Rowlingowa mieszanka ze szczyptą Pottera

Poszukuję inspiracji dla dzisiejszego wpisu. Szukam jej we wszystkim, co mi się pod rękę nawinie, nawet w samej dacie. Ale w czym ma mi pomóc świadomość, że mamy dziś rocznicę I rozbioru Polski? Albo rocznicę wysłania przez Amerykanów sondy kosmicznej mającej być sztucznym satelitą Jowisza? Zwoje w moim mózgu pracują dziś wolno, ociężale. Mogę zgonić to na pogodę, ale i to mi w niczym nie pomoże. Zamiast tego jeszcze bardziej podgrzeję atmosferę. Dla odmiany, a może i zainspirowany amerykańską sondą, zacznę dziś bardziej krążyć wokół J.K.Rowling.


Zacznę od rzeczy, która mnie dzisiaj najbardziej ucieszyła. W końcu w nasze ręce trafiła powieść „The Cuckoo’s Calling”! Musieliśmy trochę „pokrążyć” wokół brytyjskiego wydawcy, The Little Brown, ale w końcu się udało! Świeżutki egzemplarz recenzencki trafił do naszej biblioteczki! Książka doprawdy pięknie się prezentuje wśród stosu „Potterów” i gromadki „Trafnych wyborów”, a choć już trudno jest mi się powstrzymać od lektury, stwierdziłem, że najpierw podzielę się gromadzonymi i zgromadzonymi informacjami.

Na początek: walka J.K.Rowling z jej prawnikami dobiegła końca. Chris Gossage i jego przyjaciółka, Judith Callegari, odpowiedzieli przed sądem za zdradzenie prawdziwej tożsamości Roberta Galbraitha. Ostatecznie przed Sądem Najwyższym w Wielkiej Brytanii, zostało ustanowione porozumienie stron, zgodnie z którym Gossage, Callegari oraz kancelaria Russells Solicitors zostali zobligowani do pokrycia kosztów sądowych oraz zapłacenia sporej sumy na rzecz organizacji charytatywnej ABF Soldier’s Charity. Organizacja wspiera byłych i obecnych żołnierzy oraz ich rodziny. Choć zwycięstwo J.K.Rowling przed sądem nie było niczym, czego byśmy się nie spodziewali, prawdziwą sensację wzbudziło oświadczenie nieobecnej na sali rozpraw pisarki, w którym zadeklarowała, że wszystkie dochody netto ze sprzedaży „The Cuckoo’s Calling” w ciągu 3 lat poczynając od 14 lipca 2013 (dnia ujawnienia jej tożsamości), również zostaną przekazane na rzecz wspomnianej fundacji. Jak przyznała, od początku miała taki zamiar, którego realizację przyspieszyło szybkie trafienie książki na listy bestsellerów. Jest to już czwarta książka autorstwa J.K.Rowling, z której przychody trafiają na rzecz organizacji dobroczynnych (wcześniej były to „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, „Quidditch przez wieki” oraz „Baśnie barda Beedle’a”).
Kwestia numer dwa: międzynarodowe batalie wydawnicze o wydanie najnowszej książki J.K.Rowling trwają. Pojawiają się już pierwsze informacje na temat potwierdzonych wydań oraz daty publikacji. Nadal nie wiadomo, co z polskim wydaniem. Z nadzieją jednak oczekujemy radosnych wieści ze Znaku. Agent literacki autorki, Neil Blair, milczy w tej sprawie.

Teraz odsunę się nieco od tematu najnowszej publikacji J.K.Rowling, by powrócić do nieco starszej, choć nadal świeżej, książki spod jej pióra. Ale po kolei. Od początku.

Zazwyczaj planuję. W mniejszym bądź większym stopniu, ale zawsze układam sobie plan działania, ustalam też priorytety. To zdumiewające jak niewiele dzieli nas od niewiarygodnego sukcesu. Tylko cztery książki. Cztery wydania językowe, które dotąd zawsze umykały. Armenia, Hiszpania, Indonezja i Malezja. Nazwy tych państw powtarzam w głowie jak mantrę. To jest mój cel na zamknięcie kolekcji. Zamknięcie w cudzysłowie, oczywiście. Być może, kiedy ostatnia z tych książek trafi do moich rąk, poczuję się jak na Światowej Premierze HP7.2 w Londynie. Może świadomość końca ściśnie moje serce i tak jak wówczas wyciśnie z moich oczu łzy. Tego nie wiem…

Świat się zmienia. Ale czy na pewno? J.K.Rowling znowu jest na szczycie list bestsellerów i znowu jest o niej bardzo głośno. A to za sprawą „The Cuckoo’s Calling”. To zaskakujące, że książka ta jest zaledwie wstępem do dalszej historii. Ciekawi mnie, co przyniesie jutro. Bo czasami rzeczywistość zaskakuje. I tak też było ostatnio. Jedna z naszych Czytelniczek, Agata, była na wycieczce w Czarnogórze i napisała do nas wiadomość, w której pytała czy chcielibyśmy „Trafny wybór” w tamtejszym wydaniu. Odpowiedzieliśmy, że nie, wszak nie mamy w planie zbudowania kolekcji światowych „Trafnych wyborów”. Poprosiliśmy natomiast o „Igrzyska Śmierci” do budującej się kolekcji Natalii. Dlaczego tu o tym wspominam? Nie dlatego, że to wspaniałe uczucie, „zarazić” kogoś pasją podobną do mojej, ani też nie dlatego, że wraz z budowaniem zbioru Natalii, od podstaw, mogę się poczuć tak jak 7 lat temu, kiedy to sam zaczynałem zdobywać świat. Piszę o tym dlatego, że kiedy przesyłka do nas dotarła, „Igrzyska Śmierci” w języku bośniackim nie były jej jedynym elementem. W paczce znajdował się list skierowany do nas oraz druga książka. Książka, której wyjątkowości nie odkryłbym, gdyby nie zamiłowanie do doszukiwania się szczegółów. Był to w istocie „Trafny wybór” z Czarnogóry. Co w nim niezwykłego? „Harry’ego Pottera” przetłumaczono na 74 języki, „Trafny wybór” na niewiele ponad 40. Niewiele… dobre sobie. Zaskakujące jest to, że otrzymaliśmy książkę J.K.Rowling w wydaniu, w którym „Harry Potter” się nie pojawił. W języku czarnogórskim. To niezwykła edycja, za którą jesteśmy naprawdę bardzo wdzięczni, ponieważ otwiera nam oczy również na pozostałą twórczość J.K.Rowling oraz jej światowy zasięg.

A na koniec oddalę się nieco od J.K.Rowling, ponieważ tego wymaga dzisiejszy sukces. Kolejny. Marzec był ostatnim miesiącem, w którym nastawialiśmy się na wysyłanie próśb o autografy. Priorytetem stały się książki, o które walczyliśmy i o które nadal walczymy. Wiązaliśmy spore nadzieje z wysłanymi listami. Jak dotąd niemal na próżno. Wiele z nich nie doczekało się odpowiedzi. Na kilka nie mamy już co liczyć. Błąd nasz czy czyjaś niezależna wola – nie znamy przyczyny. Wiem jednak jak cieszy „powrót do gry”, kiedy nieoczekiwanie pojawia się odpowiedź. Odpowiedź szczególna, nie tylko ze względu na osobę, ale i ze względu na to, że otrzymaliśmy… nie swoje zdjęcie. Nie zwykłem jednak rozgraniczać sukcesów ze względu na rodzaj zdjęcia, na którym widnieje czyjś podpis, dlatego z wielką radością podszedłem do autografu… Brendana Gleesona! Dziś, po niemal pięciomiesięcznym oczekiwaniu, otrzymaliśmy zdjęcie podpisane przez filmowego Alastora „Szalonookiego” Moody’ego. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z autografami, nie liczyłem na jego podpis – był wówczas nieosiągalny. Dziś nie ma rzeczy niemożliwych. Niemożliwe da się załatwić od ręki, na cuda jeszcze trzeba trochę poczekać. Ale kto wie?
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz