GrandPre vs Kibuishi - czyli który "Potter" ładniejszy?

Amerykański wydawca, Scholastic, po raz kolejny łasi się na pieniądze, które przynieść mu może „Harry Potter”. Tym razem oficyna wydawnicza proponuje fanom i czytelnikom wydanie jubileuszowe „Kamienia Filozoficznego” (a właściwie „Kamienia Czarnoksiężnika”, bo taki tytuł nosi pierwszy tom wydany w Stanach) z okazji 15-stej rocznicy wydania książki. Wydanie nowej edycji planowane jest na wrzesień bieżącego roku.

Nie dane mi było oswoić się z myślą na temat nowej edycji powieści, albowiem najpierw dotarła do mnie sama okładka, a dopiero później opis projektu. Pierwsza myśl po ujrzeniu jej: „to na pewno nie Mary GrandPre”. I miałem rację, albowiem autorem obrazka jest Kazu Kibuishi, który stworzy ilustracje do wszystkich siedmiu tomów tego wydania. Widząc tę okładkę po raz pierwszy, jeszcze nie wiedziałem, że jest ona oficjalna. Bardziej przypominała mi obrazek z „Pottermore”, aniżeli ilustrację okładkową. Każde kolejne spojrzenie utwierdzało mnie w przekonaniu, że ta nowa edycja… nie podoba mi się.

Amerykański wydawca wielokrotnie udowadniał jak wielki talent ma Mary GrandPre – ilustratorka wszystkich dotychczasowych wydań amerykańskich – wspaniałe standardowe okładki, wydania deluxe trzech ostatnich tomów, wydanie anniversary „Kamienia Filozoficznego” i cudowna edycja szkolna – aż chciałoby się mieć wszystkie te wydania na swojej półce. Mary GrandPre z każdą kolejną okładką ukazywała swój kunszt i olbrzymi talent. Dlaczego więc, pytam, Scholastic zrezygnowało z jej usług teraz, kiedy mogła stworzyć niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju dzieła? Kazu Kibuishi nie trafia w mój gust – okładka razi mnie zbyt dużą ilością pozbawionych klimatu detali, wszystko zdaje się opływać w „cyfryzacji”. Patrząc na to wydanie, widzę sam kicz. Nie ma w niej nic, co przykułoby moją uwagę. Winszuję również rezygnacji z czcionki „lumos”. Szkoda jedynie, że pozostaje standardowe logo „Harry’ego Pottera” – wszak skoro zmieniane jest wszystko, powinno zmienić się i logo. Według mnie na równie pozbawione wyrazu i magii, co cała reszta tej okładki. Bardzo cenię zagraniczne wydania tych książek, gdzie ilustracje są karykaturami (np. wydanie fińskie) bądź ogólnie utrzymywane są w „osobliwym” klimacie (np. wydanie oksytańskie czy bośniackie). Praca Kibuishiego przedstawia – niby rzeczywisty obraz, ale… mamy tu sowę, która, zdawać by się mogło, jest w stanie udźwignąć Harry’ego i wynieść go w przestworza. Mamy też Hagrida, którego głowa znacznie skurczyła się w niewyjaśnionych okolicznościach i gdyby nie czarna broda, mylić by go można ze Świętym (tudzież Śniętym) Mikołajem. Nie odpuszczę również zającowi. O przepraszam… goblinowi. Tudzież, cokolwiek to jest, temu czemuś co widnieje w lewym dolnym rogu okładki. Czuję się przez to, jak gdybym oglądał okładkę „Alicji w Krainie Czarów”, a nie „Harry’ego Pottera”.

Rozumiem intencje amerykańskiego wydawcy – spoglądając zazdrośnie na fantastyczne „twory” wydawnictwa francuskiego czy duńskiego (w których nowe szaty graficzne wręcz onieśmielają i oczarowują), postanowiono i w Ameryce wydać coś nowego. Oryginalnego. Lepszego. Piękniejszego. Dojrzalszego. I w ogóle „-ego”… I nie ma W tym nic złego. Choć ważne są założenia, ażeby zmieniać coś na lepsze, a nie na gorsze. Kibuishi nie tylko, w moim przekonaniu, nie dorasta do pięt Mary GrandPre, ale też najwyraźniej nie do końca pojmuje świat wykreowany przez J.K.Rowling. Być może do września uda mi się oswoić z tym tworem reprezentującym „Pottera”, albowiem – z racji zbierania światowych wydań „HP”, nie odmówimy sobie z Natalią tego wydania. Jednak w mojej opinii Scholastic strzeliło sobie bramkę samobójczą rezygnując z brylantu (Mary GrandPre) na rzecz węgla brunatnego (Kazu Kibuishi).

Na sam koniec warto odnieść się do słów samego autora nowej okładki, a mianowicie jego chęci oddania tą okładką klasyki literatury i klimatu klasyki. Jakież to sztuczne, by podciągać J.K.Rowling do Dickensa – nie trzeba na siłę udowadniać, że „Harry Potter” jest klasyką, ponieważ to czy się nią stanie w takim stopniu jak choćby „Alicja w Krainie Czarów” będzie jasne dopiero za przynajmniej kilka dziesięcioleci. Owszem, można stylizować współczesną książkę na XIII-wieczny starodruk, ale czy to naprawdę sprawi, że ta nowa książka starodrukiem się stanie? Nie sądzę. „Harry Potter” jest klasyką samą w sobie, wobec czego takie „uklasycznianie” tej serii uważam za pomysł co najmniej śmieszny i niedorzeczny. W tej historii pociesza mnie jeden fakt. A mianowicie to, że pierwszą edycję „HP” ilustrowała Mary GrandPre i że w Polsce możemy się cieszyć jej wspaniałymi pracami, wszak gdyby było odwrotnie i to Kibuishi byłby autorem pierwszych okładek potterowskich, moglibyśmy jedynie teraz płakać ze złości i wbijać paznokcie w poduszkę widząc nową edycję wyprodukowaną przez GrandPre. Każda historia ma swoje pozytywne zakończenie.

TRZY KNUTY NATALII:
Nie pierwszy raz się zdarza, że mamy z Danielem różne zdanie na temat poszczególnych okładek „Harry’ego Pottera”. Najbardziej różniącą nas okładką jest, była i zapewne zawsze będzie okładka wydania oksytańskiego. Zdecydowanie do mnie nie przemawia. Nie widzę tego „czegoś”, co widzi Daniel. Nawet ta jej inność nie sprawia, że uważam ją za naprawdę niepowtarzalną i godną zachwytu. Dla mnie jest zwykłym dziecięcym bazgrołem.

Wrócę jednak do jubileuszowej okładki z okazji 15-lecia „Kamienia Filozoficznego”. Tutaj nasze poglądy także są odmienne, jednakże w tym przypadku ja się zachwycam, a Daniel wyraża swoje niezadowolenie. Muszę jednak przyznać, iż także ubolewam nad faktem, że ta okładka nie została wykonana przez Mary GrandPre. Stworzyła ona niepowtarzalne prace, które urzekły mnie o wiele bardziej niż te okrywające brytyjskie wydania. Nasuwa się jednak pytanie. Dlaczego ilustratorka nie została zaproszona do dalszej współpracy? Być może to Scholastic zrezygnowało z jej usług, a możliwe, że to ona była zmuszona odmówić z nieznanych nam powodów. Zostawmy to jednak, gdyż nie jest to tematem tego wpisu.

Kazu Kibuishi zdecydowanie stworzył pracę, która na pierwszy rzut oka kojarzy mi się z pracami pani GrandPre. Cały obrazek jest utrzymany głównie w odcieniach niebieskiego, nadających tajemniczego i magicznego klimatu. Odnosząc się do opinii Daniela, jak dla mnie jest nieco przesadzona i pisana pod wpływem chwili. Głowa Hagrida być może i jest nieco przymała, ale to może jedynie oznacza, że właśnie tak autor widzi pół-olbrzyma, a płaszcz (a może to kożuch?) przez niego noszony jest jak najbardziej „hagridowy”. Naprawdę nie zdziwiłabym się, gdyby kiedyś wygrał w karty ten właśnie oto płaszcz, przypominający mi modę rosyjską. Co do sowy, to nie wydaje mi się żeby miała ona porwać Harry’ego. Być może dopiero co zasiadła na ramieniu chłopca, albo coś ją wystraszyło, czego efektem jest rozpostarcie przez nią skrzydeł. Jedyne z czym mogę się zgodzić to zdecydowanie zbyt króliczy wygląd goblinów, a także niedopasowana czcionka, którą zostało zapisane imię i nazwisko autorki oraz sam tytuł książki. Pomijając jednak te dwa detale, no może nie detale, ale te dwie rzeczy, uważam, że okładka naprawdę wpasowuje się w klimat książki i z wielkim uśmiechem dodamy ją kiedyś do naszej kolekcji.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz