Pół życia z Harrym...

Tyle było już podsumowań, że nie wiem jak napisać wstęp do kolejnego. Czy wystarczy kilka prostych słów, żeby nakreślić na papierze 12 lat? Historię początku mojej przygody z „Harrym Potterem” przywoływałem już tak wiele razy. Do dziś pamiętam ten czerwony, kwiecisty papier, w który zawinięta była książka. Ta jedna jedyna, wyjątkowa książka. Książka, która tak wiele w moim życiu zmieniła i która, przede wszystkim, zmieniła mnie. Czy „Harry Potter” dał mi odwagę, by się zmienić? I tak, i nie. Dał mi odwagę, by iść pod skalpel i zerwać ze swoim problemem. Fizycznym problemem. Bo tak było najprościej i najszybciej. Choć boleśnie. Dopiero kolejne lata z Harrym zweryfikowały moje życiowe postawy i mój charakter. Tak też się zmieniłem. Nieśmiałego, wstydliwego chłopca stojącego zawsze na uboczu już nie ma. Kogo z serii przypominam najbardziej? Neville’a. Zawsze tak było. Na szczęście jestem już na etapie młodego mężczyzny gotowego odrąbać łeb paskudnemu wężowi. Ot, cały opis mojej przemiany.
Ale miliony ludzi na całym świecie ma dużo poważniejsze problemy od tych, z którymi ja się borykałem. Choć od 18 sierpnia 2001 roku zmieniłem się nie do poznania, w głębi serca na zawsze pozostanę tym strachliwym i nieporadnym chłopcem z odstającymi uszami, noszącym wytarte spodnie i znoszone swetry. Historia jak wiele innych. Wiele osób miało gorzej niż ja. Bo ja szedłem za marzeniami. Kiedy Harry nauczył mnie, by nie bać się swoich marzeń i nie wstydzić się wyciągać do nich ręce, zdałem sobie sprawę, że mogę wszystko. Dziś nie tylko wyciągam ręce w kierunku marzeń. Dziś potrafię je chwytać i realizować.

Efektem tego jest prawdopodobnie największa na świecie kolekcja zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera”, spora kolekcja autografów zdobytych od osób związanych z serią, niemała ilość zgromadzonych gadżetów, gadżecików i gadżeciątek oraz, przede wszystkim, niezliczona ilość pięknych wspomnień. Dlatego dziś będzie bardzo różnie: z jednej strony będzie o zwycięstwach i osiągnięciach, a z drugiej strony o porażkach i wątpliwościach.

Zacznę od tego, o czym lepiej się mówi i lepiej czyta. Zwycięstwa i sukcesy.
ŚWIATOWE WYDANIA KSIĄŻEK J.K.ROWLING

Na dzień dzisiejszy w naszej kolekcji znajduje się ponad 140 książek w 72 językach (jeśli liczyć czarnogórskie wydanie „Trafnego wyboru” to w 73). Nikt na świecie nie może poszczycić się takim zbiorem. Nawet liczniejsze kolekcje nie składają się z takiej ilości wydań w różnych językach. Ale droga kolekcjonera nie zawsze była prosta i usłana różami. Potrzebowałem dużo czasu. Najpierw na wyszukanie poszczególnych wydań, a potem na odnalezienie ich w przystępnej cenie. I, oczywiście, zebranie funduszy. Tak, odmawiałem sobie nowych ubrań i masy innych rzeczy, żeby tylko móc odkładać pieniądze na „Harry’ego Pottera”. Dostając do szkoły po 2 złote do sklepiku, wybierałem kilkugodzinną głodówkę, byleby tylko mieć co odłożyć do „potterowej” puszki. I nigdy tego nie żałowałem. Nawiązywałem bezpośrednie kontakty z bardzo wieloma ludźmi z różnych krajów – w tym z ludźmi z Nepalu, Kambodży, Grenlandii, Hiszpanii czy Mongolii. Najwięcej wydałem za grenlandzkie wydanie. Wydanie nie do zdobycia. Kosztowało mnie ono blisko 500 złotych. Dlaczego tak dużo? Bo to biały kruk, prawdziwy biały kruk. Nieosiągalny. Ale w tym hobby pieniądze to nie wszystko. Można znaleźć się w miejscu, gdzie nawet grube tysiące nie pomogą. Trzeba poświęcić swój czas i energię na poszukiwania. Długie i bezowocne poszukiwania, z których nie zawsze są efekty. Grunt to się nie poddać. Ja się nie poddałem. Teraz z Natalią trwamy w tym nadal. I się nie poddamy. Bo do końcowego sukcesu brakuje tak niewiele… Ale co mamy poza książkami? Wiele wspaniałych znajomości. Kiedyś musiałem płacić za książki spore pieniądze. Teraz większość otrzymujemy za darmo. Wydawcy nam sprzyjają, z niektórymi mamy bardzo dobry kontakt. Świat stoi otworem, wystarczy tylko odważyć się, by sięgać po więcej.

AUTOGRAFY

Kiedy zaczynałem pisać do gwiazd „Harry’ego Pottera” byłem całkowitym „lewusem”, jeśli chodzi o język angielski. Germanizowałem każde zdanie i nadawałem mu twardego, niemieckiego wydźwięku. Pierwsze autografy zdobyłem osobiście – w Krakowie. Pierwsze listy wysłałem po trzech miesiącach. Bracia Phelpsowie odpisali, Michael Gambon nie. Mogłem sobie odpuścić, albo skupić się na łatwiej osiągalnych gwiazdach. Ale kolejny list wysłałem do Alana Rickmana. Bardzo szybko nauczyłem się dążyć do sukcesów. Nie znam nikogo, komu udałoby się dostać po pierwszej próbie autografy od Alana Rickmana, Daniela Radcliffe’a, Ralpha Fiennesa i J.K.Rowling. Być może od jednej z tych osób, tak. Ale od całej trójki przy pierwszym podejściu? Do dzisiaj te sukcesy cieszą mnie niezmiernie. I nie wierzę w to, że ktoś może być „nieosiągalny”. Przecież tak było z Emmą Watson! I co? Dwa autentyczne autografy! Po wcześniejszych kilku nieudanych próbach. Warto walczyć. Dziś zdobyte autografy mogę dzielić na te zdobyte osobiście oraz na te zdobyte drogą korespondencyjną. Zakupionych za sukcesy nie uznaję. Dlaczego kupiłem dwa autografy? Autograf Emmy – z głupoty. Autograf Maggie Smith – z żalu, że poniewiera się za 20 złotych na Allegro. Obydwu zakupów żałuję. Co do samych autografów – zawsze będę kochał to uczucie, kiedy otwieram kopertę od którejś z gwiazd i znajduję w niej fantastyczną odpowiedź w postaci autografu. Choć z drugiej strony, autografy pozostaną dla mnie jedynie odskoczną od książek. Bo filmy będzie można nakręcić jeszcze raz – za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. A książki pozostaną jedne.

WSPOMNIENIA

O gadżetach rozpisywać się nie będę. Dla mnie to jedynie niewielki dodatek do kolekcji. Co do wspomnień – mam ich dwanaście lat w głowie i w sercu. Zdobycie kolejnych książek, kolejnych autografów, przeżycie wspaniałych premier i spotkań z gwiazdami, wizyty w potterowych studiach filmowych… To wszystko zostało już przeze mnie opowiedziane tu, na tym blogu. Ale te wspaniałe wspomnienia związane z „Harrym Potterem” nie ograniczają się jedynie do wszelkich wydarzeń związanych z serią, w których miałem przyjemność brać udział, ani też nie ograniczają się do każdej materialnej zdobyczy. Śmiało mogę powiedzieć, że 11 lat bycia oddanym fanem serii wykreowanej przez J.K.Rowling zaowocowało czymś najpiękniejszym. Miłością. To dzięki „Harry’emu Potterowi” poznałem Natalię. I nawet dzielące nas blisko pięćset kilometrów nie mogło zniszczyć tego, co między nami zaiskrzyło. Mówili o tym w „Teleexpressie” i w „Pytaniu na śniadanie”, a my ostatecznie potwierdzamy – BĘDZIE ŚLUB! Już w 2014 roku!

WĄTPLIWOŚCI…

Pięknie się pisze i czyta o zwycięstwach i sukcesach. Jednak otrzymałem już kilka razy wiadomości z pytaniem, na które nigdy dotąd nie odpowiedziałem: czy kiedykolwiek zwątpiłem? Odpowiedź brzmi… tak.

Po raz pierwszy w sens swojej pasji zwątpiłem w 2002 roku, przed wydaniem „Zakonu Feniksa”. Jak dotąd każdy z kolejnych tomów ukazywał się rok po poprzednim. Minęły jednak 2 lata od publikacji „Czary Ognia”, a o piątym tomie nie było ani słowa… Pomyślałem, że J.K.Rowling się wypaliła i straciła wenę. Przecież mogło tak być. Poza tym – wielokrotnie zastanawiałem się jak duże są szanse, że pojawią się wszystkie zaplanowane tomy. Według mnie były niewielkie. Nie doceniłem pisarki. To zwątpienie było moim pierwszym, ale nie najgorszym…

Najgorsze przyszło w… 2012 r. W pewnej chwili, chcąc ułożyć sobie życie z Natalią, gotów byłem poświęcić całą swoją pasję, byleby móc być i żyć z nią. Choć Natalia odsuwała mnie od tych myśli najmocniej jak potrafiła, gotów byłem sprzedać „Harry’ego Pottera i Insygnia Śmierci” z autografami zdobytymi na Światowej Premierze. Nie miałem wówczas pracy, a potrzebowałem pieniędzy. Po wielu dniach rozmów, przetłumaczyłem Natalii, że to jedyne rozwiązanie. Poznaliśmy się dzięki „Harry’emu Potterowi”. Teraz „Potter” miał stać się ceną, którą gotów byłem zapłacić za to, by móc być z tą, którą kocham. A przyjaciele? Wszyscy odmówili mi pomocy. Przez kilka tygodni usiłowałem sprzedać podpisane „Insygnia Śmierci” na ebay. Bezskutecznie. W końcu znalazł się kupiec. W zasadzie czekałem już tylko na potwierdzenie jego zainteresowania zakupem, kiedy otrzymałem bardzo nieoczekiwaną ofertę pomocy. Mikołaj, bardziej znany jako „Pobe”, zaoferował mi pożyczkę. Tym gestem nie tylko sprawił, że mogłem się oświadczyć Natalii, ale też sprawił, że Chłopiec, Który Nas Połączył został z nami. To był ciężki czas, kiedy niemal całkowicie odsunąłem się od „Harry’ego Pottera”. Po sprzedaży tej książki, najcenniejszej pamiątki jaką mam, runęłaby cała moja pasja. Okazuje się jednak, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. W takiej chwili słowo „dziękuję” brzmi bardzo marnie.

Dobrze, że po burzy wychodzi słońce. Dzięki temu dziś mogę się cieszyć, ponieważ mogę świętować dokładnie dwunastą rocznicę swojej „przyjaźni” z Harrym Potterem…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz