Wielki Tydzień w Londynie - WB Studio Tour - "The Making of Harry Potter": CZĘŚĆ DRUGA

„Hogwarts will always be there to welcome you home”
J.K.Rowling

~CZĘŚĆ DRUGA~
Serce mi zamarło. Poczułem się jak we śnie, a choć wiedziałem, że to nie sen, nie potrafiłem uwierzyć w to co widzę. A może moje oczy kłamią? Czy ja zwariowałem? Nie… Właśnie rozpoczęło się na dobre moje zwiedzanie WB Studio Tour – The Making of Harry Potter. Oniemiały z zachwytu przekroczyłem próg Wielkiej Sali, kiedy tylko wielkie drzwi zostały przed nami otwarte. Dopiero teraz widzę ile pracy i serca filmowcy włożyli w przekonujące i realne przedstawienie świata Harry’ego Pottera. Masywne drzwi pokryte są herbami domów, nie wiem czemu nigdy nie zwróciłem na to uwagi podczas oglądania filmów. Ale to nie jedyny szczegół, który mi umknął w trakcie 10-letniego eksplorowania filmowego świata „Harry’ego Pottera”. Mimo, że to plan filmowy, a nie Hogwart, kurz i tak zdaje się być w tym miejscu magiczny. W zasadzie nie wiem na co patrzeć – czy podziwiać piękne mury, kominki, doszukiwać się na stołach i krzesłach ukrytych przekazów (jak np. wyryte na jednej z ławek„F.B.”). W każdym kącie staram się odszukać coś osobliwego. Podziwiam stroje, zastawę stołową, dzbanki ze świńską głową i wiele, wiele innych osobliwych ciekawostek. To bez wątpienia jeden z najwspanialszych planów jaki zwiedziliśmy podczas tej wycieczki. Jedyny mankament Wielkiej Sali, to ograniczony czas, który można w niej spędzić. Jako miejsce startowe, szybko jest opróżniane i przygotowywane dla następnych zwiedzających. I choć próbowałem wemknąć się tam ponownie kilkakrotnie, na nic się to zdało. I to w zasadzie największy minus tej wycieczki, aczkolwiek rozumiem decyzję organizatorów. Pierwsze wstąpienie do Wielkiej Sali straciłoby swą magię, gdyby już wypełniona była tłumem ludzi. Tak czy siak – pewien niedosyt zostaje i mam nieodparte przeczucie, że wielu drobiazgów nie zdążyłem nawet dostrzec, a co dopiero przyjrzeć się im w tak krótkim czasie.

Po grzecznym „wyproszeniu” z Wielkiej Sali trafiłem do olbrzymiej hali, w której mówiąc najbardziej kolokwialnie stał plan na planie planem podparty, który plan poganiał. Bardzo doceniam fakt, że tak naprawdę twórcy atrakcji nie pozostawili żadnego wolnego miejsca. Zewsząd i naokoło otaczały nas rekwizyty, plany, bądź ich części, cudowne gobeliny i kostiumy. Doprawdy – to miejsce poznało magię. I mógłbym tu oczywiście opisywać każdy kolejny przedmiot, plan i kostium, które zauważyłem, jednak skupię się bardziej na „recenzji” tego miejsca, miast opisywać szeroko relację i psuć niespodziankę tym, którzy z chęcią wybiorą się do tego miejsca. Przechodziłem obok tych wszystkich przedmiotów i drobiazgów, zatrzymując się na naprawdę długą chwilę przy fragmencie scenografii z Balu Bożonarodzeniowego.

Kolejny fantastyczny „detal”,którego nigdy wcześniej nie zauważyłem. Dopiero ostatnio oglądając ponownie „Czarę Ognia” wypatrzyłem wspaniały stół z napojami. Przywodzi mi to na myśl jakąś wspaniałą scenę z „Królowej Śniegu”, lodowy pałac – wygląda to dosłownie bajecznie. Zresztą nie będę ukrywać, że lodowa Wielka Sala to mój ulubiony plan (mówię rzecz jasna o filmie, w studio zaprezentowany jest powyższy fragment owej dekoracji).

Dalej magia przeplata się z magią – tu jest naprawdę wszystko – rzeczy, które nawet mi się nie śniły, plany o których zobaczeniu marzyłem od dziecka. Są też nawet „fragmenty” charakteryzatorni, gdzie do luster poprzyklejane są karteczki z wyszczególnionymi na dany dzień makijażami i godzinami. Aż trudno uwierzyć ile tych wszystkich detali, kosmetyków i tego wszystkiego, co tylko kobiety pewnie potrafiłyby nazwać – znajduje się w tym jednym małym miejscu, na jednym „stoliku”. Pokój wspólny Gryfonów, gabinet Dumbledore’a, klasa Snape’a czy Ministerstwo Magii – to tylko jedne z wielu atrakcji czekających nas w pierwszej hali.

Ale jest ich o wiele więcej. Powinno wystarczyć, jeśli powiem, że w tym budynku spędziłem prawie 4 godziny i nadal czułem niedosyt, nadal ogarniała mnie świadomość, że nie wszystko zobaczyłem. Jeśli mowa o gabinecie Dumbledore’a – zapiera dech w piersi. Nie wyobrażam sobie potteromaniaka, który nie marzyłby o stanięciu przed biurkiem dyrektora Hogwartu. Poza tym – będę się powtarzać – ogrom detali i szczegółowość najmniejszych przedmiotów są porażające. Naprawdę nic nie zostało tu pozostawione przypadkowi. Ba! Brama Hogwartu ma nawet doklejony mech i pył, by prezentowała się idealnie i okazale. W wielu miejscach czekają nas niespodzianki– podziwiamy efekty specjalne – wiele przedmiotów nie tylko wydaje się być magicznymi, one SĄ magiczne. Sweter w kuchni Weasleyów sam się szyje, żelazko samo prasuje, nóż samoczynnie kroi marchewkę – „jak ja kocham magię!”.
A jak gdyby tego wszystkie miało być za mało – każdy ma możliwość poczucia się jak prawdziwa gwiazda filmowa i polecieć na green screenie na miotle lub w Fordem Anglia, który pojawia się dopiero na ekranie! Zabawa jest przednia, a i można zakupić doskonałą pamiątkę w postaci zdjęć ze swoich własnych czarodziejskich przygód.

Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że opuściwszy pomieszczenie z zielonym tłem, trafiłem w sam środek Ministerstwa Magii z gabinetem Umbridge na czele.
Kolejny raz oczy nie nadążają za wszystkimi drobiazgami, wiele szczegółów umyka, nie ma najmniejszej szansy na ogarnięcie tego wszystkiego. Nie podczas jednodniowej wizyty. Choć i tak uważam, że nawet po miesiącu ciągłego pobytu tam, nadal wiele drobnostek umykałoby mi. Pomnik „Magic is Might” na żywo wygląda fenomenalnie – aż robi się przykro na samą myśl, że w filmie był pokazany jedynie przez takie krótkie chwile. Ależ to musiała być pokusa dla realizatorów filmu, żeby nie pokazywać wszystkich tych detali na zbliżeniu! Myśli szalały, kiedy patrzyłem na dziesiątki rzeczy,których nigdy na ekranie nie było – jak np. liścik od Dolores do Minervy McGonagall czy też list Lily do Syriusza i mnóstwo innych ksiąg, gazet,wycinków, ulotek, pudełek, opakowań i mógłbym tak wyliczać bez końca. Opuszczam zatem pierwszą halę. Na zewnątrz – znowu magicznie.
Widzę domek przy Privet Drive 4, zrujnowany dom Potterów, forda Anglię, Błędnego Rycerza i motocykl Hagrida, w których można zrobić sobie zdjęcia, część drewnianego mostu i olbrzymie figury szachowe.

I jest również miejsce, gdzie nareszcie mogę dostać piwo kremowe. Tutaj też pojawia się drugi i ostatni minus tej atrakcji. Napój podawany jest w plastikowych kubeczkach. Choć przepyszny i nieporównywalny do niczego co kiedykolwiek wcześniej piłem, przekonany jestem, że w prawdziwym kuflu z Miodowego Królestwa, napój ów smakowałby dużo lepiej. Lepiej niż doskonale. Ale jednak – jakieś niedoskonałości być muszą. Jeśli chodzi o atrakcje znajdujące się na zewnątrz, chyba nikogo nie zdziwi to, iż niemalże od razu skierowałem się ku wspaniałemu pomnikowi rodziny Riddle’ów. Czy wiedzieliście jednak, że filmowy popełnili błąd umieszczając na nagrobku dane „Tom Marvolo Riddle”? Pomyłka została usunięta cyfrowo w filmie zastępując nazwisko Lorda Voldemorta nazwiskiem: „Thomas Riddle”. Ot, ciekawostka – jedna z bardzo wielu.

Druga hala, to zupełnie inny klimat. Już przy wejściu dostrzegamy maski goblinów, peruki i różnego rodzaju maski i niezliczone kukły. Bathilda Bagshot uchwycona na figurze w chwili śmierci prezentuje się naprawdę przerażająco. Do tego pierwsze wersje wyglądu twarzy Voldemorta z pierwszej części – ależ on miał zębiska! W gablotach stoją ciała martwych bądź śpiących –Harry’ego, Dumbledore’a, Hermiony, Dracona… Spod sufitu zwisa bezwładne ciało Charity Burbage, a nieopodal w gablocie spoczywa ciało Zgredka.
Oczywiście nie mógłbym zapomnieć o „gwieździe” tego pomieszczenia – cząstki duszy Voldemorta z Kings Cross, która poruszała się i oddychała ciężko. Na mnie ten widok zrobił naprawdę spore wrażenie, ponieważ Voldemort wyglądał tu niezwykle realnie – jak gdyby naprawdę leżał za szybą i konał w mękach wśród setek osób oglądających z uśmiechami i podziwem jego agonię.

Kolejne pomieszczenie to miejsce potworów i Hardodzioba. Kto się boi pająków, niech lepiej nie patrzy do góry… Aragog w całej swej okazałości to widok, którego strachliwi z pewnością nigdy nie zapomną. Kolejny punkt wycieczki – najlepszy plan filmowy jaki zwiedzaliśmy –Ulica Pokątna.

Powiem tylko tyle – rozmiary i detaliczność tej ulicy powalają na kolana. Aż trudno uwierzyć, że te mury nie są prawdziwe… Kiedy już udało nam się z bólem serca wydostać z najwspanialszej uliczki na świecie, pozostawiając za sobą tysiące rzeczy, których pewnie nie zauważyliśmy, dotarliśmy do finałowych części zwiedzania.

Tzw. „concept room” gdzie można podziwiać wszelkie plany i rysunki koncepcyjne, modele, atrapy i wszystko to czego nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

A potem pozostaje WIELKI finał. Finał, którego nie opiszę, ale powiem tylko, że model Hogwartu w skali 1:24 ze zmieniającym się co kilka minut oświetleniem (dzień/noc) naprawdę wyciska łzy z oczu.

Zwiedzanie kończy się w sklepie z różdżkami, skąd wydostajemy się prosto do sklepu z pamiątkami… W takiej chwili żałuję, że nie odziedziczyłem fortuny Paris Hilton…

Reasumując – jak zapewne zauważyliście i pewnie wielu z Wasze chce mi to wyrzucić bądź wykrzyczeć prosto w twarz – zgrabnie przemknąłem przez trudne etapy, pomijając kwestie, w których mógłbym zdradzić zbyt wiele. Niemniej – wolę zachęcać do odwiedzenia WB Studio Tour – The Making of HarryPotter, aniżeli kilkoma, kilkunastoma bądź kilkudziesięcioma słowami zrujnować radość wynikającą z samodzielnego poznawania tych wspaniałych miejsc.

Opuszczając studio Leavesden poczułem w sercu głęboką radość, niezwykłe szczęście wynikające ze spełnienia kolejnego fantastycznego marzenia. Ale poczułem też ukłucie i pustkę. Tak bardzo nie chciałbym opuszczać tego miejsca, a zarazem tak bardzo chciałbym się nim podzielić z innymi – zwłaszcza z najbliższymi… Kolejna wizyta w 2013 r.? Z ukochaną u boku? Zapewne. W końcu miłość to najpotężniejsza i najpiękniejsza magia.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz