Celtycki świat "Harry'ego Pottera" - część 1

Dziś przeniesiemy się do czasów starożytnych, epok brązu i żelaza, albowiem to właśnie tam swe początki ma niezwykła magiczna podróż, której wynik leży dziś przede mną na biurku. Przenieśmy się zatem do czasów, kiedy wielcy Celtowie brnęli przed siebie podbijając i opanowując kolejne ziemie. Waleczni, okrutni i niezwykle twardzi - takimi słowami określał ich sam Arystoteles. A jednak ciągła ekspansja Celtów opłaciła się nam - dotarłszy do Europy, w sporej mierze wpłynęli na rozwój takich dziedzin jak kowalstwo, hutnictwo czy garncarstwo. Co więcej, to im zawdzięczamy „wejście” do epoki żelaza. Ten starożytny lud na stałe wpisał się w historię, a ich ekspansja trwała i trwała niezliczoną ilość czasu... A jednak wkrótce się skończyła w bardzo krwawy sposób. Kto by pomyślał, że po kilku setkach lat, Celtowie zaczną być prześladowani, a ich język skazany niemalże na całkowite wytępienie? Władze Anglii podjęły ku temu stosowne kroki. Mordowano nauczycieli i bardów - wędrownych poetów i wieszczów, których zadaniem było przekazywanie historii Celtów. W związku z buntami i powstaniami, pod koniec XVIII w. w Szkocji i Walii, po nieudanym powstaniu jakobitów, rozpoczęły się tzw. „czystki etniczne” - łapanki i wieszanie oskarżonych. Skutkowało to niemal całkowitym wyplenieniem języka gaelickiego. Ale nim Celtów spotkała klęska, wiele, wiele lat wcześniej dotarli do pewnego rejonu Francji... W około V - VI wieku, Celtowie dotarli na ziemie bretońskie i zasiedlili je. I do dnia dzisiejszego pozostawili tam po sobie ślad...

Z pewnością większość (o ile nie wszystkie) języków celtyckich jest dziś zagrożona wymarciem. Coraz mniej współczesnych Celtów mówi i pisze w języku przodków. Władze starają się odpowiednio traktować zaistniały problem, dlatego też w Walii powstała telewizja, w której emitowane są wyłącznie walijskojęzyczne programy. Język walijski został w 2003 r. sklasyfikowany przez UNESCO jako poważnie zagrożony. Pozostałe języki celtyckie mają się nie lepiej… Szkocki gaelicki, irlandzki czy bretoński – jestem przekonany, że naprawdę niewiele osób słyszało o takowych językach. A jednak one istnieją i są bardzo ważnym elementem starożytnej kultury celtyckiej. Kultury, którą dziś – za sprawą jednej książki – pragnę przywrócić do życia.

Wiele razy przyłapuję się na tym, że chcąc powiedzieć wystarczająco wiele, odbiegam do rzeczy bądź kwestii, które, w czystej teorii, nie mają związku z tematem. Może jeszcze kilka lat temu nie czyniłbym takich kroków. Z pewnością rozpoczynając swoją drogę kolekcjonera zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera”, to wszystko było dla mnie zbyt nowe i egzotyczne, a przede mną zbyt wiele pozostawało do odkrycia, bym zaprzątał sobie głowę dociekliwością i zgłębianiem wiedzy. Dwudziesta czy trzydziesta zdobyta przeze mnie w obcym języku książka J.K.Rowling była wielkim sukcesem, ale zapatrzony byłem w ten odległy kraniec mojej wędrówki, który z tamtej perspektywy był jeszcze niewidoczny. Najprościej rzec ujmując – kiedy będąc głodnym, dostaje się talerz pełen wyśmienitego jedzenia, najpierw pochłaniamy je bezmyślnie, by się nasycić, potem lekko zwalniamy, by na końcu delektować się ostatnimi kęsami wybornej potrawy. I tak też jest w moim przypadku, tyle, że dotyczy to książek. Na początku skupiałem się jedynie na tym, by je zdobywać, dołączać kolejne tomy do zbioru i cieszyć nimi oko. Mniej więcej w połowie, zdałem sobie w prawdzie sprawę jak bardzo niecodzienne i piękne jest to hobby. Teraz, zbliżając się do upragnionego celu, staram się cieszyć i delektować każdą kolejną pozycją, którą udaje mi się zdobyć. Sześćdziesiąte piąte wydanie językowe… Z jednej strony brzmi to fantastycznie, z drugiej niesie za sobą olbrzymi ciężar. To nie jest kolekcja, którą można zamknąć w szufladzie i samolubnie cieszyć się jej posiadaniem. To coś o wiele ważniejszego, to droga, która wymaga. Wymaga przystanięcia i refleksji. Dzięki niej poznałem wiele krajów, narodowości i języków, a także wyrobiłem sobie zdanie na wiele tematów z nią związanych. Dlatego dziś nie mogę przejść obojętnie obok Bretanii… Nie mogę odłożyć bretońskiego „Harry’ego Pottera” na półkę i odhaczyć na liście zdobyte wydanie. Dlatego też zabiorę Was w podróż do tego nieznanego, przynajmniej niektórym z Was, zakątka Ziemi. Do Bretanii -historycznej krainy i regionu mieszczącego się w północno-zachodniej Francji, położonego na Półwyspie Bretońskim nad Oceanem Atlantyckim. Od wieków ten rejon słynie z handlu morskiego i rolnictwa. I niekwestionowane jest też to, że Bretania posiada największą odrębność kulturową w stosunku do Francji i do dzisiaj przetrwały tam szczątkowe tradycje celtyckie.

Dlaczego „Harry Potter ha Maen ar Furien”, czyli pierwszy tom serii w tym języku, jest dla mnie tak istotny, że sięgam nawet do źródeł historycznych? Ano, wierzę w to, że warto promować i wspierać język, który ma tak ważną rolę dla historii. Jako jeden z języków celtyckich jest on swego rodzaju spuścizną kulturową starożytnych Celtów, obrazem ludu, który miał tak znaczący wpływ także i na rozwój Polski (bo i tutaj Celtowie dotarli). Niewiele ponad dwieście tysięcy osób posługuje się bretońskim, w tym zaledwie 1% młodzieży poniżej dwudziestego roku życia. Dalsze statystyki również nie napawają optymizmem – zaledwie 6% ludności bretońskiej, która nie ukończyła jeszcze czterdziestu lat, posługuje się tym językiem. Wniosek nasuwa się sam – jeśli tak dalej pójdzie, nie dalej niż za kilkanaście – kilkadziesiąt lat, język bretoński zupełnie zginie. Przerażające jest to, co powiedział nam pan Mark Kerrain – autor bretońskiego przekładu „Harry’ego Pottera”: w języku bretońskim nie istnieje taki zawód jak tłumacz. Bardzo rzadko tłumaczy się książki na celtycki język, a kiedy już się to robi, wybiera się jedynie pozycje, które mogą skłonić ludzi do nauki języka. 17 października tego roku, wydawnictwo An Amzer wydało pierwszą powieść o Harrym Potterze przetłumaczoną na język bretoński. Na rynku pojawiło się 3 tysiące egzemplarzy. Dlaczego ta książka? Ponieważ w przeprowadzonej sondzie, to na nią głosowała młodzież. Fenomen „Harry’ego Pottera” ma sprawić, że te statystyki staną się lepsze, że więcej młodych ludzi zostanie przy swoim regionalnym języku chroniąc go tym samym przed całkowitym wymarciem. To zawsze jest dla mnie rzeczą wyjątkową – publikowanie tych książek w takich językach, dla których mogą one oznaczać przetrwanie. Japońskie, chińskie, duńskie czy nawet hinduskie wydanie – to nic, kiedy zestawimy ilość książek wydawanych w tych translacjach z książkami publikowanymi po tybetańsku, khmersku czy bretońsku. Wydanie „Harry Potter ha Maen ar Furien” zostało przyjęte na całym świecie z wielkim entuzjazmem. Media rozpisują się na temat najnowszego tłumaczenia książki J.K.Rowling, a Thierry Jamet – wydawca – ma pełne ręce roboty. Telefony się urywają, wszyscy proszą o wywiad. Nawet „The Voice of Russia”. Pan Jamet zyskał sobie wielką sławę i uznanie, w końcu przyłożył rękę do wielkiego projektu. Ale nie wolno zapominać o udziale jeszcze jednego człowieka, bez którego to wydanie nigdy by nie powstało…

Serdecznie zachęcam do przeczytania naszego wywiadu z Markiem Kerrainem, tłumaczem „Harry’ego Pottera” na język bretoński.

„MAGIĄ „HARRY’EGO POTTERA” JEST TO, ŻE DZIECI CZYTAJĄ…”

Mark Kerrain – ur. 1952 r. w Runon, wykładowca bretońskiego na Universite Rennes 2 Haute Bretagne, autor książek o gramatyce języka bretońskiego.

HPKOL: Na samym początku gratulacje! Wykonał Pan świetną pracę tłumacząc „Harry’ego Pottera” na język bretoński. Czy jest Pan zadowolony z rezultatu?

MK: Zadowala mnie to, że udało mi się dokończyć tę pracę. Nie jestem profesjonalnym tłumaczem, w naszym języku taki zawód jeszcze nie istnieje, wobec czego nie byłem przyzwyczajony do tak długiego tłumaczenia. Czuję jednak, że teraz jestem w pełni gotowy do przełożenia drugiego tomu.

HPKOL: Jak doszło do tego, że został Pan tłumaczem tej książki?

MK: Wydawnictwo An Amzer opublikowało moją książkę o gramatyce języka bretońskiego i najczęstszych błędach popełnianych przez uczących się go. Thierry Jamet, wydawca, powiedział mi, że marzy o tym, by wydać „Harry’ego Pottera” po bretońsku. Powiedziałem mu, że zacząłem przekład, ale jeszcze go nie wydałem. Wobec tego nie było trudno się dogadać.

HPKOL: Czy teraz, po publikacji książki „Harry Potter ha Maen ar Furien” jest Pan zainteresowany pracą przy tłumaczeniu kolejnych części serii?

MK: Będę zainteresowany tą pracą tak długo, dopóki wydawca zechce je wydawać.

HPKOL: Czy czytał Pan wcześniej powieści o Harrym Potterze, czy też była to Pańska pierwsza styczność z książkami J.K.Rowling? Co Pan o nich sądzi?

MK: Byłem jednym z pierwszych czytających „Harry’ego Pottera” po francusku i kupiłem wszystkie tomy dla moich dzieci. Byłem po prostu szczęśliwy widząc je czytające książki. Jeszcze bardziej szczęśliwy jestem widząc dzieci czytające w języku bretońskim. Jak dotąd czytałem tylko pierwsze dwa tomy, ale obecnie jestem już przy trzeciej części.

HPKOL: Ile czasu trwało tłumaczenie „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego” na bretoński?

MK: Powiedziałbym, że zajęło mi to dziewięć, dziesięć miesięcy. Nie mogłem zajmować się tłumaczeniem codziennie, ponieważ muszę też zajmować się nauczaniem w szkole. Pracowałem więc intensywniej podczas dłuższych przerw od nauki.

HPKOL: Jak dotąd „Harry Potter” wydany został w kilku mniej popularnych językach jak walijski, irlandzki czy teraz bretoński. Co sprawia, że te książki tłumaczone są na tak wiele języków?

MK: Magią „Harry’ego Pottera” jest to, że dzieci czytają i ta magia działa tak samo w języku walijskim czy bretońskim.

HPKOL: Czy słyszał Pan o kolekcjonowaniu zagranicznych wydań „Harry’ego Pottera”? Co Pan sądzi o takim hobby?

MK: Słyszałem o kolekcjonerach „Tintina”, więc nie jestem tym zaskoczony. Osobiście zacząłem gromadzić swoją własną kolekcję, ale na tę chwilę zadowala mnie posiadanie wydania bretońskiego, walijskiego, angielskiego i francuskiego… Nawet nie będę próbował rywalizować z Wami…

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz