzkie poglądy – wszelkie sympatie, antypatie, radości, smutki, a nawet i samopoczucie danego dnia. Po ponad dwunastu latach bycia oddanym i wiernym fanem, niezwykle trudno jest zapomnieć na jakiś czas o tym wszystkim, co sprawiło, że pokochałem „Harry’ego Pottera”. Niemal niemożliwe jest odrzucenie tego wszystkiego, co tak bardzo zmieniło moje życie – dobitnie świadczy o tym obecność Natalii przy moim boku. Gdyby nie seria stworzona przez J.K.Rowling, nie byłoby jej tutaj. Ale czasami trzeba się oderwać od tego wszystkiego. Choć czuję się w tym momencie jak Harry przygotowujący się do lekcji oklumencji, staram się jak mogę, by wyzbyć się wszelkich myśli, które w jakikolwiek sposób mogą ograniczać moje poglądy.

Jak dotąd każdy, kto podchodził do tematu fenomenu „Harry’ego Pottera”, podchodził do niego z pewnym nastawieniem – bardziej pozytywnym lub bardziej negatywnym. Niektórzy, a mam tu na myśli niezliczoną rzeszę pismaków, bo na tytuł dziennikarza nie zasługują, bardzo koloryzowali historię J.K.Rowling, uwypuklając to, co miało przyciągnąć odbiorcę. Tak powstał fenomen biednej, samotnej matki, która napisała świetną książkę i stała się najpoczytniejszym pisarzem naszych czasów. Właśnie temat fenomenu „Harry’ego Pottera” skłania mnie do wyzbycia się wszelkich myśli i emocji, każe oderwać się od tego i spojrzeć surowym, obiektywnym wzrokiem pozbawionym wszelkich skrupułów. Bo co stanowi o fenomenie „Harry’ego Pottera”? Sądzę, że w końcu odnalazłem odpowiedź. Bardzo okrutną.

Debiutująca pisarka długo szukała wydawcy, który zechciałby zająć się publikacją „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”. Książce zarzucano wiele, choć wiodącym argumentem uzasadniającym odrzucenie, była jej długość. Tak gruba książka miała nie mieć szans na walkę z kryzysem czytelniczym wśród młodych ludzi. Nie będę w tym temacie polemizować z samym pojęciem owego kryzysu, choć nie wierzę w to, że było aż tak źle jak jest to podawane. Nagle za sprawą Bloomsbury debiutantka wydaje swoją powieść i… NIC. Pięćset wydanych egzemplarzy nie zwojowało rynku wydawniczego. Ludzie nie bili się o tę książkę. Sprzedaż rozkręcała się w ślimaczym tempie. Drugi tom również nie okazał się być wielkim hitem, który miał zmienić świat. Fenomen narodził się w 1999 roku. Czy jego podwaliną był niezwykły talent J.K.Rowling? Nie. Talent stanowił w tym aspekcie minimum higieny. Zgodnie z moją hipotezą, J.K.Rowling miała po prostu szczęście, choć w biznesie takie słowo nie istnieje. Kiedy ludzie po raz pierwszy usłyszeli o „Harrym Potterze”? Kiedy Scholastic w kwietniu 1997 roku, a więc jeszcze przed wydaniem pierwszego tomu, zakupiło prawa do publikacji za 105 tysięcy dolarów. To była bezprecedensowa kwota, rekordowa suma zapłacona za książkę dla dzieci debiutującego na rynku autora. Ziarno fenomenu zostało zasiane. Teraz zaczęła się prezentacja wizerunku pisarki – samotnej matki, piszącej na serwetkach i Bóg wie na czym jeszcze. Taki portret pisarki stanowił idealny podkład pod tworzony fenomen. Tak. Uważam, że fenomen „Harry’ego Pottera” został stworzony celowo i z premedytacją. Najpierw Scholastic wydało spore pieniądze na książkę, zaraz potem do Rowling zgłosił się Warner Bros. oferując godziwą sumę za prawa do zrealizowania filmu na podstawie powieści. Sława „Harry’ego Pottera” rodziła się na przekłamanym obrazie jego autorki i na fundamencie wielkich pieniędzy. To była inwestycja. Bo kiedy ktoś wydaje ponad 100 tysięcy dolarów za książkę debiutanta, to musi być ona dobra. A kiedy do tego dodać walkę o prawa do filmu, ciekawość wzrasta diametralnie. I oczywiście – do tego wszystkiego postać Kopciuszka. Idealne połączenie pozwalające na przeprowadzenie doskonałego działania marketingowego. Jaki z tego wniosek? Pomimo, że w każdym roku na rynku debiutują setki pisarzy, większość skreśla albo słaba treść, albo kiepski wizerunek medialny. Bo co budzi większe emocje – książka wydana przez szczęśliwą żonę i matkę, która ma w życiu z górki czy szczęśliwie wydana książka samotnej matki, która musiała naprawdę wiele poświęcić i wiele przejść, ażeby swą determinacją dotrzeć do tego miejsca? Ludzie lubią bajkę o Kopciuszku. Jo na tym skorzystała. Brutalnie – sądzę, że na półkach księgarskich jest wiele bardzo dobrych książek, być może nawet lepszych niż „Harry Potter”, ale sądzę też, że nigdy nie sięgnę po żadną z nich. Dlaczego? Bo promocja była za słaba, nic nie mówiące nazwisko autora i generalnie brak tego szumu wokół publikacji. W moim przekonaniu J.K.Rowling okazała się być nietuzinkową postacią z dodatkiem talentu – w końcu gdyby „Harry Potter” nie był dobry, nie miałby tylu fanów na świecie. Ale czy na pewno?...

Rowling dała rynkowi to, czego ten potrzebował – świetną książkę i nietuzinkową postać autora. Wszak przez tyle lat, zresztą nadal, „Harry Potter” jest reklamowany jako powieść samotnej matki. I nie wierzę w powstanie fenomenu „Harry’ego Pottera”, gdyby ten został wydany przez Rowling np. w 2004 roku, kiedy żyła szczęśliwie i godnie w rodzinie. Nie byłaby wówczas atrakcyjna dla mediów. Nie byłoby podstaw do stworzenia nowej wersji Kopciuszka. A pieniądze zainwestowane przez Scholastic… To brednie, że niektórzy obawiali się czy interes będzie rentowny. Mistrzowskie zagranie i dopracowany PR zrobiły swoje. Z nikogo uczyniły pisarza wszechczasów i sprawiły, że świat o nim usłyszał. Warner Bros. tylko pociągnął temat. Tak Ameryka spłodziła fenomen. Wzruszająca historia plus talent i determinacja plus masa pieniędzy – tak powstaje fenomen. A potem poszło lawinowo. O tych kwotach i kontraktach było bardzo głośno – ludzie byli bombardowani artykułami w prasie, telewizyjnymi materiałami i w rezultacie ogłupiani, bo przecież trzeba sprawdzić coś, co ma taką popularność… Wniosek? Naiwność i głupota jest wszechobecna. Z drugiej strony genialna jest przebiegłość i perfekcyjne planowanie. Bo ludzie sięgali po te książki tylko przez to, że było o nich głośno. Powiedzmy sobie otwarcie, ale tak szczerze, ilu z nas weszło do księgarni i wyszukało „Pottera” upchanego na półce pośród setek innych książek? Ilu z nas w ten sposób, nie słysząc wcześniej nic na jego temat, rozpoczęło swoją przygodę z „Harrym Potterem”. Odpowiedź na to pytanie stanowi wiadomość zwrotną. Jesteśmy podatni na manipulację. Ja dostałem „Więźnia Azkabanu” dwanaście lat temu, na dwunaste urodziny. Dlaczego? Bo znajomych przekonała sprzedawczyni w księgarni, która powiedziała, że książka jest bardzo popularna. Marketing czyni cuda. Choć w przypadku „Harry’ego Pottera”, marketing wypromował dobrą książkę – DOBRĄ, niestety w obecnych czasach promuje się największe gnioty, byleby tylko podciągnąć ich sprzedaż. Z okładek biją po oczach napisy: „bestseller”, „najlepiej sprzedająca się książka”, „numer 1. na liście…”. I ludzie po to sięgają. Bo skoro bestseller, to setki / tysiące / miliony ludzi nie może się mylić. Ale właśnie. Czym jest bestseller? Produktem, który sprzedano w ilości stu sztuk? A może tysiąca? Miliona? Zaskakujące, że etykietką bestselleru opatrywane są nawet książki, które dopiero ukazały się na rynku. Cud? Nie. Marketing. Ten sam, który wyniósł „Harry’ego Pottera” na wyżyny. Ponieważ ktoś, kto ma władzę i pieniądze, zdecydował o tym, że chce stworzyć kurę znoszącą złote jaja. J.K.Rowling stała się „ofiarą” takiego działania. Choć pewnie każdy z nas zechciałby stać się taką ofiarą sukcesu jak autorka „Harry’ego Pottera”. Ja wcale nie staram się powiedzieć, że „Harry Potter” to gniot, który na szczyt wyniosły marketing i kasa. Kocham tę książkę i po tylu latach bycia jej fanem, jestem w stanie podejść do niej w pełni krytycznie. Nie wszystko mi się w „Potterze” podoba. Chwilami jest infantylny. Czy wyraziłbym taką opinię dwa lata temu? Nie. Dlaczego? Bo dałem się wciągnąć. Prawdę mówiąc – nadal jestem wciągnięty. Ponad 150 książek na półce w 72 językach o czymś świadczy. Z pewnością o tym, że marketing działa. Dałem się porwać temu, co porwało setki milionów osób na świecie. Czy jestem z tego powodu zadowolony? Tak. Dlaczego? No właśnie. Bo Ona siedzi obok mnie. I kocham ją. Bo nie ma nic złego w tym, że podążymy za tłumem i damy się „omamić”, jeśli tylko nadal pozostajemy sobą i czerpiemy z tego korzyści dla siebie. A „Harry Potter” naprawdę pomaga. Wygrać ze sobą, swoimi słabościami i spojrzeć na życie z nadzieją. To też część tego fenomenu. Jedyna prawda w świecie pełnym sztuczności i zagrywek, które mają nami manipulować. „Jesteśmy marionetkami naszej nieświadomości” (Carlos Ruiz Zafón). Gratulacje dla tych, którzy stworzyli fenomen. Tym większe, że większość i tak uważa, iż samodzielnie dokonuje swoich wyborów. Sztuką jest pociąganie marionetki za sznurki w taki sposób, że one same tego nie odczuwają. A jeśli Ciebie to nie dotyczy, to odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego przeczytałem / am „Harry’ego Pottera”. I albo odpowiesz na to pytanie szczerze, albo skłamiesz.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz