Porozmawiajmy z Hermioną...

Wywiad z Joanną Kudelską, aktorką dubbingową, odtwórczynią roli Hermiony we wszystkich częściach „Harry’ego Pottera”.

4.02.2013, „W biegu Cafe”, Warszawa


Harry Potter Kolekcja: Zacznijmy od tego jak zaczęła się Twoja przygoda z dubbingiem, bo z tego co wiemy dubbingowałaś po raz pierwszy w 2001 roku pierwszą część Harry’ego, tak?

Asia Kudelska: Dokładnie. Pierwsze zetknięcie z dubbingiem to był Potter i nie miałam zielonego pojęcia w ogóle o dubbingu, studiach, o nagrywaniu. Dowiedziałam się o castingu do Pottera, trafiłam tam i w ogóle po raz pierwszy siedziałam przed mikrofonem. Miesiąc czy dwa później mój tata, bo ja jeszcze wtedy miałam 12 lat, otrzymał telefon informujący, że mnie wybrali. To był kompletny szok! I tak się zaczęło. Tak naprawdę myślę, że dzięki temu, że to była tak duża produkcja, udało mi się potem to wszystko w jakiś sposób kontynuować. Szybko się uczyłam i zaczęło się fajnie.
HPKOL: Więc właśnie. Dostałaś rolę Hermiony i czy zdawałaś sobie wtedy sprawę z tego jak wielka to będzie rola, jak wielkim fenomenem te filmy się staną i dokąd cię to w ogóle doprowadzi?

AK: Mając 12 lat nie myśli się w ten sposób (śmiech). To było bardziej na zasadzie: „ale super, Harry Potter, zrobię coś fajnego, i to na dodatek jest Hermiona. Rewelacja!” Zupełnie nie wychodziłam gdzieś dalej. Byłam totalnie przerażona poziomem zadania, które nagle mam przed sobą. Nigdy nie miałam żadnej styczności z dubbingiem i nagle mam zrobić film kinowy, który na dodatek jest czymś o czym na pewno będzie głośno. Harry’ego Pottera znałam, bo przeczytałam książkę wcześniej, zanim powstał film. Książka jest napisana w taki sposób, że z ogromną frajdą ją połknęłam, że tak powiem. Stąd to wszystko było zupełnie takie prawie nierealne.

HPKOL: A teraz? Jak to wygląda w tej chwili, kiedy skończyła się ta ekranizacja? Czy ten film otworzył ci większą ścieżkę do kariery?

AK: On mi ją zupełnie otworzył. Wystąpiłam w dużej produkcji, o której było głośno w Polsce i na całym świecie. Nauczyłam się pracować przy dubbingu. Sam początek był jeszcze w miarę delikatny. Po pierwszym Potterze zrobiłam jakieś mniejsze rzeczy, nawet nie dubbingowe tylko aktorskie. Później reżyserią zajął się Krzysztof Kołbasiuk, który już niestety nie żyje. On mnie nauczył naprawdę strasznie dużo. Wycisnął mnie jak taką szmatę, wycisnął ze mnie wszystko, co byłam w stanie zrobić i później rzeczywiście te drzwi do kolejnych studiów w Warszawie się powoli otwierały. Ja nigdy sama nie poszłam do żadnego studia na zasadzie: „cześć, zrobiłam taki i taki film, zostawię u was próbę głosu. Będzie fajnie, jeżeli mnie do czegoś weźmiecie”. Reżyserzy, którzy byli w Sonice, gdzie nagrywany był Potter, kojarzyli mnie i znali moją barwę głosu, brali mnie do produkcji w tym studio. Rzadko jednak jest tak, że reżyser pracuje tylko w jednym miejscu, albo nie przenosi się. I tak to przepływa. Z tymi reżyserami, z którymi pracowałam i pracowało nam się dobrze, powoli przenikałam dalej. Ale nigdy nie skupiałam się na tym i nie robiłam tego celowo. Byłam dzieciakiem i to wszystko szło dalej w naturalny sposób.

HPKOL: Wiemy jakie w Polsce jest pojęcie dubbingu. Ty wychowywałaś się praktycznie z dubbingiem. Miałaś 12 lat, kiedy podjęłaś pracę w branży. Powiedz szczerze, czy teraz wolisz filmy z dubbingiem czy jeżeli możesz wybrać, to jednak wolisz oryginalną ścieżkę dźwiękową i napisy? Czy w takiej ekranizacji jak Harry Potter, gdzie wraz z postępem historii zmienia się grupa potencjalnych odbiorców na widzów nieco starszych, dubbing jest konieczny?

AK: Uważam, że dubbing jest konieczny w takiej ekranizacji, co nie znaczy, że gdybym była zupełnie obok całej tej produkcji, nie poszłabym na napisy. Szczerze mówiąc nie wiem tego. Niezłym przykładem jest dla mnie teraz Hobbit, który został zrobiony w wersji z napisami i z dubbingiem. I nie zastanawiałam się ani przez chwilę, tylko poszłam na napisy (śmiech). Jednak. Być może dlatego, że oglądałam pierwsze trzy części Władcy Pierścieni z napisami i nie wyobrażałam sobie nagle zobaczyć tych samych postaci i w ogóle tego świata z dubbingiem. Co do Pottera, jakby nie patrzeć, obejrzałam wszystkie części w wersji anglojęzycznej i w wersji zdubbingowanej. Uważam, że te części nie są równe, jeżeli chodzi o dubbing. Poziom jest bardzo różny. Zmienia się reżyser, zmieniają się dialogiści i to wszystko ma ogromne znaczenie. Naprawdę wszystko ma znaczenie. A poza tym Potter nie był łatwym filmem do zdubbingowania. Występuje w nim bardzo dużo nazw własnych i podkładanie ich do ruchu ust i synchronizacja to koszmar. Jeżeli coś brzmi w jakimś języku zupełnie inaczej, inaczej wygląda, a my mamy inną nazwę, to robi się totalne machinacje, żeby to gdzieś upchnąć. To zawsze sprawia, że efekt jest odrobinę inny niż oryginał. Tylko, że ludzie, którzy w ogóle nie znają się na dubbingu nie mogą wiedzieć, że tego się nie da zrobić inaczej.
HPKOL: Czy takim przykładem może być choćby dialog z ostatniego filmu, w którym zmieniono: „nie w moją córkę, ty suko!” na „nie w moją córkę, ty bestio!”?

AK: Tak. Zastanówcie się, w jaki sposób zamienić słowo „bitch” na polskie „suko”. Przede wszystkim, zaczyna się zupełnie inaczej. To był wyraz, który musiał zacząć się na literę „b” ewentualnie „m”. Cokolwiek, co jest zamknięte. Jeżeli ktoś jest w stanie podać mi lepszy wyraz, który pasowałby do tego wszystkiego, to gratuluję. Nam się to niestety nie udało. Tym bardziej, że Warner jest dosyć wymagającym partnerem do pracy i nie zgodzi się na to, żeby coś, co wygląda jak „b”, nagle stało się literą „s”. Wymawia się to z otwartymi ustami. Jeżeli by to nie było „bestio”, to byłyby komentarze: „Boże, jakie fatalne tłumaczenie. W ogóle, co za dubbing!” albo coś w tym stylu. Niestety, nie ma innej opcji.

HPKOL: Co Tobie się lepiej dubbinguje? Film czy animację, a może grę komputerową? Jakie są różnice?

AK: Dubbingowanie gier komputerowych zostało kiedyś określone jako „automat do dubbingu”. Tak mnie nazywał jeden z moich reżyserów. To jest na pewno najmniej wymagająca z tych pracy, choć jest bardzo męcząca. Masz przed sobą kartkę i jeżeli to jest dowolna interpretacja i nie musi się mieścić w czasie, to sobie nagrywasz tak po prostu, po kolei, trzy godziny z rzędu (śmiech). Animacje są o tyle fajne, że masz największe pole do manewru, do własnych interpretacji i w ogóle są takie nierealne. Nie robiłam wielu animacji kinowych, natomiast, jeśli chodzi o bajki, to bardzo zależy od tego jaka to jest bajka. Strasznie przyjemnie robi się bajki dla małych dzieci. Są bardziej urocze, a nie takie głupawe jak te dla nastolatków. Ale bywają też trudne, bo trzeba zupełnie zmienić styl mówienia. Wszystko musi być na przykład wolniejsze i takie dziecięce. To zależy od produkcji. Myślę, że bardziej od samej produkcji liczy się ekipa i to czy ma się frajdę z pracy.

HPKOL: A co z takimi produkcjami jak np. Sezon na misia 3, gdzie dubbingowałaś trzy postacie? Co robisz wtedy, żeby dobrze wypaść? Czy bardziej przygotowujesz się do takiej roli?

AK: Prawda jest taka, że w ogóle nie przygotowujemy się do roli (śmiech). Zdarza się, że trzeba, ale to są bardzo trudne postaci. Jeśli chodzi o Sezon na misia 3, występuje tam lama, która trochę sepleni i ma dziwny akcent. To rzeczywiście była postać, do której dubbingowiec musiał się przygotować, inaczej nagrania trwałyby strasznie długo. Ale z moimi postaciami z tego filmu tak nie było. To jest tak, że widzisz postać i automatycznie się do niej dostosowujesz. Jeżeli coś jest nie tak, zgłaszasz uwagę reżyserowi, że powinno być inaczej i robisz to inaczej.
HPKOL: A co ze scenami pełnymi emocji? Wypadłaś fenomenalnie w Harrym Potterze i Insygniach Śmierci część 1 w scenie, w której Hermiona jest torturowana. Oglądając po raz pierwszy ten film o północy z napisami byłem przekonany, że w dubbingu na pewno ta scena się nie uda.

AK: To była scena, którą zostawiliśmy sobie na sam koniec nagrywania, bo było wiadomo, że zedrę się przy niej. W sytuacjach, kiedy w ogóle mam krzyczeć w filmie, staram się to robić odrobinę aktorsko i nie zahaczać o gardło, w przeciwnym razie mogłabym mieć problem, żeby nagrywać dalej. Zostawiliśmy sobie tę scenę zupełnie na sam koniec, żebym mogła kompletnie się zedrzeć. I tak było. Nagraliśmy ją za pierwszym razem. Wiedziałam, że za drugim nie będzie możliwości i będzie trudniej, dlatego bardzo się spięłam, żeby zrobić to od razu. To było straszne darcie się – najgłośniejsze, najsilniejsze i bez żadnych oporów. Naprawdę nigdy tego nie zapomnę. Takie sceny są trudne technicznie, ale są też wyzwaniem.

HPKOL: Ile trwa nagrywanie dubbingu do takiego filmu jak Harry Potter? Przy której części zeszło najdłużej, która była według ciebie najtrudniejsza?

AK: Bardzo długo nagrywaliśmy przedostatnią część, bo ona była mocno mówiona i miałam tam bardzo dużo do powiedzenia. Ale trzeba też pamiętać o tym, że to przedostatnia część, czyli mam kontakt z postacią już od ponad 10 lat, więc nie musiałam się w nią jakoś szczególnie wczuwać ani zagłębiać. Nikt nie musiał mi tłumaczyć, dlaczego jest taka a nie inna emocja, co i z czego wynika albo o co chodzi w scenariuszu, bo ja doskonale to wiedziałam. Przeczytałam wszystkie książki po kilka razy. Częściej bywało, że to ja tłumaczyłam, że w tekście coś się nie zgadza, ponieważ w książce jest inaczej. Tak naprawdę nagrania wszystkich postaci są rozciągnięte załóżmy na miesiąc. Umawiamy się na takie sesje trzy – czterogodzinne, zależnie od tego, kiedy mamy czas: codziennie czy co drugi dzień. W sumie takich sesji jest cztery albo pięć. Przy przedostatnim filmie, kiedy pracy było naprawdę dużo, spotkaliśmy się około pięciu razy po trzy godziny. Później przerwa i czeka się na poprawki, bo wiadomo, że coś nie pasuje i trzeba poprawić albo dochodzą jakieś dodatkowe sceny i film zmienił swoją ostateczną postać. To było bardzo częste. Ciężko jest sprecyzować jak długo trwa praca przy filmie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a poza tym też bywają takie dni jak przy przedostatniej części, kiedy nagrywaliśmy scenę tańca Hermiony z Harrym. To było dla nas tak strasznie śmieszne, że nie mogliśmy się powstrzymać i dostaliśmy głupawki, z której nie mogliśmy się pozbierać. Próbowaliśmy, ale musieliśmy w ogóle przerwać nagranie i wszyscy iść do domu, bo nie byliśmy w stanie nic zrobić. Kiedy już udało mi się skupić, okazywało się, że strona techniczna nie zaczęła nagrywać, bo się śmieje. Kiedy po raz pierwszy oglądałam tę scenę, żeby ją później nagrywać, popatrzyłam na bok, gdzie za szybą była Agnieszka Matysiak, reżyser. Z dźwiękowcem odgrywali to, co robiły postaci - tańczyli ze sobą. W tym momencie nie było najmniejszych szans na to, żeby coś z tego było.

HPKOL: Czy zdarzały się sytuacje, kiedy mogłaś pozwolić sobie na improwizację? Czy po tylu latach doświadczenia we wcielaniu się w Hermionę, sama wiedziałaś co powinnaś powiedzieć i wymyślałaś kwestie, które zostawały potem zatwierdzone?

AK: Jeżeli wprowadzałam jakieś zmiany do dialogów, to na pewno bardzo małe i nie takie, które ważą na samym sensie. Potter był zbyt trudny pod tym kątem. Tam absolutnie nie ma miejsca na improwizację. Jeżeli zmienialiśmy teksty, to najpierw ustalaliśmy co zmieniamy, na co i dlaczego. Nie było możliwe, bym w czasie grania patrzyła na tekst i cokolwiek zmieniała. To wszystko jest zbyt skomplikowane technicznie, żeby bawić się w ten sposób.

HPKOL: Czy aktor dubbingowy jest przypisywany nieraz do jednej osoby? Dubbingowałaś Emmę Watson i w Harrym Potterze i w Dzielnym Despero. Emmę Roberts dubbingowałaś w Hotelu dla psów, Drake and Josh i w Nieidealnej, tyle, że w Nieidealnej dubbingowałaś inną postać niż ona. Jak to wygląda?
AK: Jeśli chodzi o Emmę Watson to wiem, że w Dzielnym Despero tak się zdarzyło, ale to był kompletny przypadek, bo casting do tej postaci był przeprowadzany dokładnie tak samo jak do każdej innej i tak po prostu wyszło. A jeśli chodzi o Emmę Roberts, to nie mam bladego pojęcia. Kojarzę rzeczywiście film i serial. To były różne postaci, ale u nas nie ma czegoś takiego jak przypisywanie aktora do danej osoby. Aktorsko zawsze są przeprowadzane castingi. Z tego co wiem, we Francji jest system polegający na tym, że jeżeli ktoś jest przypisany do aktora to prowadzi go we wszystkich filmach. Super fucha.

HPKOL: Czy często bywałaś na potterowskich premierach, takich jak premiera Księcia Półkrwi w Krakowie? Lubiłaś takie eventy czy bardziej wolałaś pracować w ciszy z boku, z dala od tego szaleństwa?

AK: Takich premier w ogóle nie było wiele. W przypadku pierwszego Pottera sytuacja była na tyle abstrakcyjna, że ja nie wiem czy w ogóle była oficjalna premiera w Polsce, natomiast jeżeli była, to my nie zostaliśmy na nią zaproszeni. Na pierwszego Pottera kupiłam sobie bilet do kina i siedziałam gdzieś w trzecim rzędzie z lewej strony, kompletnie pod ścianą. Na dodatek film w połowie się zaciął. Potem pamiętam, że była oficjalna premiera trzeciej części, na której byłam. I ta krakowska, bo po prostu wiedząc, że ma być tam premiera i to ma być coś większego, zrobiłam sobie ze znajomą wyjazd do Krakowa, żeby przy okazji spędzić fajnie weekend.

HPKOL: Nazwałabyś się fanką Harry’ego Pottera? Byłaś kiedykolwiek potteromaniaczką?

AK: Nie wiem czy potteromaniaczką, ale fanem na pewno. Z przyjemnością czytałam kolejne książki. Trafiłam też na fajny moment, bo czytając pierwszą część książki, miałam dziesięć czy jedenaście lat, czyli byłam dokładnie w takim wieku jak bohater i rosłam razem z tymi książkami, a kiedy pojawiły się filmy, to wszystko jeszcze się nasiliło. Chodziłam kupować książki o północy. Zresztą u mnie w domu wszyscy je przeczytali. Pamiętam, że były wojny o to, kiedy jedną książkę czytały na raz trzy osoby. Było tak, że ja ją zawsze gdzieś próbowałam skitrać i kiedy wracałam do domu, udawałam, że nie wiem gdzie jest, żeby mi jej tylko nie zabrali! (śmiech)

HPKOL: Jesteś polską Hermioną. Czy zdarzają się sytuacje, kiedy ludzie rozpoznają cię po głosie?

AK: Raczej nie. Ja naturalnie mówię zupełnie inaczej, zresztą sami słyszycie, bo wiecie jak ja brzmię w filmie. To jednak jest kreacja. Gdybym mówiła tak na co dzień, pewnie byłoby gorzej. Są momenty, kiedy rzeczywiście brzmię tak jak ona, na przykład, kiedy jestem wkurzona, podnoszę ton wypowiedzi albo krzyczę (śmiech). Ale tak na co dzień mówię niżej, jestem mniej spięta. A poza tym jest duża różnica, gdy słyszymy dźwięk w naturalnym środowisku, gdzie on się rozbiega na różne strony. Kiedy jesteśmy w studio, które jest mocno wyciszone, głos przenika do mikrofonu w sposób bardzo skupiony. Brzmi zupełnie inaczej. To mnie trochę ratuje. 

HPKOL: A która z twoich ról dubbingowych jest twoją ulubioną? Masz taką jedną szczególną, którą zapamiętałaś bardziej, którą uznajesz po prostu za najlepszą?
AK: Chyba się nie zastanawiałam w ten sposób nad rolami. Potter zawsze był jakiś taki przewodni. Najwięcej mogłam w nim pokazać i ta rola, właśnie tak jak ja ewoluowała. Ale z takich postaci, które pamiętam i które sprawiały mi ogromną frajdę przy pracy, to była na przykład rola w Dzielnym Despero. Strasznie się cieszyłam, że to robię i w ogóle miałam z tego kompletną frajdę. Było też kilka seriali dziecięcych, w których trzeba być samolotem albo małym królikiem. Tu zupełnie inaczej czujesz to wszystko i to rzeczywiście sprawia dużo radości. Jest jeden film, który rzeczywiście był dla mnie bardzo ważny, bo wskoczył w momencie, kiedy jakiś czas miałam przerwę. Niestety tak jest w tym zawodzie, że pracy jest bardzo, bardzo dużo i potem nagle nie ma nic, a potem znowu jest jej bardzo dużo. Most do Terabithii to był pierwszy film, który nagrywałam w nowym studio i poznawałam nowych, fantastycznych ludzi. To był naprawdę fajny film i postać, mimo, że była bardzo trudna, bo nagrywałam dziewczynkę, która miała 10 lat a ja już miałam około 17. I to jest męczące. Cały czas trzeba myśleć i nie można wrócić nawet na sekundę do naturalnej barwy. Efekt był fajny i to była naprawdę świetna przygoda.

HPKOL: Za granicą mówi się, że w Polsce mamy bardzo dobry dubbing. Chwali się tam nasz dubbing określając go jako jeden z lepszych na świecie. Tymczasem u nas nie jest on popularny. Jak ty widzisz przyszłość polskiego dubbingu? Czy ludzie w końcu się przekonają do niego? Czy jednak nadejdzie taki czas, kiedy zaniknie i zostanie wyparty przez napisy bądź lektora?

AK: Myślę, że to jest kwestia czasu. My, Polacy jesteśmy postrzegani w ogóle jako dziwni, ponieważ oglądamy filmy z lektorem i tego za granicą nie są w stanie zrozumieć, bo w ogóle nie można usłyszeć jak gra prawdziwy aktor. Słyszymy kogoś, kto nam to wszystko czyta. Oprócz nas są Rosjanie, którzy mają lektora jeszcze dziwniejszego, bo podzielonego na kobietę i mężczyznę, czego już w ogóle nie byłabym w stanie strawić. Natomiast, bądź co bądź, dubbing się szerzy. Nasz poziom jest bardzo wysoki. Mówiło się kiedyś, przed dziesięcioma laty, o polskiej szkole dubbingu. Byliśmy w tym na pewno najlepsi. Niestety to wszystko się zatraciło i w tym momencie nie ma podziału na aktorów stricte dubbingowych, teatralnych czy filmowych. Wszystko się przenika. Kiedyś było inaczej. Aktor dubbingowy był aktorem dubbingowym, wyszkolonym do tego. Wszyscy ci aktorzy, którzy są świetni na scenie mogliby mieć problem z wyrażeniem wszystkich swoich emocji tylko i wyłącznie za pomocą głosu. Tak samo ja miałabym pewnie większe problemy, gdybym miała stanąć przed kamerą i to wszystko, co jestem w stanie wyrazić głosem, miała wyrazić całą sobą. 

HPKOL: A próbowałaś kiedyś swoich sił przed kamerą?

AK: W bardzo małych rzeczach, w niczym specjalnym i dawno temu. Więcej miałam do czynienia na pewno z teatrem, bo byłam w ognisku teatralnym u Machulskich. W tej chwili dorywczo prowadzę u nich zajęcia teatralne. Teraz właśnie wróciłam z zimowiska, gdzie prowadziłam z nimi zajęcia i po raz pierwszy zdecydowałam się na to, żeby poprowadzić zajęcia z dubbingu. Byli zachwyceni. Ja nie zdawałam sobie sprawy jak trudne jest to, żeby wytłumaczyć komuś to, co dla mnie jest zupełnie oczywiste. No i musiałam zmierzyć się z takimi rzeczami jak tłumaczenie. Wszystko to od drugiej strony. Fajna przygoda, coś nowego.

HPKOL: Mamy wspaniałych aktorów dubbingowych. Ty zagrałaś fenomenalnie. Mamy Wojciecha Duryasza, Wiesławę Mazurkiewicz czy Piotra Polka, ale tak naprawdę stoją oni przed bardzo trudnym zadaniem jak na przykład Mariusz Benoit, który ma genialny głos, ale jednak nie jest w stanie dorównać Alanowi Rickmanowi.

AK: Mając przed sobą Alana Rickmana to jest bardzo trudne zadanie. Swoją drogą, on jest jednym z moich ulubionych aktorów i nie dziwię się, że ludzie mają problem z tym, kiedy widzą jego a słyszą kogoś innego. To zawsze będzie wzbudzać kontrowersje. Należy jednak pamiętać o tym, że jest wybór. Nikt nie każe oglądać tego filmu tylko i wyłącznie w tej wersji. Można go zobaczyć w innej. A są dzieciaki, które nie poradzą sobie z czytaniem napisów. Film typu Harry Potter jest filmem dla dzieci. A twierdzenie, że ostatnie części nie nadają się dla dzieciaków poniżej 15 roku życia, czyli nie powinny być dubbingowane… No cóż, wszystko fajnie, tylko jeśli ktoś przyzwyczaja się do barwy głosu od dzieciństwa i nagle ma przejść na coś zupełnie innego, to jest to tak samo nie w porządku jak w drugą stronę. Tu musi być wybór. Porównując polski poziom dubbingowy chociażby do niemieckiego, to… nie, nie chcę używać brzydkich słów (śmiech). Dla mnie genialnym przykładem jest Shrek. Polacy mają jedną cechę, która jest przykra - nie potrafią doceniać tego, co mają. Czyli kiedy słyszą, że jakąś postać dubbinguje Eddie Murphy to jest fantastycznie, bo to jest Eddie Murphy, a tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia jakiej klasy aktorem jest Jerzy Stuhr, a jakiej Eddie Murphy, z całym szacunkiem dla Murphy’ego. I to, co zrobił Stuhr w tej roli jest o niebo lepsze od Murphy’ego, co przyznali zresztą twórcy Shreka i sam Eddie Murphy. 

HPKOL: Wiążesz z teatrem większe plany na przyszłość czy jest to jakiś etap przejściowy? Co chciałabyś osiągnąć w sferze właśnie teatru? Jakie masz plany na przyszłość?

AK: Absolutnie nie gram w teatrze na stałe. To są nasze projekty, które robimy ze znajomymi, na przykład koncert świąteczny, który odbył się na uniwersytecie muzycznym. Bawimy się w teatr (śmiech). Ja z teatrem niestety nie wiążę przyszłości w żaden sposób, bo nie poszłam do szkoły teatralnej, nie skończyłam jej, a to warunkuje wszystko. Dosyć aktywnie pracuję przez cały czas w dubbingu i to jest dla mnie priorytet. A myśląc dalej, bardzo chciałabym spróbować sił w radio, no ale do tej pory nie mam okazji. Zobaczymy czy się kiedyś uda.

HPKOL: Wielkie dzięki za rozmowę.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

3 komentarze:

  1. Fajny wywiad. Ja tam uważam, że Polacy mają świetny dubbing do bajek i animacji. Co do innych filmów jestem dość sceptyczna, ale Harry Potter wyszedł świetnie. Po tym wywiadzie odsłuchałam sobie troszkę pana Alana w oryginale i uważam, że Polacy spisali się świetnie. Snape angielski jest ciekawy, ma taki mruczliwy niski głos, ale nasz Snape jest taki, ślizgi i to mi się w nim podoba. Aktorstwo pana Rizkmana jest nieziemskie, ale wolę nasz dubbng, jeśli chodzi o głos ( może to kwestia przyzwyczajenia?)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupełnie nie podchodzi mi dubbing w Potterze-może dlatego, że jestem wielkim fanem i zdecydowanie wolę oryginał ;)
    Swoją drogą dziewczyna dubbingowała też Emmę w filmie "Noah".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co Asia dubbingowała wszystkie filmy z Emmą - również "Dzielnego Despero" :)

      Usuń