Fenomen Alana Rickmana

Dokładnie pamiętam swoje pierwsze kroki stawiane niepewnie na drodze kolekcjonowania autografów od potterowskich gwiazd. Choć nie miałem wówczas ani obycia, ani doświadczenia, a mój angielski zapewne porażał ilością błędów i usterek, postanowiłem skoczyć na główkę, nie umiejąc pływać. Już na początku – po liście do braci Phelpsów i Michaela Gambona, zwróciłem się do aktora, od którego odpowiedź byłaby niemałym zaskoczeniem. Wszem i wobec było wiadomo jak bardzo jest on nieuchwytny ze względu na częste podróże. Dla raczkującego kolekcjonera to przedsięwzięcie było jak porwanie się z motyką na słońce – wszakże pisałem do legendy, człowieka, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Tak. Pisanie do Alana Rickmana było z pewnością szalonym pomysłem. 

Wiele czasu spędziłem nad samym listem (którego szkic do tej pory spoczywa w mojej szufladzie), by nabrał on zadowalającej mnie formy. Ostatecznie nabrał z pewnością zadowalającego wyglądu – srebrne litery na czarnym papierze były czymś, przynajmniej w mojej opinii, oryginalnym. Zdawałem sobie sprawę z tego jak wybitną personą jest Alan Rickman oraz jak bardzo jest podziwiany i poważany przez rzesze fanów i nie tylko. Przyznać muszę, iż presja wynikająca z tej świadomości przełożyła się na wielogodzinne planowanie i projektowanie, nim zdecydowałem się wykonać swoją pracę na „czysto”. Wysyłałem ten list z duszą na ramieniu i olbrzymimi pokładami nadziei. Z biegiem miesięcy ta nadzieja gasła, bym mógł pogodzić się z porażką. Niepotrzebnie. Po ponad półrocznym czekaniu otrzymałem odpowiedź. W pełni mnie satysfakcjonującą.
Od tamtego pamiętnego dnia minęły prawie 3 lata. Jak dotąd udało mi się zdobyć już dwa autografy Alana Rickmana i miałem olbrzymią przyjemność zobaczyć go na żywo podczas Światowej Premiery „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci cz.2” w Londynie. Jedno pozostaje niezaprzeczalne – Alan Rickman to już nie tylko wspaniały brytyjski aktor, lecz człowiek będący prawdziwym fenomenem. Kiedy tylko pojawił się na scenie, cały Trafalgar Square oszalał. Nie było ani jednej osoby, która zachowałaby powagę. Wołaliśmy go, krzyczeliśmy za nim i śpiewaliśmy piosenkę, którą osobiście mogę nazwać „hymnem” Severusa Snape’a – utwór z parodii „The Misterious Ticking Noise”. On podziękował nam przerywając wywiad i wysyłając do nas całusa.

Choć grywa w wielu filmach, teatr to jego życie. Teatr jest miejscem, w którym szuka wytchnienia. Jak może, unika Hollywood – jak sam twierdzi, wychował się na angielskich produkcjach i w angielskim kinie kocha nade wszystko spokój i dyscyplinę. Choć sympatia, którą darzę Alana Rickmana bardzo mi utrudnia obiektywizm, to jednak dziś postanowiłem odrzucić ją wraz ze wszelkimi sentymentami, ażeby rzetelnie odpowiedzieć na pytanie: skąd wynika fenomen Alana Rickmana i co świadczy o tak wielkiej popularności tego aktora? Na wstępie muszę jednak rozpocząć od odpowiedzi na zupełnie inne pytanie, choć niezwykle istotne dla tej sprawy: gdzie kończy się fenomen Severusa Snape’a i zaczyna fenomen Alana Rickmana? Wbrew pozorom to fundamentalne pytanie jest kluczowe.
Ale zanim i to pytanie doczeka się odpowiedzi, wyruszę w podróż do przeszłości, by przytoczyć historię w stylu: „Jak Alan został Severusem”. Chris Columbus, reżyser „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”, nie miał cienia wątpliwości, co do tego, kto powinien zagrać mistrza Eliksirów w filmach o Potterze. Kiedy tylko J.K.Rowling pokazała mu swoje szkice przedstawiające Snape’a, reżyser stwierdził, że postać przez nią narysowana wygląda zupełnie jak Alan Rickman. Kiedy wraz z Davidem Heymanem, producentem, zaproponowali mu tę rolę, Alan odmówił. Obawiając się zaszufladkowania, nie chciał grać kolejnej takiej roli. Chris i David nie dawali jednak za wygraną. Zaprosili Alana na kolację. Jadąc samochodem, którym kierował David Heyman, producent niemal spowodował wypadek, na co Columbus powiedział: „David, nie zabijaj nas, póki Alan nie powie „Nie”.”

W zasadzie właśnie tego się spodziewali – odmowy. Jednak po dwóch dniach, niespodziewanie otrzymali telefon od aktora, który zgodził się przyjąć rolę. Dlaczego to zrobił? Wszystkie jego chrześniaki, bratankowie i siostrzenice namawiały go do przyjęcia roli, więc to zrobił.

Jego pierwsze dni na planie „Harry’ego Pottera” okraszone były nutą strachu. Dan, Rupert i Emma bardzo się go bali w roli Snape’a. Jak przyznał sam Daniel Radcliffe, musiał sobie powtarzać przy scenach z nim, że to tylko film, nic strasznego. Skąd zatem wziął się fenomen wzbudzającego strach wśród dzieci Alana Rickmana?

Zacznijmy od początku. Bez wątpienia postać Severusa Snape’a jest najbardziej złożoną w całej serii książek o Harrym Potterze. J.K.Rowling stworzyła niesamowitego bohatera – bardzo tajemniczego i zaskakującego, obdarzonego niezwykłą osobowością. I jakby nie patrzeć – pomimo swojego bohaterstwa i zasług – będącego prawdziwym bydlakiem. Severus Snape nie jest pozytywnym bohaterem. Nienawidzi nie tylko Harry’ego Pottera, ale i innych uczniów, w tym choćby Neville’a Longbottoma. O ile jego nienawiść do Pottera można wytłumaczyć, nie można usprawiedliwić jego karygodnego zachowania względem mniej zdolnego ucznia. I do tego faworyzowanie mieszkańców swojego domu. To wszystko nie wpływa pozytywnie na odbiór postaci nauczyciela Eliksirów. Koniec końców, jednak – Severus Snape okazuje się być bohaterem. Ryzykując życie działa przez wiele lat w słusznej sprawie. Niestety – również tutaj mogę doszukiwać się w jego postawie egoizmu. Dlaczego Severus Snape przeszedł na stronę dobra? Przez miłość. Dlaczego nienawidził Voldemorta i pragnął jego końca? No właśnie. Czy jego motywem nie była chęć zemsty? Jakiekolwiek szlachetne uczucia żywił do Lily Potter, do samego końca nie potrafił zaakceptować jej wyborów. Dlaczego chronił Harry’ego? To proste. Potter przypominał mu ukochaną – miał jej oczy. Cokolwiek kierowało Snape’em i jakiekolwiek były tego konsekwencje – dla mnie był i pozostaje łajdakiem. Zresztą – sama Rowling wyraża się podobnie o stworzonej przez niej postaci.
Mamy zatem bohatera literackiego – wspaniale złożoną postać, wyrazistą i bezprecedensową. Rzecz można, że Severus Snape jest postacią doskonałą. I na scenę wchodzi Alan Rickman – bez wątpienia – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Ale co go tak naprawdę upodabnia do Severusa? Nie wiek – wszak książkowy Snape był dużo młodszy. Nie włosy – w książce Snape miał tłuste, brudne włosy. Głos? Nigdy w życiu! O Alanie mówi się, że ma głos jak jedwab. Jedwab nie może być ostry. Głos filmowego Snape’a jest głęboki, potrafiący zmrozić i dotkliwie zranić. Ale nie jest ostry. Skąd więc fenomen? Ano stąd, że doszło do niewiarygodnego połączenia Severusa Snape’a z Alanem Rickmanem. Snape dał Rickmanowi charakter, osobowość i styl bycia. Rickman zaś podarował Snape’owi niesamowitą głębię, charyzmę, dostojność i życie. Tak powstał bohater idealny. Idealny do filmu. Wkrótce też narodził się fenomen Severusa Snape’a – wredny nauczyciel stał się idolem i ulubieńcem wielu fanów serii. Stał się nim za sprawą Alana Rickmana. Później fenomen Snape’a rozciągnął się na fenomen Rickmana. Jaki z tego wniosek? Jeden – zależność. Ani Rickman nie stałby się idolem młodej publiczności, gdyby nie Snape, ani Snape nie stałby się ulubionym ich bohaterem, gdyby nie Rickman. Jo Rowling i Alan Rickman stworzyli razem bohatera doskonałego. I tyle w kwestii fenomenu.

Ale co z innymi fantastycznymi kreacjami aktorskimi tego wybitnego aktora? Osobiście nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia, które wywarła na mnie „Szklana Pułapka”. Oglądając ten film po raz pierwszy, miałem jakieś 5 lat. Mój starszy brat był miłośnikiem filmów akcji i fanem aktorów w nich grających – w tym Bruce’a Willisa. Jakkolwiek oglądałem ten film od początku do końca, nie pamiętam swojego pierwszego wrażenia związanego z Willisem. Pamiętam jedynie jak przerażał mnie Alan Rickman. Mając 5 lat i wiele seansów horrorów na koncie, nie przerażał mnie ani Freddy Krueger, ani Jason, ani żaden inny koszmarny stwór. Przerażał mnie Alan Rickman. Później, oglądając jego świetny występ w filmie „Robin Hood: Książę Złodziei”, przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy, że to właśnie on wcielił się w postać podłego szeryfa z Nottingham. Dowiedziawszy się o tym fakcie, byłem szczerze zdumiony niezwykłą zmianą wizerunku aktora, którego przez tyle czasu nie rozpoznałem w tak bardzo znanym mi filmie. I potem pojawił się „Potter”. Kolejna wspaniała rola i nowe oblicze Alana. Ponoć dobry aktor to taki, który potrafi zaskakiwać i zmieniać się. Alan Rickman opanował tę sztukę do perfekcji. Z jednej strony potrafi być czułym kochankiem, z drugiej terrorystą, raz jawi się jako zapatrzony w siebie kolekcjoner sztuki, a potem pojawia się na ekranie w czarnej pelerynie i z peruką na głowie. A każdy film zyskuje na jego udziale. Zyskują też i fani, którzy mają przyjemność oglądać różne twarze tego utalentowanego Brytyjczyka. A co on sam sądzi o swoich fanach? Bardzo nas lubi, choć większą sympatią obdarza tych, którzy byli jego sympatykami jeszcze przed erą „Harry’ego Pottera”. To też przejawia się w jego kontaktach z fanami. Alan Rickman złoży autograf na każdym swoim zdjęciu – czy to prywatnym, czy przedstawiającym jego bohatera z któregokolwiek filmu, w którym wziął udział. Za wyjątkiem jednego. Nigdy nie podpisuje zdjęć przedstawiających Severusa Snape’a. Z jednej strony powodem takiego postanowienia aktora jest fakt, że podpisane przez niego zdjęcia z „Harry’ego Pottera” masowo były wystawiane do sprzedaży na serwisach aukcyjnych. Z drugiej strony – tu można jedynie snuć domysły – nie chce stać się aktorem jednego filmu. Występując w takiej produkcji jak „Harry Potter” trzeba liczyć się z tym, że bardzo łatwo można zostać zaszufladkowanym, a Alan Rickman jest bohaterem zbyt wielu planów, by mógł sobie na to pozwolić.
Na zakończenie pozostaje jeszcze jedna kwestia. Obawiam się, że po wyrażeniu mojego zdania, zostanę znienawidzony… Kiedy na ekranach kin pojawił się „Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 2”, miliony fanów zgodnie twierdziło, że Alan powinien otrzymać Oscara za drugoplanową rolę w tym filmie. Jakkolwiek całym sercem jestem za Alanem Rickmanem i kibicuję mu w każdym jego przedsięwzięciu, zastanawiam się czy naprawdę zasługiwał na tę nagrodę, z której miał zostać okradziony. Alan jest świetnym aktorem, zarówno filmowym jak i teatralnym. Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich jego ról, które choćby na chwilę, zaparły mi dech w piersi. Jedno wiem jednak na pewno. Nie zasłużył na Oscara za rolę w „Harrym Potterze”. I nie rzecz w tym, że czegoś mu brakowało – był idealny. Rzecz w tym, że jego brakowało. W każdym kolejnym filmie mnóstwo scen ze Snape’em zostało wyciętych. Pozostając ważną postacią, będącą cały czas na uboczu, w moim odczuciu zabrakło od kilku do kilkunastu minut jego występu w ostatnim „Potterze”, by mógł powalczyć o tę prestiżową nagrodę filmową. Dobrowolnie poddaję się w tym momencie linczowi. Sympatia sympatią, ale obiektywizm ponad wszystko. Choć Severus Snape z pewnością by tego nie zrozumiał.
ZDANIEM NATALII:

Alan Rickman należy do tej grupy aktorów, których kojarzyłam jeszcze zanim w kinach pojawił się „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Znałam go chociażby z filmów „Dwa w jednym” i „Robin Hood: Książę Złodziei”. Skłamię, jeśli powiem, że nawet wtedy w wieku dwunastu lat nie zauroczył mnie jego głos. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie czy wiedziałam wcześniej, że Alan zagra profesora Snape’a czy też nie, ale oglądając „Kamień Filozoficzny” poczułam miłe mrowienie w okolicach żołądka. Nie dlatego, że byłam nim całkowicie zauroczona, bo tak nie było. To niesamowite uczucie wywołał u mnie fakt, że w ekranizacji mojej ukochanej książki zagrał aktor, którego już wcześniej znałam. Tak samo było w przypadku Maggie Smith czy też Warwicka Davisa. Wracając jednak do pana Rickmana. Muszę się zgodzić z Danielem, że jest on świetnym aktorem, ale sławę i rozgłos przyniosła mu dopiero rola Severusa Snape’a w „Harrym Potterze”. Daniel idealnie
przedstawił zależności między aktorem, a graną przez niego postacią. Jeden bez drugiego nie zyskałby takiej popularności. Nie ukrywam, że przyczyniło się to do tego, że kilka lat temu razem z moją przyjaciółką, Ewą wybrałyśmy się do kina na film „Pachnidło”. Co prawda i gra Brytyjczyka jak i sam film zrobiły na nas duże wrażenie, ale dla mnie ta ekranizacja jest po prostu „ciężka”. Nie mogę tego natomiast powiedzieć o filmie „Dwa w jednym”, który plasuje się wysoko na liście moich ulubionych filmów. Alan w roli mistrza stylizacji fryzur? Czemu nie! Film jest naprawdę lekki i zabawny, a w dodatku możemy w nim zobaczyć jeszcze dwóch świetnych aktorów, którzy występują w serii o „Harrym Potterze”. Mam oczywiście na myśli Davida Bradleya oraz Billa Nighy, który jest rywalem Rickmana. Z kolei największym zaskoczeniem była dla mnie rola Alana w filmie "Gambit:, czyli jak ograć króla", w którym udowadnia, że świetnie się czuje w stroju Adama.

Nieważne w jakiej roli, Alan Rickman z reguły prezentuje się bezbłędnie i należy do grona moich ulubionych aktorów. Chyba czas, by wziąć się za pisanie listu do niego...
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz