Sekretna wizyta w studio "HP"

Jak nazywa się aktor, który w „Harrym Potterze” wcielił się w rolę Severusa Snape’a?

Wielu ludzi do szaleństwa kocha Alana Rickmana – za jego wspaniałe kreacje aktorskie, uwodzicielski głos i za wiele innych przymiotów, które posiada i których nie wypiszę, ponieważ się do tego nie nadaję (z pewnością tysiące wiernych fanek, zrobiłoby to lepiej i rzetelniej ode mnie) i ponieważ ten wpis dotyczy czegoś zupełnie innego. Dlatego przejdę do odpowiedzi na drugie pytanie: „co zawdzięczam Alanowi Rickmanowi?”.

Odpowiem najprościej jak potrafię: lot na miotle.





A był to rok 2011. Konkretnie wiosna. Choć planowałem od dłuższego już czasu swój wyjazd na Światową Premierę „HP7.2” w Londynie, Radio ZET dało mi szansę na wizytę w Londynie miesiąc wcześniej…

To była moja druga próba w ich konkursie. We wcześniejszej edycji dostałem się do finału i zabrakło tak niewiele… Tym razem okoliczności były bardziej sprzyjające, choć ostatecznie wywołały „serię niefortunnych zdarzeń”. Ale koniec końców – „wygrałem” wycieczkę do Londynu i wzięcie udziału w nagraniu prywatnego lotu na miotle w studio Shepperton, w którym kręcono niektóre sceny „Harry’ego Pottera”. To właśnie pytanie o odtwórcę roli Severusa było tym szczęśliwym. W tym momencie powinien się zacząć triumf i świętowanie, powinienem powiedzieć: „wszystko było dobrze”. Skłamałbym jednak…
Weźmy pod uwagę sytuację, kiedy zaufamy niewłaściwej osobie. Tak było w moim przypadku. Słabe łącze internetowe skutkowało opóźnieniami w wysyłaniu maili. Po dwóch nieudanych próbach dostania się do finału w dwóch kolejnych dniach trwania konkursu, stwierdziłem, że dziesięciosekundowe wysyłanie maila, kiedy liczy się każda sekunda, to zbyt długo. Dlatego

zawarłem współpracę z pewną niedawno poznaną osobą, czytelniczką tego bloga. Dobrze się dogadywaliśmy, więc zaufałem jej. Przed ostatnim pytaniem, ostatnią szansę na wygraną, opowiedziałem jej o konkursie oraz o tym, że mam przeczucie, iż zapytają tym razem o Alana Rickmana. Poleciłem jej, żeby wysłała tę odpowiedź jak tylko zaczną czytać pytanie. Zrobiła to. Dostała się na antenę radia i wygrała. Wówczas pojawiło się kilka „utrudnień”, jednak koniec końców polecieliśmy razem do Londynu.

Wiem jedno: boję się i nienawidzę latać.

Wytnijmy cały pierwszy dzień pobytu w Londynie. Nie należał on do przyjemnych i wartych opisywania. W pewnych momentach bardziej przypominał drogę krzyżową, aniżeli wspaniały wyjazd do stolicy kraju, z którego pochodzi „Harry Potter”. Jednak twarda ze mnie bestia i przetrwałem. NIKT nie mógł mi zepsuć wspaniałości, które miał przynieść dzień następny…
2 czerwca 2011

Już o poranku stawiliśmy się w hotelowym atrium oczekując na transport do studia Shepperton. We dwójkę byliśmy jedynymi osobami z Polski, poza nami do studia wybierali się zwycięzcy podobnych konkursów m.in. z Rosji, Hiszpanii i Japonii. Ekscytacja sięgała zenitu, kiedy wsiadaliśmy do podstawionego autobusu z zawieszonymi na szyjach plakietkami „Harry Potter and the Deathly Hallows Part 1 FLYING BROOMSTICK SHOOT”. Tylko 20 osób z całego świata miało okazję doświadczyć tego, co dzisiaj mnie czekało. Podróż autokarem trwała w nieskończoność i niezwykle mi się dłużyła. Miałem nadzieję spędzić cały dzień w studio i zagadać każdego z ekipy „Harry’ego Pottera”, kogo tylko tam spotkam. Po mniej więcej godzinie wjechaliśmy na teren studia Shepperton. Ochrona skontrolowała nasze wejściówki i… weszliśmy. Naszym celem stała się jedna z bardziej oddalonych hal studyjnych. Kiedy przekroczyłem jej próg, moim oczom ukazał się olbrzymi green screen, na tle którego nagrywa się wszystkie sceny z użyciem efektów wizualnych, oraz duża konstrukcja, na której szczycie znajdowała się… miotła. Przed konstrukcją znajdowała się kolejna, skąd nagrywano loty na miotle. Naprzeciwko miotły ustawione były olbrzymie wentylatory, które miały imitować wiatr w czasie lotu. Choć na pierwszy rzut oka miejsce raziło skromnością i pustką, sama hala była słabo oświetlona, jedynie miejsce zdjęć był dobrze oświetlone, czułem jak otacza mnie zewsząd magiczna aura. Zrozumiałem teraz Harry’ego, który po przekroczeniu progu sklepu Ollivandera pomyślał, że nawet kurz w tym miejscu jest przepełniony magią. Tak też było w tym miejscu. Jedną z pierwszych osób, które rzuciły mi się w oczy była drobna blondynka, która z uśmiechem na twarzy podeszła do nas i zaprosiła w głąb hali, gdzie czekały na nas krzesła. Usiedliśmy tam i uważnie słuchaliśmy wszystkiego, co Amy Robertson, owa drobna blondynka, miała nam do powiedzenia. Dziewczyna przedstawiła nam Johna Richardsona, laureata Oscara, specjalistę od efektów specjalnych, który miał czuwać nad naszymi „lotami”. John pracował przy wszystkich częściach filmu o Harrym 

Potterze. Później wskazała nam Tima Lewisa, współproducenta. Sama Amy na planie filmów o Harrym zajmowała się publicystyką i była rzecznikiem prasowym. Wiedząc, że będę „leciał” na miotle pod czujnym okiem osób z ekipy filmowej „Pottera”, nie mogłem zapanować nad nerwami. Zwłaszcza John Richardson, o którym słyszałem już wcześniej, mnie onieśmielał. I w dodatku ten mój angielski…

Kiedy czekałem na swój lot, w studio pojawili się trenerzy zwierząt wraz ze zwierzęcymi aktorami – Monkey, psem wcielającym się w rolę Kła, jednym z kotów będących na ekranie Krzywołapem oraz… z Hedwigą! Stres uszedł ze mnie w ciągu krótkiej chwili, kiedy drapałem „Kła” za uchem, tudzież rozpieszczałem „Krzywołapa”. Jedynie „Hedwiga” nieco gwiazdorzyła, nie pozwalając się do siebie zbliżyć nikomu i ostrzegawczo kłapiąc dziobem i wydając z siebie dźwięki, które określiłbym jako… „świńskie”. Niemniej, ta krótka chwila wystarczyła mi, żeby nawiązać kontakt z Guillaumem Grangem, niesamowicie ciepłym i serdecznym trenerem zwierząt, z którym w studio spędziłem najwięcej czasu. Dowiedziałem się od niego, że sowy są bardzo głupimi stworzeniami i prawdziwie koszmarnym i czasochłonnym zadaniem jest nakłonienie ich do wykonywania jakichkolwiek poleceń (z ciekawości, będąc w domu odtworzyłem materiał specjalny z DVD „Księcia Półkrwi”, w którym Guillaume stanowczo zaprzeczył słowom Jessie Cave, która zasugerowała, że sowy są głupie).
W końcu nadeszła moja kolej na makijaż. Nigdy wcześniej nikt mnie nie „malował”, a tu trafiłem od razu na jedną z makijażystek, które pracowały z Danem Radcliffem. Dziewczyna zaśmiała się, że najwyraźniej byłem jej przeznaczony, kiedy wspomniałem dla żartu, że też mam na imię Daniel i jesteśmy z Danem w tym samym wieku i spod tego samego znaku zodiaku. Dłużej trwała właśnie ta pogawędka z nią, aniżeli samo nakładanie na mnie „tapety” (dziewczynie wystarczyły dwie minuty, żeby wykonać swoje zadanie – zastanawiam się czy to dlatego, że jestem tak doskonały czy też dlatego, że i tak żaden makijaż mi nie pomoże…). Kiedy moja stylizacja dobiegła końca, powróciłem na halę, gdzie już po kilku chwilach wchodziłem po schodach, by po raz pierwszy w życiu (choć nie ostatni) dosiąść miotły. Pracownik techniczny pomógł mi usiąść na siodełku do niej przymocowanym. Niestety nim posłuchałem jego rady, ażeby stopy od razu wesprzeć na podpórkach, zawisłem siedząc okrakiem na miotle, odczuwając przy tym dyskomfort, który każdy mężczyzna odczułby w podobnej sytuacji. Odzyskawszy szybko oddech, zostałem zabezpieczony pasami bezpieczeństwa, pan, który mi pomagał zszedł na dół i… schody odjechały. John Richardson nakazał mi rozglądać się z zachwytem podczas lotu i wyobrażać sobie, że jestem w górach. Ostatnim pytaniem, które mi zadał
było: „Chcesz spokojny i gwałtowny lot czy tylko spokojny?”. Odpowiedziałem, że oba warianty mi się podobają i machina ruszyła… Od razu poczułem jak miotła porusza się pode mną i chłodne powietrze uderza mnie w twarz i porusza ubraniem. Rozglądałem się we wszystkie strony z wyrazem twarzy, który miał wyrażać zachwyt na widok pięknych, wyimaginowanych widoków. Jednocześnie starałem się nadążać za reakcjami miotły, która wkrótce zaczęła poruszać się gwałtowniej i ostro zakręcać w różne strony. To opadałem, to się wznosiłem i w pełni rozumiałem zachwyt Harry’ego. Uczucie latania było takie wyzwalające i cudowne! Po kilku sekundach czułem się jak aktor reagując coraz śmielej i najzwyczajniej w świecie ciesząc się tym lotem. Ostatecznie oderwałem ręce od kija i rozłożyłem je jak Harry lecący na hipogryfie. Kiedy mój lot dobiegł końca, schody podjechały i pojawił się pan, który miał pomóc mi zejść z miotły, a na dole podszedł do mnie John Richardson i śmiejąc się stwierdził: „To było super!”. Zresztą chyba wszyscy w studio mieli ze mnie niezły ubaw, ponieważ nie zauważyłem, żeby poważny John Richardson podszedł do kogokolwiek wcześniej po zakończonym locie.

Podczas, gdy inni oczekiwali nadal swojej przygody, podszedłem na drżących nogach do Guillaume’a i powróciłem do jednej ze swoich ulubionych czynności, którym oddawałem się będąc w studio. Czynności, która sprawiała przyjemność i mnie i „Krzywołapowi”. Chwilę potem Guillaume zaczął go czesać, a skończywszy wytargał ze szczątki kłębek sierści i wsadził mi go do ręki z mniej więcej takimi słowami: „jak sprzedasz to na ebay’u, to podzielimy się kasą”.
Nie sprzedałem. Do dziś trzymam ją jako jedną z najoryginalniejszych pamiątek potterowskich, jakie mam.

Choć spędziłem w Shepperton niewiele ponad dwie godziny, zapamiętam ten dzień do końca życia. Bo to był wyjątkowy dzień. I nie jest istotne, że „czyjaś” zawiść sprawiła, że nigdy nie otrzymałem swojego nagrania z lotu na miotle. Najistotniejsze są wspomnienia i to, że mogę się nimi dzielić. Choć ta przygoda sprawiła, że dużo rozważniej podchodzę do wybierania sobie przyjaciół.

Historia ta, choć z nutą żalu, nie kończy się negatywnie. Wręcz przeciwnie – czuję się niezwykle uhonorowany mogąc wziąć udział w czymś tak niezwykłym i mogąc poznać wspaniałego człowieka, specjalistę w swoim fachu. John Richardson to wielka osobistość. Cieszę się, że przez krótką chwilę mogłem z nim „pracować”.

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Super przygoda, ale mina na zdjęciu coś nietęga :)

    OdpowiedzUsuń