Wolna konwersacja na temat "Wonderbook: Księga Czarów"

WONDERBOOK: KSIĘGA CZARÓW
Z pewną dozą nieśmiałości, rozpoczniemy dziś nowy rozdział, jeśli chodzi o formę pisania na tym blogu. Do tej pory większość tematów była traktowana z jednego punktu widzenia, bo jedynie z mojej perspektywy. Były luźne refleksje, recenzje, relacje czy wywiady, lecz ostatnia rewolucja przyniosła coś zupełnie nowego. Drugi punkt widzenia. Wciąż staramy się dograć w tej kwestii i wynaleźć jak najlepsze rozwiązanie. A kiedy już takowe pojawia się w naszych głowach, wymaga tematu, który w odpowiedni sposób stanie się wprowadzeniem dla tej nowej formy… Dzisiaj będzie nietypowo, ponieważ i książka o której chcemy napisać, jest dość nietypową publikacją, bo multimedialną…

A zatem, żeby nie przedłużać w monotonny sposób, przejdę do „legendy”, czyli wyjaśnienia co jest czym, czyje i z czym to się je… Jako, że ten sposób pisania jest dla nas zupełną nowością, z bijącymi mocno sercami żywimy nadzieję, że będzie to strzał w dziesiątkę. Krótko więc: czcionka prosta to tekst pisany przeze mnie, ponieważ prosty ze mnie chłopak, zaś kursywą pisać będzie Natalia, ponieważ jako kobieta jest dużo bardziej wdzięczna, urocza i delikatna. Ale wystarczy już tych wstępów, przejdźmy do „Wonderbooka: Księgi Czarów”.

O BARDZIEJ BĄDŹ MNIEJ TRAFNYCH WYBORACH J.K.ROWLING…
Pamiętam swego czasu informację prasową, którą otrzymałem na maila, a dotyczyła ona wydania w Polsce najnowszego „dziecka” J.K.Rowling i firmy Sony. Po, moim zdaniem, nie do końca trafionym pomyśle z Pottermore, autorka „Harry’ego Pottera” jeszcze raz nawiązała współpracę z Sony, by tym razem wydać swoją publikację w formie swego rodzaju gry komputerowej. Dla mnie to był ewidentny „skok na kasę” i z góry byłem uprzedzony do tej „książki”.

Ja cały czas uważam, że jest to „subtelny” skok na kasę. Dlaczego tak myślę? Sprawa jest prosta. Sama J.K.Rowling przed laty zarzekała się, że „Harry” nigdy, przenigdy nie zostanie wydany w formie e-booków. Teraz mamy i e-booki i „Wonderbook: Księgę Czarów”. Wygląda na to, że pani Rowling w pewien sposób nie chce zakończyć swojej rentownej przygody z czarodziejskim światem Harry’ego, dlatego ima się różnych sposobów i form, żeby przedłużyć życie tej serii.


A ja jestem zdania, że wpływ na ostatnio podejmowane przez J.K.Rowling decyzje ma jej nowy agent. Wszelkie deklaracje, które czyniła podczas współpracy z Christopher’s Little Literature Agency, teraz nie mają już znaczenia. Bardzo dobrze pamiętam jej słowa, że nie zamierza wydać „Harry’ego Pottera” w formie książek elektronicznych, ponieważ te zabijają przyjemność czytania i za bardzo odbiegają formą od tradycyjnych książek. Jak widać teraz nie ma to już znaczenia i moim zdaniem nie można tego tłumaczyć tym, że Jo chce w ten sposób dotrzeć do nowej grupy czytelników. To jest ścieżka prowadząca do łatwego zarobku. Wejście pełną parą w erę technologii i multimediów jest też swego rodzaju wbiciem noża w plecy nam, czytelnikom, którzyśmy zapewnili jej rozgłos, sławę i dochody ze sprzedaży książek. To my kupiliśmy 450 mln egzemplarzy jej powieści, a teraz wymaga się od nas, byśmy odsunęli się od tradycyjnie wydanych książek i czytali z ekranu elektronicznego urządzenia bądź po prostu „grali” w książkę. Ktoś chyba zapomniał o ważnym sloganie: „Jeżeli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanikła, a zwłaszcza wśród dzieci, to niezawodny znak, że jesteś MUGOLEM!”. Czyżby swoimi ostatnimi poczynaniami J.K.Rowling przyznawała się do bycia mugolką?
Sama powinna odpowiedzieć na to pytanie i jeśli nadarzy się okazja to jestem pewna, że nie omieszkamy jej go zadać. Zawsze wydawało mi się, że Jo jest idealnym przykładem osoby konsekwentnej, która nie rzuca słów na wiatr. A tu takie rozczarowanie. Jestem pewna, że nie tylko ja czuję się zawiedziona, ale i zapewne tysiące innych wiernych fanów, którzy uważali ją za swój autorytet.

Dla mnie nadal jest autorytetem, tyle że najwyraźniej zdarza się jej ostatnio po trosze błądzić. Poza tym – człowiek pozostaje człowiekiem i czasami zmienia zdanie, a indywidualność i niezależność innych jest podstawą życia. Mogą nam się nie podobać decyzje J.K.Rowling, ale musimy je uszanować i zdecydować czy jesteśmy mimo wszystko za nią czy przeciwko. Jak w przyjaźni – błędy popełniane przez przyjaciół nie powinny zakańczać przyjaźni, bo co to wtedy za przyjaźń?

Dlaczego, pomimo tego rozczarowania, mam wybierać czy jestem „za” czy „przeciw”? Co ma piernik do wiatraka? Po prostu czuję się zawiedziona i tyle. Poza tym, sam poczułeś się o wiele bardziej dotknięty, gdy się tylko o tym dowiedziałeś. Miałam wrażenie, że już na zawsze zmieni się Twoje nastawienie do Jo, a teraz jej bronisz. Indywidualność i niezależność to jedno, ale będąc osobą publiczną i jedną z najbardziej wpływowych na świecie, trzeba pamiętać o tym, że każde wypowiedziane słowo będzie zapamiętane i konfrontowane z kolejnymi, o ile będą one różne.

Owszem, moja krytyka względem wydania „Księgi Czarów” w takiej formie w jakiej została wydana pozostaje we mnie niezmienna. I nadal jestem przeciwny temu. Albo gra, albo książka. W tym temacie byłem, jestem i raczej pozostanę konserwatywny. Ale o tym za chwilę. A piernik do wiatraka ma to, że mówisz o tym, że była autorytetem dla wielu. Czy naprawdę uważasz, że po jednej czy dwóch decyzjach, z którymi my i być może inni, się nie zgadzamy, są wystarczającym powodem, by skreślić to co robiła dla nas przez ponad 10 lat? Dodatkowo warto też dodać, że Rowling nigdy nie pragnęła sławy i popularności. Czemu więc bycie osobą publiczną ma odbierać bądź umniejszać prawo do zmian decyzji? Jest tylko człowiekiem i ma takie same prawa jak my.

To, że być może dla niektórych nie jest już autorytetem nie oznacza, że została całkowicie skreślona. Jej działania nie poszły w zapomnienie, zawsze była, jest i będzie kobietą, która według mnie zmieniła świat na lepszy. Jednakże będąc „celebrytką” powinna mieć świadomość, że tak poważne zmiany decyzji mają takie a nie inne konsekwencje. Sprawa jest dość poważna, bo nie mówimy tutaj przykładowo o zmianie okładki książki tylko formy wydania, której nie była zwolenniczką. „Trafianie” do nowego odbiorcy jest dość słabym argumentem, ponieważ na pewno każdy chociaż raz słyszał o „Harrym Potterze” i jeśli chciał przeczytać to już to zrobił i nie czekał specjalnie na e-booka.
Znając Jo i jej samopoczucie, kiedy znajdzie się w świetle jupiterów, jej sławę i sposób radzenia sobie z nią, porównałbym do starożytnego Rzymu i gladiatorów. Większość z nich nie chciała znaleźć się na arenie, ale nie mając wyboru, musieli stanąć przed tłumem i zabijać bądź zginąć. Jedna decyzja Rowling sprawia, że przestanie być autorytetem, bo jest sławna… Czyli jeden błąd, tak jak i na arenie, może kosztować utratę „życia”. Jestem przekonany, że co do e-booków jesteśmy zgodni. Żadne z nas nie jest ich zwolennikiem i uważamy za zbezczeszczenie tradycyjnej książki zamknięcie jej w jakimś dziadowskim, mugolskim urządzeniu… Ale inni mają prawo do swojego zdania i każdy wybierze to, co dla niego odpowiednie. Grunt, że papierowe książki nie zostały wycofane ze sprzedaży i w tej kwestii każdy ma wybór. Wyboru nie ma natomiast w przypadku „Wonderbooka: Księgi Czarów”, gdzie z góry się nam narzuca, że albo akceptujemy formę książkowej gry, albo zupełnie odsuwamy się od tej „publikacji”. Oboje mamy podzielone opinie względem poczynań J.K.Rowling i ciągnięcie tego wątku będzie już raczej nużące. Może przejdziemy zatem do tego, co jest tematem tego wpisu?
TWARZĄ W TWARZ Z „WONDERBOOKIEM…”
Zgadzam się w zupełności. Czas przejść do „gwoździa programu”. 14 listopada swoją premierę miał „Wonderbook: Księga Czarów”. Kilka dni później całkiem przypadkowo znaleźliśmy się w centrum handlowym „Sarni Stok” w Bielsku-Białej, gdzie w Media Markt odbywała się wielka promocja tejże „książki”. Pierwszym co rzuciło nam się w oczy był regał wypełniony po brzegi owym wydawnictwem. Wedle posiadanego sprzętu można było wybrać jedną z trzech opcji zakupu: Pakiet z konsolą PS3, kontrolerem ruchu PlayStation Move, kamerą PlayStation Eye za 1199 zł, pakiet z kontrolerem ruchu oraz kamerą za 299 zł lub samego „Wonderbooka…” za 139 zł. Gdy tylko oderwaliśmy się od regału naszym oczom ukazał się gigantyczny banner reklamujący nowe dzieło J.K.Rowling.
Ten banner zrobił na nas niewątpliwie WIELKIE wrażenie. Doszliśmy do wniosku, że nawet chcąc go rozwiesić na domu, nie zdołalibyśmy tego dokonać, gdyż jest on naprawdę sporych wymiarów. Może trochę wstyd się przyznać, ale ta cała otoczka promocyjna przekonała mnie do tego, że może warto poświęcić trochę czasu i uwagi rzeczonemu „Wonderbookowi…”. Jedyny żal, który się we mnie zatlił związany jest z tym, że niestety nie widziałem by którakolwiek z książek Jo czy też filmów na ich podstawie były aż tak promowane. I na próżno mnie przekonywać, że magią tej serii było to, że i bez reklamy była megapopularna. W tym przypadku widać, że Sony naprawdę chce wykorzystać swoją szansę i jeszcze bardziej wybić się do góry na współpracy z J.K.Rowling. Nie ma co ukrywać – wiadomo, kto najwięcej zarobi na tym projekcie. Wielu fanów kupi konsolę PS3 tylko ze względu na „Księgę Czarów”, wielu innych, którzy do tej pory wahali się nad zakupem, ma teraz powód do podjęcia ostatecznej decyzji. Same podstawowe przyrządy – kontroler ruchu czy kamera – są droższe od samej gry. I właśnie – książka czy gra? Szumnie określany mianem książki multimedialnej produkt już przez samego wydawcę został już na opakowaniu nazwany „grą”. Czyżby w końcu prawda ujrzała światło dzienne i rzeczy zostały nazwane po imieniu?

Może i jestem tradycjonalistką w tym temacie, ale szczerze mówiąc, ciężko mi określić książką coś, co nie jest zrobione z papieru. Co prawda „Wonderbook…” zawiera element książkopodobny, ale w prawdziwą księgę zamienia się dopiero na ekranie. W Media Markt mieliśmy okazję zobaczyć jak to wszystko wygląda. Naszą przewodniczką była przesympatyczna hostessa, która wydawała się mieć „Księgę Czarów” w małym paluszku. Wyjaśniła nam jak działa cały system obsługi i kierowała naszymi pierwszymi poczynaniami w tym zaczarowanym świecie. Nauczyliśmy się prawidłowo rzucać zaklęcia, używać ich na różnych przedmiotach, a także na samych sobie.
Przez co dowiedziałem się jak to jest mieć głowę uwięzioną w bańce powietrza po rzuceniu zaklęcia bąblogłowy i czułem się niemalże jak Cedrik czy Fleur podczas Drugiego Zadania Turnieju Trójmagicznego. Poza tym wiem już, że nie wolno stawiać przed dzierżącą w dłoni różdżkę Natalią żadnych szklanych przedmiotów…

Najlepsze były te gałki oczne, które tuż po tym jak rozbiłam słój, potoczyły się w różnych kierunkach. Nie mając zbyt dużej wprawy we władaniu różdżką, moje starania rzucania nimi w Daniela, z góry były skazane na porażkę. A jeśli już o różdżce mowa, spodziewałam się, że będzie bardziej w stylu „potterowym”, tymczasem okazała się być żywcem wyciągnięta ze starych bajek dla dzieci.
Fakt, różdżka wyglądała strasznie dziecinnie, ale czego tu wymagać – „gra” przeznaczona jest już dla dzieci, które skończyły 7-my rok życia. I pomimo świetnej zabawy i uśmiechów, które nie schodziły z naszych twarzy, naprawdę szkoda, że tak niewiele jest tego tekstu napisanego przez J.K.Rowling, a dodatkowo jego rola jest w zasadzie bardzo niewielka. Jedynie w niektórych etapach wymaga się znajomości poszczególnych jego części, choć i bez tego można w prosty sposób stawić czoła wyzwaniom. Kiedy słyszałem termin „książka multimedialna”, naprawdę miałem nadzieję na to, że treści będzie w niej przynajmniej tyle co rozrywki. A jednak treść jest jedynie dodatkiem, wobec czego skłonny jestem powiedzieć, że i pierwsze gry komputerowe na podstawie książek z serii są książkami multimedialnymi. Dlaczego? Bo i w nich były zamieszczone dodatkowe treści napisane przez J.K.Rowling. Wszystkie postacie z kart i ich opisy są jej autorstwa. Jakąż więc książką jest „Wonderbook…”? Książką jest słabą. Choćby właśnie przez wzgląd na tą całą zabawę i grę, ale właśnie. Grą jest świetną i wciągającą. I na pewno przeznaczoną dla całej rodziny, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie. Trójwymiarowe teatrzyki, które można podziwiać z każdej strony i perspektywy w zależności od tego jak obrócimy tę realną książkę spoczywającą przed czułym okiem kamery, zabawy z oczyszczaniem dłonią woluminu z kurzu czy piór bądź też unoszenia jej w celu wysuszenia po zalaniu - to wszystko składa się na fantastyczną zabawę, którą w naszej rodzimej wersji okrasza swą bajeczną, niczym wisienka na torcie, narracją Piotr Fronczewski.
Biedny pan Piotr…Zapewne nie spodziewał się, że kiedyś przyjdzie mu jeszcze raz wziąć udział w przedsięwzięciu związanym z czarodziejskim światem stworzonym przez J.K.Rowling. Naprawdę ciekawa jestem jaka była jego reakcja, gdy dowiedział się o „Księdze Czarów” i o tym, że jest najchętniej widziany w roli jej narratora. Osobiście bardzo się cieszę, że po raz kolejny mogłam usłyszeć jego głos w magicznym projekcie. Głos, który już zawsze będzie mi się kojarzył z polskim brzmieniem „Harry’ego Pottera”.
Święta prawda, święta prawda... Piotr Fronczewski jest świetnym narratorem i szkoda tylko, że żadne z nas nie zmobilizowało się jeszcze do przesłuchania w całości audiobooków przez niego nagranych… Ale to chyba zawsze będzie ponad nasze siły i jedynie nasze dzieci będą mogły liczyć na ich wysłuchanie, kiedy nam nie będzie się chciało czytać im na dobranoc.

Wychodzi na to, że będziemy wyrodnymi rodzicami, ale usprawiedliwić się możemy tym, że żadne z nas nie byłoby w stanie dorównać panu Piotrowi. Pamiętam jak kiedyś rozmawialiśmy na temat jego głosu. Padło wtedy stwierdzenie, że jest on polskim odpowiednikiem Alana Rickmana, którego głęboki głos przyrównywano do jedwabiu. Właśnie taka, pełna głębi narracja jest zdecydowanie jednym z wielu atutów „Wonderbooka...”. Choć przygotowana głównie z myślą o najmłodszych, publikacja jest źródłem wyśmienitej zabawy również dla dorosłych.

Możemy więc przejść do podsumowania. Aż do tej pory wierzyłem, że tylko ja jestem w stanie przegadać cały wpis, ale wygląda na to, że jednak nie tylko ja. Ale czas na meritum: „Wonderbook: Księga Czarów” to w realnym świecie zaledwie kilkunasto-stronicowa książeczka wypełniona liniami, kwadratami czy prostokątami, co dla zwykłego zjadacza chleba jest zupełnie nieczytelne. Po wsadzeniu płyty do napędu konsoli PS3, położeniu „książki” przed ekranem, wyświetla się na nim prawdziwy obraz tego niepozornego wydawnictwa. I co tu mamy? Pięć rozdziałów, w których uczymy się historii zaklęć, ich inkantacji i ruchów nadgarstka, które należy opanować, ażeby rzucić odpowiedni czar. Potem mierzymy się z przeszkodami bądź zadaniami wymagającymi sprawnego i wprawnego ich rzucania. To wszystko, zgodnie z tym, co mówiła szkoląca nas hostessa, zapewnia około 8 godzin zabawy osobie dorosłej. Nie będę w tej polemice jedynym, który po przetestowaniu gry byłby skłonny i chętny sięgnąć po nią wbrew wcześniejszym deklaracjom. „Wonderbook: Księga Czarów” wychodzi obronną ręką ze starcia tylko dlatego, że wydawca już na opakowaniu przyznał, że jest to gra. Nie widzę w tym wszystkim ani odrobiny książki. Bo książka to prostota, papier szeleszczący pod palcami, zapach farby drukarskiej, cisza, wyobraźnia i refleksja. Tutaj wyobraźnię zastępują nam zmyślne grafiki, a refleksja wraz z ciszą są burzone poprzez zwykłą, choć nie tanią, rozrywkę. Natomiast jako gra jest to prawdziwy majstersztyk, albowiem nie sądzę, bym mógł przy którejkolwiek z dotychczas wydanych gier „potterowych” spędzić aż tyle czasu.
Dla kogo jest ta gra? Zdecydowanie dla osób lubiących gry multimedialne, nowinki technologiczne i wielogodzinne siedzenie przed konsolą lub komputerem. Warto też dodać, że mając odpowiedni sprzęt potrzebny do gry, sama gra jest w przystępnej cenie. Kiedy jednak jej posiadanie wymaga zakupu pełnego zestawu, jest to niestety spory wydatek, przy którym wypadałoby się zastanowić, czy naprawdę jest to nam niezbędne. Bo zakup konsoli dla jednej gry jest jak zakup samochodu dla jednej przejażdżki.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz