W oku cyklonu 3

W 1999 roku J.K.Rowling podpisała umowę z Warner Bros. dając tym samym wytwórni prawo do stworzenia czterech ekranizacji „Harry’ego Pottera”. W trosce o ochronę swoich książek i postaci, pisarka nie zdecydowała się dać Warnerowi wolnej ręki. Decydując się na przyjęcie mniejszej sumy pieniędzy, autorka miała prawo głosu w kwestii zarówno doboru obsady jak i samego scenariusza. Świetnym przykładem wykorzystania tej władzy jest odmówienie Alfonso Cuaronowi dodania do „Więźnia Azkabanu” sceny, w której karły miały grać na gigantycznych organach przeskakując po ich klawiszach. Jakkolwiek trudno jest doliczyć się ilości umów, które Jo podpisała, wiadomo, że ta wyżej wspomniana nie jest jedyną. Otóż wytwórnia wkrótce potem otrzymała kolejne prawa i stała się właścicielem marki „Harry Potter”. Od tej pory w każdym kolejnym wydaniu „Harry’ego Pottera”, bez względu na kraj i język wydania, musiała znaleźć się wzmianka, iż Warner jest właścicielem licencji i praw do „HP”. Od drugiej połowy 2000 roku w każdej książce znajduje się następujący tekst:

„Harry Potter, names, characters and related indicia are copyright and trademark Warner Bros., 2000”

Oznacza to – ni mniej, ni więcej – że każde przedsięwzięcie związane z „Harrym Potterem” musi być uzgodnione z Warnerem, gdyż jest on właścicielem licencji serii.

Oto wstęp, który raczej nikogo nie dziwi. Stanowić ma on jedynie krótkie tło historyczne i przypomnienie. A może nie jedynie, ponieważ z tego wstępu wynika wszystko. Wszystko to, co otworzyło mi oczy i skłoniło do dalszych przemyśleń. Niesamowitym jest uczucie odnalezienia pasującego elementu do układanki, której pełen obraz świtał mi w głowie. W poprzednim wpisie przedstawiłem swoją koncepcję powodu, dla którego J.K.Rowling „musiałaby” się zgodzić na pracę przy ekranizacji (a raczej szeroko rozumianej adaptacji) „Fantastycznych zwierząt…”. I choć mogłem uważać ten cały wywód za nieco fantastyczny, dziś znalazłem odpowiedź, która niemal całkowicie uzupełnia mój tok myślenia. Ale po kolei.



W 2011 roku J.K.Rowling opuściła agencję literacką Christophera Little’a z którą współpracowała od 1996 r., by rozpocząć współpracę z nową agencją Neila Blaira, jej byłego prawnika i opiekuna, który dotychczas pracował w agencji pana Little’a. Co było powodem podjęcia takiej decyzji? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że już wtedy rozpoczynały się prace nad serwisem Pottermore. Być może Christopherowi Little nie spodobało się technologiczne rozwijanie „Harry’ego Pottera”? Nie ma co nad tym dywagować. Skupię się na konsekwencjach. Rowling podjęła współpracę z Blairem, w wyniku której światło dzienne ujrzało nie tylko Pottermore, ale i na rynku pojawiła się wirtualna książka (kolejna w drodze) oraz wydania elektroniczne jej powieści. Nie jest trudno się domyślić, że wymogiem dla podjęcia takich działań, było uzyskanie zielonego światła ze strony wytwórni Warner Bros. Doszło zatem do podpisania kolejnych kontraktów, które, co pewne, musiały zostać najpierw przejrzane i zaakceptowane przez prawników pisarki. Najprościej rzecz ujmując – to Neil Blair musiał podpowiedzieć pisarce, co warto, a czego nie warto podpisywać. W tym momencie dochodzimy do punktu, w temacie którego rozpisywałem się poprzednio.

Coś mi jednak nie dawało spokoju. Dlaczego Neil Blair, agent literacki J.K.Rowling, pod którego skrzydłami pisarka znajduje się tak naprawdę od wielu lat, miałby doradzać jej coś, co byłoby dla niej niekorzystne? Pozostaje oczywiście pytanie: czy naprawdę całe to działanie jest dla niej niekorzystne? Choć każdym kolejnym słowem oddaję się swojej hipotezie, nie mogę całkowicie wykluczyć innej hipotezy. Tej najprostszej i w zasadzie tej, którą chcielibyśmy potwierdzić: J.K.Rowling podejmuje decyzje samodzielnie i wie, co robi. Mnie taka wiedza ofiarowałaby spokój ducha i mógłbym oddać się przyjemności oczekiwania na kolejne dzieło pisarki. Ale wróćmy do kręgu moich, być może fantastycznych, rozmyślań. Dlaczego Neil Blair miałby działać na szkodę swojej klientki? Nie mnie oceniać człowieka, którego nie znam, ale chyba odnalazłem odpowiedź na to pytanie.

W tym momencie muszę przywołać postać człowieka, który pracując najpierw dla Warner Bros., później blisko współpracował z J.K.Rowling. Ów człowiek przekonał pisarkę do sprzedania praw do stworzenia ekranizacji Warnerowi, a teraz piastuje stanowisko dyrektora fundacji charytatywnej założonej przez nią, Lumos oraz jest dyrektorem Pottermore. Co bardzo ważne – ten człowiek jest autorem pomysłu powstania samego Pottermore. To jego działania ostatecznie doprowadziły do ruszenia tej strony, a wkrótce i do rozpoczęcia na niej sprzedaży e-booków. Człowiek ten prowadzi agencję literacką The Blair Partnership. To Neil Blair.

Elementy układanki wreszcie odnalazły brakujący element, który je łączy. Choć to kolejna hipoteza, mogę się pokusić o stworzenie wizji pracy pana Blaira. Neil Blair opuszcza Warner Bros., żeby rozpocząć pracę w agencji Christophera Little’a. Poza wykonywaniem swoich obowiązków, ma on za zadanie wychwytywanie takich perełek jak J.K.Rowling. Pisarkę przekonuje do podpisania umowy z koncernem. Kiedy „Potter” się kończy, łasy na pieniądze Warner wyciąga ręce po więcej. Neil Blair wychodzi z inicjatywą stworzenia Pottermore. Little się na to nie zgadza, w związku z czym ów opuszcza jego agencję. Otwiera własną, do której przechodzi Rowling. Teraz prawnik może robić wszystko, co zechce. A Rowling na to przystaje, bo mu ufa. Blair zaczyna piąć się na szczeblach kariery (raczej na stanowisku dyrektora Pottermore nie zarabia minimalnej krajowej) i podsuwa Jo kolejne i kolejne kontrakty z Warnerem. Przecież ich warunki są takie korzystne! Pytanie tylko: dla kogo? I ostatecznie wytwórnia zdobywa wszelkie prawa do serii stworzonej przez J.K.Rowling. A w związku z tym, że ma prawa do wszelkich postaci i wszystkiego, co związane z „HP”, ma również prawa do „Fantastycznych zwierząt…”, „Quidditcha przez wieki” i „Baśni barda Beedle’a”. Warner przychodzi więc do Rowling z informacją o planach nowej ekranizacji. Jej zgoda nie ma dla nich znaczenia. Raczej wątpliwe, by była potrzebna przy produkcji wszystkich magicznych gadżetów, gier itd. itp. Wystarczy zgoda Warnera. Rowling decyduje się więc na pracę przy filmie. Ale o tym pisałem ostatnio. Skupię się teraz na innym aspekcie. Pojawiły się głosy, że przecież ludzie znienawidziliby Warner Bros., gdyby ten działał za plecami i bez zgody Jo. Zasadnicze pytanie: kto by się o tym dowiedział? Rowling nie kieruje nawet swoimi stronami w sieci. A komu miałaby się poskarżyć? Nam, fanom? Pewnie – chwyćmy za widły i pójdźmy do Warnera wymierzyć sprawiedliwość. Jeśli J.K.Rowling jest w takiej sytuacji, jaką opisałem powyżej, to my i tak się o tym nie dowiemy. Gdyby chciała iść na wojnę z koncernem – co zyska? Jej majątek w porównaniu do majątku WB to nic. Nie miałaby żadnej szansy na zwycięstwo.

Mam głęboką nadzieję, że domniemane sytuacje i położenie J.K.Rowling, które opisałem zarówno w tym jak i poprzednim wpisie to fikcja. W przeciwnym razie Warner Bros. właśnie przyparł naszą ukochaną pisarkę do muru i szepnął: „Szach”, a ona teraz miota się po szachownicy ratując króla („Harry’ego Pottera”). Aż strach wyobrazić sobie finał tej rozgrywki.

Zakończenie moich wywodów w tym momencie, byłoby jednak wysoce niestosowne, albowiem bardzo lubię happy endy i sprawiedliwość. Nie jestem paranoikiem, ażeby w pełni oddać się mojej hipotezie, aczkolwiek z pewnych źródeł wiem, że nie tylko ja mam takie zdanie. Mają je również osoby bliżej współpracujące z J.K.Rowling, niektórzy z jej partnerów. Jako fan „Harry’ego Pottera” cieszę się, że otrzymamy coś nowego związanego z serią. Jako fan J.K.Rowling – mam wątpliwości. Mam nadzieję, że wszystko to, co opisałem teraz i poprzednio to czysta fikcja – sensacyjna hipoteza, która nie ma racji bytu. W końcu i ja miałem łzy w oczach już na widok samego logo Warner Bros. pojawiającego się na ekranie kinowym podczas wyświetlania „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci cz.2”. Choć teraz ten sam widok wywołuje u mnie lekkie zgrzytania zębami, mam coś, do czego mogę uciec i oderwać się od brutalnego świata marketingu i działalności gigantycznych koncernów. A są to… książki. I tu, na koniec, mała, ale bardzo miła odskocznia.

HARRY POTTER PO RAZ KOLEJNY!
W ciągu kilku minionych dni na rynku pojawiło się zupełnie nowe tłumaczenie „Harry’ego Pottera”. Choć pierwotnie nikt nie potwierdzał informacji podanych przez agencję Rowling, właśnie otrzymaliśmy bardzo dobre wiadomości prosto z Filipin. Na półkach w księgarniach pojawiła się tagalska edycja „Harry’ego Pottera” przetłumaczona przez Becky Bravo. Co ciekawsze, jest to pierwsze wydanie na świecie, którego tytuł pozostał niezmieniony i brzmi „Harry Potter and the Sorcerer’s Stone”, zaś pod tytułem znajduje się podpis: „The Filipino Edition”. I choć to wydanie oddala nas nieco od zebrania wszystkich tłumaczeń „Harry’ego Pottera” (znowu od sukcesu dzieli nas pięć „kroków”), bardziej cieszy fakt, iż jest to 77-me wydanie „HP” na świecie!
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz