„Harry Potter i 360-kilogramowy goryl”

Sukces nie jest dziełem jednego człowieka. Można łudzić się, że jest inaczej, ale to nie autor tworzy swój sukces, tylko jego odbiorcy. Jaki wpływ na fenomen „Harry’ego Pottera” miała i ma J.K.Rowling? Napisała książkę. Potem kolejne. Czy było o nich głośno na samym początku? Pierwszy nakład „Kamienia Filozoficznego” wynosił tylko 500 egzemplarzy. Czy taki nakład świadczy o sukcesie? Skądże znowu. Więc co dało życie „Harry’emu Potterowi”? Co wyniosło go na szczyt wszystkich szczytów? Pieniądze. Te, które Arthur Levine zapłacił za prawa do publikacji pierwszej powieści Brytyjki w Stanach Zjednoczonych. Dokładnie rzecz biorąc- było to 105 tysięcy dolarów, o których pisały potem wszystkie media nie mogące się nadziwić, że tyle pieniędzy otrzyma debiutująca autorka książki dla dzieci. Pokaźna suma, ale znacznie niższa od tej, którą Warner Bros. zaoferował pisarce za prawa do ekranizacji. Sukces „Harry’ego Pottera” to wynik pracy gigantycznego sztabu ludzi. Marketingowców, agentów, wydawców czy w końcu tych najważniejszych – tłumaczy, którzy uczynili te książki dostępne w ponad 70 językach. Należy im się za to wielki szacunek, czyż nie? Pytanie tylko: od kogo? Od nas, Czytelników czy też od Autorki i jej sztabu? W końcu poniekąd dzięki translacjom na zagraniczne języki, J.K.Rowling stała się znana i kochana na całym świecie. Ale historię realnego Kopciuszka już znamy. Wiemy przez co przeszła pani Rowling na drodze ku napisaniu i wydaniu jej książek. Dziś poznamy za to bliżej położenie tych, którzy dali Harry’ego światu, a nie tylko czytającym w języku angielskim. Po raz pierwszy na tym blogu zaprezentujemy wpis kogoś innego. Będzie to tłumaczenie postu Gili Bar-Hillel, izraelskiej tłumaczki „Harry’ego Pottera”, która przełożyła tę serię na język hebrajski. Poznajcie prawdę z jej perspektywy. Z perspektywy kogoś, kto w pewnym stopniu przyczynił się do zaistnienia fenomenu „Harry’ego Pottera”.

Gili Bar-Hillel
„HARRY POTTER I 360-KILOGRAMOWY GORYL”

PYTANIE: Gdzie sypia 360-kilogramowy goryl?
ODPOWIEDŹ: Gdziekolwiek zechce.

Zaznaczam, że to studio Warner Bros. jest tym 360-kilogramowym gorylem, który zadeptuje środowisko kilku mniejszych form życia, a robi to z prostego powodu – bo może.

Wielkim przywilejem dla mnie było przełożenie książkowej serii „Harry’ego Pottera” na język hebrajski. Zmieniło to moją życiową karierę, dając początek czemuś, co przyniosło mi niezliczoną ilość korzyści i radości, ale doprowadziło też do tego, że było więcej sytuacji, w których byłam boleśnie zmuszana do chowania swojej dumy. Wiem, że taka jest prawda nie tylko w przypadku mojej osoby, ale też w przypadku wielu międzynarodowych tłumaczy „Harry’ego Pottera”. Kiedy zebrały się nas dwa tuziny na zamkniętej sesji w Paryżu, bieżącym tematem była zniewaga, cierpienie oraz wściekłość skierowana ku mechanizom „Harry’ego Pottera” – murowi prawników otaczających J.K.Rowling, jej agentowi i Warner Bros. – którzy przekroczyli swoje kompetencje pozbawiając tłumaczy ich intelektualnych i moralnych praw. Użyte w tym celu taktyki były nieludzkie i despotyczne, a nawet upokarzające. Nie było żadnej debaty, żadnej dyskusji szarych sfer odnośnie międzynarodowego prawa autorskiego i statusu tłumaczy: było po prostu stwierdzenie, że tłumacze „Harry’ego Pottera” muszą zrezygnować ze swoich praw, albo zostaną zwolnieni. Ci, którzy odmówili zrzeknięcia się praw, tak jak tłumacz na język kataloński – Laura Escorihuela, zostali odprawieni bez zadośćuczynienia.

Chociaż nie zostałam zatrudniona przez Warner Bros. i nie było żadnych umów, które zobowiązywałyby mnie przed nimi, to i tak władza tego przedsiębiorstwa była taka, że było ono w stanie grozić mi przez swojego pełnomocnika. Jestem w stanie zrozumieć, że to Warner Bros. wymusza na Christopher Little Agency nacisk na różne międzynarodowe wydawnictwa, by te z kolei wymuszały na swoich tłumaczach rezygnację ze wszystkich ich praw do tłumaczeń, pod groźbą, że jeśli tego nie zrobią, wydawcom nie zostaną sprzedane prawa do publikacji kolejnych części. A oto, co przytrafiło się mnie: zostałam zaproszona na pogawędkę z izraelskim wydawcą po tym jak przetłumaczyłam pierwsze trzy tomy serii. Wydawca spotkał się ze mną w kawiarni i wymagał ode mnie, bym podpisała notatkę służbową, której nie mogłam przeczytać przed podpisaniem, nie mogłam też nikomu jej pokazać, ani której kopii nawet nie mogłam zachować dla siebie. Powiedziano mi, że muszę ją podpisać, albo zlecenie tłumaczenia kolejnych książek serii „Harry Potter” zostanie przekazane innemu tłumaczowi. Jak dobrze rozumiałam, ta notatka służbowa to obietnica dana Warner Bros. że nie będę dociekać swoich praw autorskich w stosunku do jakichkolwiek terminów, które wymyśliłam na potrzebę translacji. Mogłam podpisać lub zostać na zawsze odcięta od „Harry’ego Pottera”. Podpisałam.

Później oczywistym stał się dla mnie fakt, że dla Warner Bros. ta notatka służbowa jest równoznaczna z moim całkowitym zrzeczeniem się wszelkich intelektualnych praw do których mogłam rościć sobie prawo. Kiedy filmy z serii „Harry Potter” zostały rozpowszechnione w Izraelu, moje tłumaczenie – bez zgody mojej czy izraelskiego wydawcy, posłużyło jako podstawa do stworzenia napisów do filmu i scenariusza dubbingu. Nigdy nie otrzymałam za to żadnej rekompensaty. Nigdy nie podziękowano mi, ani nie zamieszczono w napisach końcowych. Fakt faktem, tłumacz, który był odpowiedzialny za hebrajskie napisy skarżył się, że to kontrakt podpisany z Warner Bros. zobowiązywał go do użycia mojego tłumaczenia.

Niezależnie zostałam poproszona przez reżyserkę hebrajskiego dubbingu o bycie doradcą w kwestii scenariusza dubbingu, za co otrzymałam niewielką sumę od jej firmy. Po tym jak skończyłam swoją pracę, zanim otrzymałam wynagrodzenie, niespodziewanie nakazano mi podpisanie kontraktu z Warner Bros., na mocy którego zrzekam się wszelkich swoich praw, do których mogłam się odnieść przez fakt bycia tłumaczem. Czułam się bardzo niekomfortowo podpisując ten kontrakt, więc dopisałam własnoręcznie swoje własne zdanie: „za wyjątkiem praw, co do których mam tytuł jako tłumacz książek o Harrym Potterze”. Kilka dni później odezwał się do mnie prawnik Warner Bros. wymagając „wykreślenia języka” z tego kontraktu i wstrzymania przekazu wszelkich płatności dla izraelskiego studia, dopóki tego nie zrobię. Innymi słowy – jeśli nie podpiszę tej umowy w takiej formie w jakiej została ona sporządzona, nie tylko ja nie otrzymam wynagrodzenia za swoją pracę, ale też żaden inny Izraelczyk pracujący przy dubbingu do tego filmu – włączając w to tych słodkich dziecięcych aktorów – a to wszystko Z MOJEJ WINY. Podpisałam.

Trzecie zrzeczenie podpisałam będąc pod podobną presją, a było to po tym, jak przetłumaczyłam „Baśnie barda Beedle’a”. Znowu zapowiedziano mi, że nie tylko mnie nie zostanie wypłacone wynagrodzenie, jeśli tego nie zrobię, ale też cała hebrajska edycja tej książki zostanie wyrzucona i przetłumaczona jeszcze raz, a czytelnikom zostanie powiedziane, że opóźnienie publikacji to MOJA WINA.

Po pracy nad scenariuszem do hebrajskiego dubbingu, byłam na tyle zuchwała, że poprosiłam o bezpłatny bilet na kinowy seans pierwszego filmu. Oficjalna odpowiedź, którą otrzymałam stanowiła, że równie dobrze mogę sobie sama kupić ten bilet za pieniądze, które mi zapłacono. Kiedy najwidoczniej każdy dziennikarz w Izraelu, który choć odrobinę interesował się kinem, został zaproszony na ogromny pokaz prasowy, mnie w ostentatycyjny sposób nie zaproszono. Raz po raz mój telefon dzwonił, a dziennikarze proszący mnie o wyrażenie opinii na temat filmu byli zdumieni faktem, że nie widziałam go. Tak było za każdym razem, kiedy wychodził nowy film. Raz napisałam o tym na swoim blogu i ta historia została podchwycona przez kilka gazet. Izraelski dystrybutor odpowiedział jednej z tych gazet, że nie zostałam zamieszczona w napisach końcowych, ponieważ nigdy o to nie poprosiłam – było to nieprawdziwe i niestosowne oświadczenie z jego strony.

Tłumacze nie byli jedynymi kreatywnymi ludźmi, których prawa zostały zdeptane przez potterowego goryla. Izraelski projektant, który zaprojektował wyjątkową czcionkę hebrajskiego „Harry’ego Pottera” w taki sposób, by odwzorowywała ona świecącą błyskawicę będącą znakiem towarowym amerykańskich okładek, był zaskoczony, kiedy odkrył swoją czcionkę użytą w reklamach napoju bezalkoholowego. Nie do końca znam tę historię, ale wnioskuję, że Warner Bros. przywłaszczył sobie ową czcionkę i sprzedał do reklamy, tak samo jak przywłaszczył sobie translacje. Obecnie trwa wielki chaos wokół praw do tłumaczeń dla e-booków i strony Pottermore – i znowu, nie znam szczegółów, za wyjątkiem tego, że to wszystko budzi wielki niepokój wśród wciągniętych w to wydawców. Taktyka w tych wszystkich sprawach jest taka, że 360-kilogramowy goryl bierze wszystko co chce.

Prawa tłumaczy są skomplikowanym zagadnieniem i nieznacznie różnią się w różnych krajach. Nie mam możliwości jednoznacznego stwierdzenia, że w jakimkolwiek punkcie Warner Bros. działa w sposób ściśle nielegalny: jasnym jest natomiast, że czy legalne czy nie, ich działania były gówniane. Gówniane dla twórczych, co też oznacza, ciężko pracujących ludzi, którzy wykonali coś własnego i nigdy nie poprosili o więcej, aniżeli to co otrzymaliby za przetłumaczenie jakiejkolwiek innej książki.

Kiedy przetłumaczyłam „Wyspę Nim” i „Nianię Matyldę” (znaną też jako „Niania McPhee”) otrzymałam darmowe bilety na seanse tych filmów, pomijając fakt, że moje tłumaczenia NIE zostały użyte jako podstawa dla ich przekładu. Mój przyjaciel, który przetłumaczył powieść „Igrzyska Śmierci” został wymieniony w końcowych napisach izraelskiej wersji filmu, i też, pomijając fakt, że jego tłumaczenie nie zostało bezpośrednio użyte. Inni tłumacze w Izraelu otrzymali dodatkowe wynagrodzenia za użyczenie ich tłumaczeń do stworzenia napisów filmowych. Ale nie w przypadku filmów o Harrym Potterze – nie, nie, nie. Jeśli kiedykolwiek chciałbyś zobaczyć cokolwiek ze strony franczyzy „Harry’ego Pottera”, będziesz musiał chwycić za broń i stanąć naprzeciw 360-kilogramowego goryla.

W każdym razie te dodatkowe wynagrodzenia,czy by one były czy nie, i tak nie byłyby jakoś specjalnie wysokie. Byłyby prawdopodobnie znacząco niższe od tych, które Warner Bros. wypłaca swoim prawnikom dla pewności, że żaden tłumacz nigdy nawet nie zamarzy o tym, by wymagać czegokolwiek od Warner Bros.. Mogłam przez krótką chwilę zabawić się myślą postawienia ich przed sądem, ale bądźmy poważni – kimże ja jestem, bym walczyła z takim gigantem? Ta sprawa nie jest warta tego, bym poświęcała jej swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że nie jestem pełna goryczy, ale schowałam swoją dumę i poszłam dalej w kierunku, który znam najlepiej, a jest nim tłumaczenie i wydawanie wspaniałych książek dla młodych czytelników.

Chyba, że Warner Bros. nie pozwoli na to. Goryl nadal stąpa ciężko. W minionym tygodniu otrzymałam e-mail od izraelskiego wydawcy, który przesłał mi maila od doradcy prawnego Warner Bros. Entertainment in Europe. Londyńskie studio Warner Bros. pracujące przy „Harry Potter” Tour, chciałoby wyświetlać tam krótki film przedstawiający „oddanych fanów” ze świata. Napisano więc do izraelskiego wydawcy prosząc o pozwolenie na użycie zdjęć, na których widoczna byłaby hebrajska edycja „Harry’ego Pottera”. Pokazanie okładek, mogłoby się wydawać, wymaga zgody. Ale wyrażenia zgody nie wymaga już pokazanie ludzkiego „mebla” podtrzymującego te książki, a mianowicie, ciebie. Izraelski wydawca zapytał czy nie mam nic przeciwko, by moje zdjęcie zostało użyte w Warner Bros. Studio Tour. Biorąc pod uwagę tandetny sposób w jaki byłam przez nich traktowana za zbrodnię przetłumaczenia tych książek, w istocie miałam bardzo wiele przeciwko. Odpowiedziałam, że mogą uprzejmie sobie poszukać zdjęcia innej osoby trzymającej zagraniczne wydanie. Pomińmy fakt, że 360-kilogramowy goryl nie słucha protestujących w takiej sprawie karzełków. Otrzymałam e-mail od doradcy prawnego Warner Bros. INFORMUJĄCY mnie, że „w kwestii uprzejmości” użyją tego zdjęcia, czy mi się to podoba czy nie.

Cóż, oto uprzejmość Warner Bros. - jesteś niczym innym niż paskudnym, spornym tyranem i powinieneś się wstydzić za siebie. I J.K.Rowling – jeśli kiedykolwiek to przeczytasz: zastanawiam się czy zdajesz sobie sprawę jak wiele ran i upokorzeń okala serca wielu wspaniałych, kreatywnych ludzi, których translacje uczyniły Twoje słowa dostępnymi dla wielu setek milionów dzieci na całym świecie. Po dekadzie naszej współpracy podziękowanie byłoby czymś miłym, ale nas zadowoli kres ciągłych zniewag naszej godności.

***

Temat, jak sami przyznacie – godny jest przemyślenia. I szerszego spojrzenia. Dlatego już teraz zapowiadamy kolejny wpis, a w nim: nasz autorski wywiad z Gili Bar-Hillel, w którym tłumaczka mówi nie tylko o sprawie z Warner Bros. ale też o swoich doświadczeniach związanych z „Harrym Potterem” i swojej wspaniałej kolekcji zagranicznych wydań tych książek. Dowiecie się też, czemu pani Bar-Hillel uważa J.K.Rowling za lekką paranoiczkę. Czy ma rację – ocenicie sami.

You can read post written by Gili Bar-Hillel in English HERE.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz