Wielki Tydzień w Londynie - WB Studio Tour "The Making of Harry Potter": CZĘŚĆ PIERWSZA

„Hogwarts will always be there to welcome you home”
J.K.Rowling

7 LIPCA 2011, LONDYN 
Wrzask kilkutysięcznego tłumu, nieustający błysk fleszy aparatów i mnóstwo dziennikarzy. W samym powietrzu zdawało się wyczuwać napięcie i ekscytację. Co i rusz pojawiały się znajome twarze ludzi z „Harry’ego Pottera” – J.K.Rowling, aktorów, aktorek, reżysera, producentów oraz wielu innych członków ekipy. W obliczu takiego wydarzenia jakim jest Światowa Premiera ostatniego „Harry’ego Pottera” euforia łączy się ze smutkiem – bo kiedy gwiazdy zejdą już z czerwonego dywanu, będzie to znaczyło tylko jedno: TO JUŻ KONIEC.

Kiedy więc na scenę wystąpili J.K.Rowling, Daniel Radcliffe, Emma Watson, Rupert Grint, David Yates i producenci, kwestia ostatecznego pożegnania stała się faktem. Przyszedł czas pożegnania i podziękowań. Kiedy podczas przemowy Emmy pojawiły się łzy, płakaliśmy prawie wszyscy. I wszyscy też byliśmy niezmiernie ciekawi co na zakończenie powie ONA – sprawczyni całego zamieszania, prawdziwa czarodziejka słowa – J.K.Rowling. I powiedziała: „Hogwart zawsze będzie gościł w waszych domach”.

Po zakończeniu oficjalnej premiery poczułem dojmującą pustkę. Jakkolwiek wszystkie plakaty w Londynie reklamujące „Harry’ego Pottera” głosiły: „It all ends”, ja za każdym razem dodawałem do tego sloganu jeszcze jedno słowo, upychając je w środku.

W ten sposób stworzyłem sobie swój slogan brzmiący: „It all NEVER ends”.

3 KWIETNIA 2012, WATFORD 
O tym dniu marzyłem od 2002 r., kiedy na ekranach polskich kin zadebiutował „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Pochłonięty magią Hogwartu, jego wyglądu i cudownej scenografii, marzyłem by któregoś dnia zobaczyć to miejsce na własne oczy. Marzenie ściętej głowy. Jedno z tych, które nigdy się nie spełni, ale budzi w sercu ciepło i nadzieję. 2 czerwca 2011 r. miałem przyjemność gościć w studio Shepperton na obrzeżach Londynu, które pełniło funkcję technicznego studia – to tutaj nagrywano wiele scen lotów na miotłach i to tutaj ja sam wziąłem udział w prywatnym nagraniu. Wtedy już wiedziałem, że Warner Bros. planuje uczynić z Leavesden Studios, w którym kręcono wszystkie części „Harry’ego Pottera”, turystyczną atrakcję dla fanów, ale i nie tylko. Projekt miał służyć pokazaniu potteromaniakom jak wyglądała produkcja filmów od środka. Plany zdjęciowe, autentyczne stroje i rekwizyty – to wszystko miało być na wyciągnięcie ręki. Zaraz po powrocie ze Światowej Premiery HP7.2 postanowiłem sobie odwiedzić „The Making of Harry Potter”, kiedy tylko zostanie otwarte dla zwiedzających. Wyszukiwałem w sieci coraz to nowych i nowych informacji na ten temat – mojej radości nie było końca. Podobnie jak przed wyjazdem na premierę, postanowiłem zorganizować swego rodzaju „nabór” do wyjazdu ze mną do studia filmowego „Harry’ego Pottera”. Od tego momentu do chwili samej wycieczki minęło wiele czasu, padło wiele słów i deklaracji, jednak ostatecznie – z naszego tria odpadła jedna osoba. Od tej chwili zacznę chyba traktować to jak fatum – przekleństwo trzeciej osoby, albowiem w przypadku Światowej Premiery HP7.2 w Londynie też trzecia zadeklarowana osoba zrezygnowała – co gorsze – ostatecznie w dniu wyjazdu do Londynu. Ale nie ma co opowiadać o skrajnych przypadkach ludzi, którzy zrezygnowali – to z ich marzeń nic nie wyszło.

Ale powracając do WB Studio Tour. Bilety udało mi się zakupić już w przedsprzedaży – przed wieloma innymi osobami. Stało się jednak jasne, że tak czy siak ominie mnie ceremonia Wielkiego Otwarcia zaplanowana na 31 marca. Ostatecznie wybrałem jako termin wizyty – 4 kwietnia. Czy był żal? Szczerze mówiąc był, ale minął, kiedy oglądałem transmisję na żywo z Wielkiego Otwarcia. Zero klimatu, brak atmosfery – moim zdaniem – wszystko zrobione na „odwal się”. Zabrakło tej staranności i precyzji – całe wydarzenie było takie nijakie. Ale rozgaduję się i rozgaduję, a wypadałoby przejść do meritum. 2 kwietnia wraz z Kasią wyjechaliśmy autokarem z Bielska-Białej na spotkanie z przeznaczeniem. Szczerze przyznam, że nie dowierzałem w realność tego wszystkiego – trudno mi było uwierzyć, że za 2 dni będę w miejscu, w którym ludzie – tak bardzo lubiani przeze mnie i szanowani – spędzili ponad 10 lat. Ciężko było oswoić się z myślą, że trafię do miejsca, o którym zawsze skrycie marzyłem. A jednak. Autokar mknął przez siebie. Tranzytem przez Niemcy, Holandię, Belgię i Francję, w końcu – po 24 godzinach dotarliśmy do Londynu. Pierwsze kroki skierowaliśmy na Trafalgar Square. Obładowani ciężkimi torbami marzyliśmy jedynie o prysznicu i łóżku w hotelowym pokoju. Ale czekała nas jeszcze podróż metrem i koleją podmiejską. Niemniej – kiedy już znaleźliśmy się na Trafalgarze, poczułem jakbym nigdy tego miejsca nie opuszczał. Wyglądało inaczej niż w dniu, kiedy widziałem go po raz ostatni, ale to i tak nie zahamowało fali wspomnień, które wypełniły moją głowę. I mógłbym teraz opisywać całą naszą podróż – stresy w metrze i na kolei z powodu nieznajomości tamtejszej komunikacji, ale użyję swojej czarodziejskiej mocy i przeniosę się kilkoma słowami do hotelu Park Inn Watford. Przede wszystkim po to, żeby go zareklamować – zaledwie 3 min. pieszej wędrówki dzielą go od stacji Watford Junction, z której odjeżdża autobus bezpośrednio do WB Studio Tour.

4 KWIETNIA 2012 – WB STUDIO TOUR „THE MAKING OF HARRY POTTER” 
Pobudka o 7 rano, wyszykowanie się i już przygotowujemy się do wyjścia z hotelu. Najpierw na „zwiady”, ażeby zorientować się co do godzin odjazdu naszego autobusu. Wracamy do pokoju hotelowego i czekamy do 9. Zaczynam odczuwać to cudowne łaskotanie w brzuchu – zaczyna rodzić się powoli ekscytacji. Pierwsze wątpliwości – a co, jeśli okaże się, że miejsce, którego odwiedzenie jest moim marzeniem od 10 lat nie spełni moich oczekiwań? Dziwi mnie ta obawa – mimo wszystko wiem, że jest zupełnie bezpodstawna. Nie mogę wysiedzieć w miejscu – chodzę po pokoju hotelowym, to siadam, to kładę się na łóżku. Z tego całego zdenerwowania i niecierpliwości wychodzimy z Kasią przed 9 i czekamy na przystanku na autobus. Wiem jaki jest mój cel, czuję rozchodzące się po ciele uczucie radości. Kulminacja następuje w momencie, kiedy duży, piętrowy autobus z logo studia zatrzymuje się na przystanku. Kupujemy bilety (dwustronny za 2 funty) i wchodzimy na górny pokład. W autobusie słychać muzykę potterowską, co chwilę też załączany jest komunikat Warwicka Davisa (Gryfek i prof. Flitwick), który zaczyna mówić o studio, jednak z niewyjaśnionych powodów nagranie się ciągle zacina i jest puszczane od nowa. Bawi nas ta drobna usterka – wszakże nie zepsuje nam wyjazdu! Z głośników rozchodzą się głosy Dana, Emmy i Ruperta. Jest magicznie. Nie wiedzieć czemu w potterowym autobusie podczas drogi puszczana jest reklama audio „Gniewu tytanów”. No cóż – Warner Bros. nie próżnuje i wciska reklamy swoich filmów, gdzie się tylko da. Przejeżdżamy przez kolejne i kolejne uliczki, aż po mniej niż 20 minutach podróży naszym oczom ukazuje się olbrzymie studio. Już z daleka widać wielkie, charakterystyczne litery nad wejściem układające się w tak znane nam słowa: „Harry Potter”. Szczęka opada na sam widok tych budynków i niesamowitych bannerów potterowskich na zewnątrz. Bez wątpienia to miejsce poznało magię. Ba! To miejsce jest źródłem magii filmowej!

Najpierw szybka sesja zdjęciowa przed wejściem, potem zmierzamy w kierunku kiosków, bym mógł odebrać nasze bilety. Zabawne jest to, że przez szyby kiosków widać serię ośmiu plakatów – po jednym dla każdej części, a co ciekawsze – każdy w innym języku. To niewątpliwy ukłon ku fanom z całego świata, którzy przyjadą odwiedzić to miejsce. Szkoda tylko, że polskiego plakatu nigdzie nie widać. Odbieram bilety, kupuję przewodnik po studio i wchodzimy do środka. Powiem tak – widziałem wiele zdjęć z głównego holu, ale i tak widząc go na żywo, wydałem z siebie głośne: „wow”. Dookoła wielkie zdjęcia bohaterów, po prawej od wejścia najbardziej niesamowity sklep jaki w życiu widziałem, a pod sufitem wisi turkusowy Ford Anglia. Niemalże od razu podchodzą do nas pracownicy studia bardzo grzecznie pytając na jaką godzinę mamy zaplanowaną wizytę, po czym polecają nam sklep i kawiarnię, a także życzą miłego zwiedzania i bardzo dobrej zabawy.

Jak na skrzydłach pędzimy do kawiarni z nadzieją zakupienia kufla kremowego piwka – szczerze mówiąc, kiedy dowiedziałem się, że będzie można je zakupić w studio, byłem wniebowzięty. Do tej pory kremowe piwo dostępne było tylko w Wizarding World of Harry Potter na Florydzie. Niestety – piwa w tej kawiarni nie ma. Tłumaczymy sobie ten fakt tym, że pewnie znajduje się gdzieś wewnątrz atrakcji albo na jej końcu. Nieco zawiedzeni nieobecnością magicznego trunku wchodzimy do sklepu z pamiątkami. Nie chcąc zdradzać za wiele, powiem, że ten sklep to prawdziwy raj i miejsce, w którym można naprawdę zostawić majątek. Magiczny wystrój i przebogaty asortyment – stroje, słodycze, gadżety, filmy, książki, różdżki, repliki, plakaty, obrazy – nie da się wymienić wszystkiego, ale gdybym mógł – w samym tym sklepie spędziłbym cały dzień.

Nieustannie sprawdzając godzinę rozglądamy się po sklepie, zachwycając nad większością asortymentu. Najdroższą pamiątką jest replika stroju Dumbledore’a za 495 funtów, z innych strojów mamy też repliki strojów Voldemorta, sukni Hermiony z Balu Bożonarodzeniowego i… najtańszy jeśli chodzi o kostiumy – ubiór Severusa Snape’a, który można nabyć za „jedyne” 144 funty. Chętni mogą nawet stanąć w specjalnym kąciku z green screenem i wczuć się w rolę zbiega z Azkabanu czy Niepożądanego numer 1. Fantastyczna zabawa i niesamowity sklep. Ale pora na nas. Za 20 minut wchodzimy do prawdziwego Hogwartu. Wychodzimy ze sklepu i ustawiamy się w kolejce. Mimo, że nasze zwiedzanie rozpoczyna się dopiero za drzwiami, które póki co są zamknięte i pilnowane przez ciemnoskórego ochroniarza, to już podczas oczekiwania możemy podziwiać komórkę pod schodami Harry’ego.

Robi wrażenie – niezwykle realistyczna i szczegółowa – z mnóstwem przewodów i rupieci Harry’ego w środku. A obok – kolejna perełka! Odlew odciśniętych dłoni Dana, Emmy i Ruperta. Pewnie się domyślacie, że nie przeszedłem obok nich obojętnie. Nie mógłbym sobie odmówić przyjemności położenia swojej dłoni na ich „dłoniach”.

Zaspokoiwszy pierwsze żądze naszych aparatów fotograficznych, stajemy w kolejce przed drzwiami. Jerome, ochroniarz pilnujący drzwi okazuje się być przesympatycznym człowiekiem – ciągle nas zagaduje, zabawia dzieci śmiesznymi minami i tekstami. W końcu wybija nasza godzina – magiczna 10:30 i drzwi przed nami zostają otwarte. Wchodzimy do sporego pomieszczenia – pustego, nie licząc sporych ram na ścianach, w których wyświetlane są plakaty filmowe. Przewodniczka przywołuje nas do siebie. Gasną światła – w ramach wyświetlany jest film – producenci opowiadają o studio. Teraz wchodzimy do sali kinowej, gdzie Dan, Rupert i Emma opowiadają o naszej przygodzie i zachęcają do zwrócenia szczególnej uwagi na detale i szczegóły, których w filmach nie było. Kiedy kilkuminutowy film dobiega końca, światła gasną. Zaczyna się nasza przygoda. A zaczyna się w tak spektakularny sposób, że zapiera nam dech w piersi, a oczy zachodzą łzami… To nie do wiary! Niesamowite! Magia!

Ciąg dalszy nastąpi...
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Pamiętam, że w momencie wypowiedzenia przez Jo słów z cytatu płakałam jak małe dziecko, wtedy zrozumiałam je jako coś w stylu "Hogwart zawsze tam będzie, by powitać was w domu" (zapewne moje braki językowe). Powiem, że wolę to moje błędne tłumaczenie, jakoś bardziej przemawia do mojej sentymentalnej osobowości :-) Co do wizyty w studio - jak najbardziej zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń