Ryskie okno na świat... (71)

Jak wielkim przywilejem jest móc oderwać się czasami od rzeczywistości i bieżących wydarzeń, by móc w spokoju przysiąść i dać się porwać myślom. A myśli moje błądzą dzisiaj wokół kolekcji zagranicznych wydań książek. Kolekcji, która już w tym roku powinna być kompletna. Z którejkolwiek strony na nią nie patrzę, dostrzegam jak wiele wysiłku i trudu wymagało zebranie tych wszystkich książek. Czuję się niezwykłym szczęściarzem, zwłaszcza, że w poszukiwaniach i zdobywaniu finałowych pozycji, nie jestem osamotniony. To prawdziwe szczęście, mieć u boku kogoś, kto podziela naszą pasję i wspiera w niej bez względu na wszystko. Kiedy do skompletowania tego niezwykłego zbioru brakuje nam zaledwie czterech translacji, trudno byłoby nie zatrzymać się na chwilę, by odsapnąć. Stojąc na progu ziszczenia marzenia, które tkwiło we mnie tak długo, nie potrafię biec sprintem ku jego pełnej realizacji. Na ostatniej prostej, zdecydowanie wolę powoli delektować się każdym maleńkim sukcesem, który na tym etapie staje się doprawdy wielkim. Jakkolwiek czuję się jak dowódca armii u progu spektakularnego zwycięstwa, pozwalam sobie na odetchnięcie przed „wkroczeniem” na ostateczne pole bitwy. Wśród brakujących nam książek nie ma żadnego białego kruka. Najtrudniejsze do zdobycia książki już stoją na naszej półce – grenlandzkie, gruzińskie czy mongolskie – mamy to już za sobą. Dzięki Bogu! Zwłaszcza zdobycie tej pierwszej wiązało się z olbrzymim wysiłkiem i staraniami. Ale warto było. Z każdego wydania cieszyłem się jak dziecko – i nadal cieszę. Choć bohaterem dzisiejszego dnia jest wydanie łotewskie „Harry’ego Pottera”, które dotarło do nas prosto z Rygi, nie będzie to jedyny temat moich dzisiejszych wypocin. Ale po kolei.

Jakkolwiek Łotwa nie jest zbyt odległym krajem, nigdy nie było mi z nią po drodze. Zakup tej edycji był odkładany i odkładany, aż w końcu doszło do tego, że została jedną z ostatnich książek, którą się zainteresowaliśmy. W ostatnich miesiącach podjęliśmy kilka prób zdobycia tej translacji, były one jednak bezowocne i bezskuteczne. Dopiero kilka dni temu zebraliśmy się w sobie i powiedzieliśmy sobie: „basta!”. Nadszedł czas na włączenie łotewskiej edycji do naszej kolekcji. Takich historii jak ta opowiadałem już dziesiątki, ale i przy tej okazji szybko przywołam obraz ukazujący krok po kroku nasze starania ku zdobyciu tej książki. A zaczęło się tradycyjnie – od kilku maili. Oczywiście –mogłoby się obyć i bez nich, mogliśmy się zgodzić na niezwykle zawyżone koszty wysyłki i zawrzeć transakcję z pierwszą lepszą łotewską księgarnią internetową. My jednak wolimy minimalizować koszty, dlatego wybraliśmy ofertę księgarni „Janis Roze SIA” mieszczącej się w Rydze. Bez najmniejszych komplikacji doszliśmy do porozumienia, którego owoc znajduje się teraz na naszej półce. A jest to owoc niezwykły, godny uwagi. Choćby ze względu na tytuł: „Harijs Poters”. Zawsze z uśmiechem podchodzę do wszystkich tych wydań, których okładek nie okrasza tak dobrze nam znany „Harry Potter”. Na pierwszy rzut oka i mnie, i Natalii łotewskie wydanie bardzo przypomina nasze rodzime. Żółty napis na standardowej, amerykańskiej okładce i zbliżona wielkość książki do wielkości polskiego wydania, wystarczyły nam, byśmy zaśmiewali się z tych podobieństw. Jakkolwiek „Harry’ego Pottera” wydano w tak wielu językach, wszystkie one prezentują się różnie, dlatego miło jest trzymać w dłoniach zagraniczną książkę tak bardzo podobną do naszej, polskiej…

Dzisiejszy sukces dodaje nam sił, otwiera nas na nowe wyzwania. Pozostały nam zaledwie cztery wydania do skompletowania kolekcji – dwa z Europy i dwa z Azji. To śmieszne, ale dzisiaj przyszło mi do głowy porównanie naszych ostatnich poszukiwań do programów rozrywkowych typu „Top Model” czy „Mam talent” – im bliżej „finału”, tym mniej „uczestników”. Która książka okaże się „zwycięzcą”? Na którą translację przyjdzie nam czekać najdłużej? Na polu „zmagań” wciąż pozostają: wydanie rumuńskie, galicyjskie, indonezyjskie i malajskie – które zdobędziemy na końcu?... Posiadamy z Natalią pewien typ, ciekawe czy się sprawdzi… Przyszłość stoi przed nami otworem…

Teraz mogę przejść do drugiej części wpisu, czyli pomieszania z poplątaniem. Ostatnio w mojej głowie zakiełkowało kilka myśli, kilka rzeczy wypłynęło na wierzch i o różnych sprawach chciałbym powiedzieć. Dlatego teraz czas na to, co lubię najbardziej: refleksje, refleksje, refleksje…

SPRAWA TURECKA

Im bliżej końca, tym więcej wątków się ze sobą splata i rozwiązuje – to nie tylko domena dobrej książki czy filmu. Każda kolejna książka w naszej kolekcji zbliża nas do wielkiego finału, ale brnąc przed siebie nigdy nie wolno zapominać o tym, co już było. Czasami niezbędna wiedza przychodzi później powodując konieczność pewnych przegrupowań i zmian we własnym systemie klasyfikacyjnym. Decydując się na kolekcjonowanie zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera” musiałem dokonać pewnych personalnych podziałów, by nie „zginąć” w gąszczu wydań pochodzących z całego świata. Stąd w mojej klasyfikacji znajduje się 75 różnych języków „Harry’ego Pottera”. Choć bez wątpienia można stwierdzić, że moje wyliczenia są błędne. A ja mogę stwierdzić, że tak samo są poprawne jak są błędne. Oficjalna strona J.K.Rowling podaje, że istnieją 74 wydania „Harry’ego Pottera”. Bzdura. W wykazie choćby jest mowa o wydaniu szkockim gaelickim, które nie istnieje. Owszem, planowano wydanie książki w tym tłumaczeniu, jednak Bloomsbury zawiesiło nad nią prace i nie wiadomo kiedy, o ile w ogóle, to wydanie zostanie opublikowane (ciekawostka: mimo wszystko, napisałem do wydawnictwa Bloomsbury zapytanie, czy wydają szkockiego „Harry’ego”. Odpowiedź była zaskakująca – wydawca stwierdził, że nie może nam udzielić takiej informacji i to pytanie powinniśmy zadać agentowi J.K.Rowling. Sytuacja jest komiczna – wyobraźmy sobie, bowiem, sytuację, że piszemy do wydawnictwa Media Rodzina zapytanie, czy wydaje w Polsce „Harry’ego Pottera”, a w odpowiedzi otrzymujemy coś w stylu: „Nie możemy odpowiedzieć na to pytanie, proszę napisać do agenta Rowling”. Żal?) Błędem jest również wypisanie osobno tłumaczenia katalońskiego i walenckiego – dotyczy ono, bowiem, jednego tłumaczenia, którego dystrybucją zajmuje się dwóch wydawców. Analogicznie jest z wydaniem angielskim sprzedawanym w Kanadzie, Afryce czy Australii… Najwyraźniej osoby pracujące przy witrynie internetowej J.K.Rowling również popełniają błędy. Pozostają zatem 72 tłumaczenia. Skąd różnica trzech wydań? Ja rozdzielam język serbski na transkrypcje: łacińską i cyrylicą oraz uznaję transkrypcję Braille’a. Jednak w kontekście tego wpisu interesująca jest tylko jedna nieścisłość. Trzecia. Wynika ona z uznania przeze mnie dwóch różnych tłumaczeń tureckich, które dla swoich własnych potrzeb określiłem jako „tureckie ankarskie” oraz „tureckie istambulskie” – zgodnie z nazwami miast, w których zostały wydane.

Pierwszym wydaniem tureckim, które zdobyłem było istambulskie. Dostępne na zamówienie poprzez empik.com nie stwarzało żadnego problemu, by je zdobyć. 29 lutego 2008 roku stałem się posiadaczem tego tłumaczenia, wierząc, że kwestię Turcji mam już załatwioną. Jakież było moje zaskoczenie, gdy niewiele ponad rok później na Allegro znalazłem również tureckie wydanie pierwszego tomu „Harry’ego Pottera”, lecz o innym tytule i opublikowane przez innego wydawcę. Nie wahałem się ani chwili i zakupiłem je z nadzieją, że uda mi się ustalić, dlaczego w Turcji „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” został wydany przez dwóch wydawców. Mając przed sobą dwie tureckie translacje, zacząłem je porównywać ze sobą, lecz będąc kompletnie zielony, jeśli chodzi o znajomość języka tureckiego, nie mogłem stwierdzić czy różnice wynikają z różnych tłumaczeń czy może różnych odmian regionalnych tureckiego. „Harry Potter Büyülü Taş” został wydany w 1999 roku nakładem wydawnictwa Dost Kitabevi. Wydawca jednak nie był zainteresowany publikacją kolejnych tomów serii autorstwa J.K.Rowling. Stąd też dwa istniejące wydania. Jak się okazuje – to pierwsze jest już nieuchwytne, o czym dowiedziałem się od potteromaniaka z Turcji. To cud, że taki unikat znalazł się na Allegro. W 2001 roku wydawnictwo Yapı Kredi Yayınları zdecydowało się na ponowne wydanie „Harry’ego Pottera” w Turcji – na rynku pojawił się wówczas „Harry Potter ve Felsefe Taşı”. Skąd różnica w tytułach? Choć mnie wprowadziło to w błąd, wyjaśnienie okazuje się być bardzo proste. Pierwsze wydanie „Harry’ego Pottera” w Turcji nosiło tytuł „Harry Potter: Magiczny Kamień” (wzorowany na amerykańskim tytule znaczącym dosłownie „Kamień Czarnoksiężnika”), drugie „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Porównując treść tych książek – zgodnie z naszymi możliwościami – ustaliliśmy, że drugie wydanie jest bardziej „angielskie” od pierwszego, np. w nowym wydaniu jest Mr. Dursley / Mrs. Dursley, a w starym Bay Dursley / Bayan Dursley; Privet Drive zaś w starym wydaniu to „Privet Sokağı”.

Podobnych smaczków jest mnóstwo, podobnie jak i różnic – choć teraz nie mamy już wątpliwości, iż są one wynikiem różnego tłumaczenia. Niemniej, to ciekawe dlaczego wydawnictwo Dost Kitabevi zrezygnowało z publikacji „Pottera” i dlaczego aż 2 lata musiały upłynąć, by kolejny wydawca w Turcji zdecydował się na wydanie książek J.K.Rowling? Ta kwestia pozostanie dla nas zapewne tajemnicą.

NIETYPOWA HISTORIA KOLEKCJI…

Choć zbierać zagraniczne wydania „Harry’ego Pottera” zacząłem w sierpniu 2006 roku, na rok przed moimi osiemnastymi urodzinami, ta myśl, ten niesamowity koncept, kiełkował w mojej głowie już dużo wcześniej. Kiedy w 2002 roku namówiłem swoich rodziców, by podarowali mi na urodziny „czteropak” angielskiego „Harry’ego Pottera”, zacząłem sobie wyobrażać jak wyglądałby zbiór wszystkich, światowych wydań książek tej serii. Nie trudno się domyślić, że to była piękna wizja. I nierealna. Z pewnością dlatego, że moim pierwszym założeniem było zebranie wszystkich siedmiu tomów w każdym języku, w którym te powieści zostały opublikowane. Blisko cztery lata zajęło mi dopracowywanie mojej pięknej wizji. W głowie. Najbardziej obawiałem się powiedzenia o moim marzeniu rodzicom. Nie byłem w stanie przewidzieć ich reakcji, a raczej nie chciałem zostać uznanym za dziwoląga. Bardziej jednak obawiałem się, że nie wezmą mojego założenia na poważnie. Wszystko dlatego, że od najmłodszych lat byłem typowym zbieraczem. Kolekcjonowałem praktycznie wszystko – naklejki, znaczki, kamienie szlachetne i minerały, kapsle, stare pieniądze, zagraniczne waluty, a nawet wydmuszki jajek… Jednakże żadna z tych pasji nie przetrwała próby czasu i prędzej czy później moje zbiory trafiały albo do śmietnika albo na dno szuflady, ukryte pod stertą bezużytecznych papierów czy wręcz śmieci. Skąd więc pewność, że i w tym przypadku nie będzie to chwilowy kaprys? Ja sam nie byłem o tym przekonany. Dzisiaj nie muszę już nikogo przekonywać – po siedmiu latach intensywnego kolekcjonowania zagranicznych wydań „HP”, w pełni zdaję sobie sprawę, że to jest moje życiowe hobby, które, w miarę możliwości, będę się starał zawsze rozwijać i rozbudowywać. Wracając do 2006 roku – co powiedzieć rodzicom, by zgodzili się sponsorować moją oryginalną pasję? Kiedy na Allegro pojawiło się szwedzkie wydanie „Kamienia Filozoficznego”, wiedziałem, że takiej okazji przepuścić nie mogę. Przekonałem więc rodziców do zakupu tej książki twierdząc, że na jej podstawie chciałbym się zacząć uczyć obcych języków. I trafiłem tym w ich czuły punkt. Choć chyba wcale nie musiałem, ponieważ nie musiałem się zbytnio przykładać do namawiania ich na zakup kolejnych edycji. Ze względu na sytuację finansową, nie mogłem być rozrzutny. Oszczędzałem, ile się dało. Nowe buty? Przecież stare są jeszcze dobre! Z pół roku mogę jeszcze w nich pochodzić! Słodka bułka ze szkolnego sklepiku? Wytrzymam do obiadu! Tak wyglądały początki mojej kolekcji, dlatego nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy często wychodzą z założenia, że trzeba być bogatym, żeby móc mieć taką kolekcję. Nic bardziej mylnego! Trochę oleju w głowie, wyczekiwanie i łapanie okazji i oto jest! Warunek jest jeden – dobra organizacja i determinacja. Potrzeba też motywacji i dowodów na to, że to co chce się osiągnąć, jest realne do osiągnięcia. I dowód na to miałem ze strony polskiego wydawcy septologii – wydawnictwo Media Rodzina zebrało „Harry’ego Pottera” w ponad trzydziestu językach. Zdjęcia przedstawiające ich piękną kolekcję bardzo mnie mobilizowały do działania i starań. Bardzo chciałem mieć te książki, móc je chwycić w dłonie i powąchać je. Każdy, kto kocha literaturę, zgodzi się ze mną, że zapach książek, farby drukarskiej jest jednym z najpiękniejszych zapachów na świecie. Co ciekawsze – książki z różnych rejonów świata różnią się zapachami. W tym też tkwi ich magia i niezwykłość. Każde wydanie jest dziełem sztuki, piękną wizytówką danego kraju, stąd też tak duże zróżnicowanie. Choć większość wydań opatrzonych jest amerykańskim wzorcem okładki, to różnią się od siebie formatem, papierem, czcionką i wieloma innymi detalami, które wpływają na odbiór danej translacji. Są wydania niezwykle pięknie zdobione, olśniewające i zniewalające, ale są też takie, które wyglądają jak gdyby wydrukowane zostały na niskiej jakości papierze toaletowym. Jakkolwiek na nie spojrzeć – wszystkie są piękne. Każda jest jedyna w swoim rodzaju i wyjątkowa. Pomimo, że ta historia nieco odbiega od tematyki „Harry’ego Pottera”, muszę ją przywołać, albowiem w znacznym stopniu wpłynęła na rodzącą się we mnie pasję i moje pierwsze kroki stawiane w kierunku jej realizacji.

Przed paroma laty, zdarzyło się, iż natrafiłem na głównej stronie Wirtualnej Polski na odnośnik do artykułu, którego tytuł od razu zwrócił moją uwagę: „Rekordowa kolekcja „Małego Księcia” znajduje się w Polsce”. Galeria odnosiła się do niesamowitej kolekcji Krzysztofa Maciejewskiego z Ostrowa, który zgromadził największy na świecie zbiór „Małego Księcia” Antoine’a de Saint Exupery – sto osiemdziesiąt trzy książki w sześćdziesięciu trzech różnych językach i dialektach. Początek przygody Krzysztofa z „Małym Księciem” przyniosła miłość. To ze względu na swoją ukochaną, zaczął on zbierać światowe wydania tej książki. Czytając wówczas o jego pasji i zgromadzonej kolekcji, dostałem solidnego kopniaka. Olbrzymia dawka motywacji i determinacji pozwoliły mi brnąć przed siebie i osiągać wszystko to, co chciałem osiągnąć. Przeglądałem setki stron w sieci poszukując informacji z podobnymi mnie kolekcjonerami. Wielu z nich stawiałem sobie za wzór – w tym Gili Bar-Hillel, tłumacz hebrajskiej edycji „Harry’ego Pottera”, z którą wiele lat później miałem przyjemność nawiązać kontakt i przeprowadzić wywiad. Wielu kolekcjonerów chwaliło się swoimi zbiorami zawierającymi mniej niż dwadzieścia tłumaczeń. I oni byli dla mnie wzorem, choć zawsze chciałem osiągnąć dużo więcej. Zebranie „Harry’ego Pottera” we wszystkich wariantach językowych, w których został wydany- to był mój cel.

Dziś Krzysztof posiada w swojej kolekcji dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć wydań „Małego Księcia” w stu trzydziestu jeden językach i dialektach. Patrząc i na jego, i nasze dokonania, widzę jak daleko udało nam się zajść. I idziemy dalej. Nie zatrzymujemy się. To bardzo ważne. Być może i „Harry Potter” doczeka się tylu translacji, choć siedemdziesiąt pięć tłumaczeń jak na tak „młodą” literaturę, to niezwykłe osiągnięcie. A choć stoimy z Natalią już u progu osiągnięcia czegoś fenomenalnego, ta historia pozwala nam mieć nadzieję, że tak naprawdę przez całe nasze życie powstawać będą kolejne tłumaczenia „Harry’ego Pottera”. Nasza „bajka” nie skończy się wraz ze zdobyciem ostatniej, siedemdziesiątej piątej translacji, lecz trwać będzie dalej. Wszak nie ma takiej historii, która nie mogłaby mieć kontynuacji.



Zapraszamy do podziwiania kolekcji Krzysztofa: TUTAJ
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz