Zwycięstwa smak & zapowiedzi wydawnicze

Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać.
Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.
— Johann Wolfgang Goethe

Na początku był chaos... później z tego chaosu zaczęły wyłaniać się myśli i plany - nagie, odarte z artyzmu refleksje i pomysły, które swego kształtu, barwy i wyglądu mogły przybrać tylko przy wprawnym szlifie. Zacząłem więc szlifować nie poukładane myśli, planowałem ten wpis i planowałem. Ale w życiu bywa i tak, że czasami pojawia się coś, co burzy zaplanowany ład i porządek, wówczas nie pozostaje nic poza przebudową planów i rozpoczęcia na nowo. Planując pisanie, uczepiłem się jednej myśli – zamysłu, który sam w sobie wydawał się niezwykle atrakcyjny. Chciałem zaprezentować dzisiaj coś czym nie miałem sposobności podzielić się z większym gronem osób. A jednak – mimo pomysłu, planu i wizji pozostawała jakaś cząstka niepewności i niewiadomej. Nie mogłem przebić się przez to poczucie niewiedzy, nie mogąc oprzeć się przeczuciu, że czegoś mi w tym wpisie brakuje. Dzisiaj wiem czego brakowało – wspaniałej pointy i mocnego cytatu we wstępie. Nic tak, bowiem, nie popiera hipotezy, jak słowa wypowiedziane przez kogoś mądrzejszego, a z moimi opiniami tożsame.

To tajemnica najwyższej wagi, musicie zrozumieć – Ministerstwo wszędzie ma swoich szpiegów, nie wiadomo komu można ufać, a komu nie. Dlatego potraktujcie to jako nasz sekret…

W minionym roku gościłem w studio Shepperton na przedmieściach Londynu. Jest to drugie miejsce – poza Leavesden Studios, w którym kręcono „Harry’ego Pottera”. Choć nam, Potteromaniakom, z pewnością bardziej kojarzy się to pierwsze, nie można również odebrać zasług temu drugiemu studio. Spośród wielu budynków studia, przypominających wielkie hangary, wraz z innym szczęściarzami trafiłem do tego, który był naszym celem. Jako pierwsze w oczy rzuciło mi się wielkie zielone tło, doskonale oświetlone. Do tego skomplikowane mechanizmy, podwyższenia, oświetlenie, olbrzymie „wiatraki” i materace. To właśnie tu miałem wziąć udział w prywatnej scenie lotu na miotle – poczuć się jak gwiazda „Harry’ego Pottera” i doświadczyć tego, czego doświadczał tyle razy Daniel Radcliffe dosiadając miotły.

Taka była główna nagroda w konkursie organizowanym przez Galapagos – polskiego dystrybutora filmów z wytwórni Warner Bros. - który został przeprowadzony na antenie Radia Zet. Choć nie wygrałem osobiście – trafiłem tu jako osoba towarzysząca zwycięzcy. Historię tę opowiadałem w aktualnych wówczas wpisach, dlatego powielać jej nie będę.

Na miejscu zostaliśmy powitani przez Amy Robertson – rzecznik prasową, która pracowała przy produkcji wszystkich filmów z serii. Już samo to spotkanie z osobą tak blisko związaną z filmami o Harrym, było wielkim zaszczytem. Przedstawiła nam osoby odpowiedzialne za nasze nagrania – Tima Lewisa – jednego z producentów oraz człowieka, którego nazwisko ostatnimi czasy stało się bardzo znane w potterowym świecie i nie tylko – zdobywcę Oscara i nominowanego do otrzymania kolejnej statuetki – Johna Richardsona – specjalistę od efektów wizualnych. Jego pracę możemy podziwiać we wszystkich częściach cyklu. Przyznać muszę szczerze – świadomość, że „wystąpię” pod okiem tak znamienitego fachowca, z jednej strony niezwykle mnie ucieszyła, ale i bardzo tremowała.

Czekając na swoją kolej w nagraniu, siedzieliśmy i gawędzili z Amy, jednak prawdziwą atrakcją okazało się przybycie Guillaume’a Grange’a i… zwierzęcych aktorów z planu „Harry’ego Pottera”. Hedwiga, Krzywołap, a w końcu i Kieł pojawili się na planie, ku naszej nieopisanej radości. Wspólne zdjęcia z kotem, psem i unikanie dzioba rozsierdzonej sowy – coś na co wielu ludzi spojrzałoby wymownie w sufit, bynajmniej dla mnie było wielką przyjemnością.

Guillaume (trener zwierząt) okazał się być całkowicie porywającym człowiekiem – chętnie dzielił się ciekawostkami z planów, opowiadał o zabawnych sytuacjach ze zwierzętami i o nich samych. Do tego – niesamowicie zabawny, czego dowód przedstawię za chwilę. Fakt – nie potwierdziły się słowa o mądrości sów – w przeciwieństwie do słów wypowiedzianych w materiale promocyjnym na dodatkowej płycie DVD „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi”, stwierdził bez najmniejszych ogródek, że sowy są po prostu… głupie. Bardzo trudne w trenowaniu, w związku z czym Hedwiga grana była w istocie przez trzy różne ptaki, z których każdy znał po jednej sztuczce. Ta obecna na planie, siedząca przywiązana na nogę do żerdzi umiała… siedzieć bez ruchu. No chyba, że ktoś zanadto się zbliżył – wówczas otwierała dziób i wydawała ostrzegawcze odgłosy. Poniższe zdjęcie najdokładniej przedstawia jej charakter.


Niemniej – była fascynująca. Ale to filmowy Krzywołap stał się ulubieńcem wszystkich zebranych – konkurujący, acz z przewagą – nad Monkey (Kieł), nie tylko szybko zapomniał o stresie, ale i bezwstydnie wyginał ciało i nadstawiał łebka do głaskania i czesania… Prawdziwa gwiazda filmowa – rozpieszczana do granic możliwości i przekonana o tym, że wszyscy ją uwielbiają. I trudno polemizować z tym przekonaniem, ponieważ zwierzak był naprawdę fantastyczny.

Starannie wyczesany przez Guillaume’a i pozbawiony zbędnych włosów wylegiwał się na swojej klatce. Wówczas Guillaume przywołał mnie do siebie i z tajemniczą miną oznajmił, że ma coś dla mnie, po czym nakazał wyciągnięcie do niego ręki. „Tylko pamiętaj… jak już sprzedasz to na ebayu, nie zapomnij podzielić się ze mną zyskiem!”. W ten oto sposób otrzymałem jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny autograf od Krzywołapa – kępkę jego sierści :-) I choć teraz niektórzy spojrzą wymownie w sufit – kępka sierści zwierzęcego aktora znajduje się obecnie w ramce obok zdjęć z owym gwiazdorem.

Ale jakże śmiałbym nie wspomnieć o Monkey, który dzielnie znosił wszystkich, którzy go oblegli po przybyciu. Olbrzymi „psiór”, choć w głębi ducha – chyba jednak szczeniak. W podziękowaniu za zainteresowanie, demonstracyjnie opluł wszystkich olbrzymim zapasem śliny przy energiczny potrząśnięciu głową.

I kiedy tak wędrowałem od jednego zwierzaka do drugiego – unikając ostrego dzioba Hedwigi, zostałem wreszcie wywołany do udziału w nagraniu. Nim to jednak nastąpiło – trafiłem na fotel, na którym zostałem poddany zabiegom kosmetycznym. Podkład, cienie, puder i Bóg jeden wie co jeszcze, lądowało na mojej twarzy. Gwiazdorski make-up robiony przez prawdziwą profesjonalistkę – jakkolwiek fascynujące, dla mnie – odrobinę niemęskie. Choć nadal – bardziej fascynujące.

I wreszcie nadeszła ta chwila. Wprost z charakteryzatorni, na plan. Po ruchomych schodach na górę. Przy pomocy dwóch pracowników planu – siadam na miotle, do której zostaję ciasno przypięty pasami.

Odwracam głowę w jednym kierunku – kamera, w drugim – green screen, patrzę w dół – John Richardson patrzy wprost na mnie. Czuję tylko pot na dłoniach i szybkie bicie serca, lecz kiedy mechanizm obraca miotłę w pozycji do lotu, czuję to co chyba każdy poczułby będąc na moim miejscu – euforię. Wiatrak rusza – czuję mocny powiew powietrza, miotła zaczyna się poruszać. Staram się skupić wzrok na czymś co może być przede mną, rozglądam na wszystkie strony i staram współgrać z ruchami miotły, która to unosi się do góry, zakręca na boki, delikatnie opada w dół.

Wreszcie wszystko spowalnia, a kiedy całkowicie się zatrzymuje, z dołu słyszę głos Johna Richardsona, który pyta czy jestem gotowy na szybszą przejażdżkę. Bez wahania odpowiadam, że jak najbardziej. I miotła zaczyna się znowu poruszać, ale każdy ruch jest coraz szybszy i gwałtowniejszy – błyskawiczne skręty, pikowanie w dół i wznoszenie się do góry – aż dziw uwierzyć, że naprawdę nadal tkwię w jednym miejscu, kiedy czuję, że pędzę – silny wiatr wzmaga to uczucie.

Jest cudownie ! Nie przeszkadza mi nawet to, że siodełko rowerowe doczepione na miotle, na którym siedzę jest takie twarde i niewygodne. I kiedy naprawdę wczułem się w zabawę, zacząłem zwalniać, aż zatrzymałem się całkowicie. Podjeżdżają schody, dwoje znanych mi mężczyzn podchodzi do mnie i pomaga zejść bezpiecznie z miotły. Radość i podniecenie nie mijają, nawet wtedy, kiedy znajduję się na stabilnym gruncie. John Richardson uśmiecha się do mnie i mówi „dobra robota”. Ale to za wiele jak na moje pojęcie – chyba powoli przestaję rejestrować to co się dzieje, bo to jest jak bajka. Niepojętym jest wystąpić przed tymi ludźmi – zwłaszcza przed panem Richardsonem, którego kojarzyłem wcześniej i którego pracę i dokonania naprawdę podziwiałem.

Z pracownikiem planu

Kiedy emocje powoli zaczęły opadać i wycieczka na plan filmowy „Harry’ego Pottera” dobiegała końca, krążyłem po studio prosząc o, nie tyle autografy, co pamiątkowe wpisy do mojego egzemplarza brytyjskich „Insygniów Śmierci” – dedykacje, które otrzymałem są mi naprawdę drogie i szczególne. Do tego pamiątkowe zdjęcia i wychodzimy… Amy śmiała się, że jestem pierwszą osobą, której daje autograf. Ale niezaprzeczalne jest to, że po powrocie do domu, do szarej rzeczywistości – człowiekowi robi się cieplej widząc w czołówce końcowej nazwiska osób, które się poznało osobiście i z którymi spędziło się dwie godziny – dwie piękne godziny czerwcowego dnia.

Z Johnem Richardsonem (na lewo) i Timem Lewisem (na prawo)

Z Amy Robertson

A kiedy jesteśmy już wprawieni w idyllicznym nastrój, pozwolę sobie wrócić do obecnej rzeczywistości i zacytuję swoje słowa z ostatniego wpisu:

„I choć można już uznać, że próba zdobycia własnoręcznego podpisu odtwórcy roli Hagrida jest ponad moje możliwości, podjąłem się jeszcze jednego wyzwania. Próba ta - nawet jeśli okazałaby się klapą, nie będzie w żadnym stopniu porażką. Bo jak można nazwać ewentualny brak odpowiedzi porażką, skoro otrzymanie je wypadałoby nazwać prawdziwym cudem? Od wielu miesięcy bacznie obserwuję i śledzę poczynania zawodowe Emmy Watson. Bez wątpienia w obecnej chwili na jej autografie zależy mi najbardziej. Mimo, że posiadam już jeden, zależy mi na osobistym sukcesie, dlatego też porywając się z motyką na słońce, napisałem na adres londyńskiego sklepu Selfridges & Co, w którym Emma już jutro ma się pojawić, by jako ambasador Lancome, promować nowe produkty kosmetyczne. Przesyłkę zaadresowałem bezpośrednio na sklep, nie Emmę. Napisałem dwa listy - jeden do Emmy i drugi do obsługi z prośbą o przekazanie go aktorce. Szanse na powodzenie przedsięwzięcia uznałbym za skrajnie niskie, ale mnie to nie przeszkadza - ważne, że w ogóle są. Czy moje starania przyniosą rezultaty - tego pewnie dowiem się w ciągu najbliższych dni. Póki co pozostaje mi nadzieja. A ta umiera zawsze jako ostatnia.”

Dzwonek do drzwi. Mama wychodzi do furtki – zapewne ktoś przyjechał dane z któregoś licznika spisać, ale dlaczego, u licha, ma rejestrację zaczynającą się „SD”, skoro Dąbrowa Górnicza jest ok. 80 km stąd? No nic – widzę przez okno, że przybysz coś jej podaje – jakaś duża koperta. No tak – pewnie jakaś umowa z wodociągów, albo coś podobnego. No nic. Mama wchodzi do domu i mówi: „Do ciebie”. Ciekawość w tym momencie sięga zenitu. Przesyłka z Londynu? Przysłana kurierem? Dziwne… Otwieram kopertę kurierską, a w środku znajduję… drugą kopertę! Czyżby jakieś zdjęcie z autografem? Ale adresu z koperty nie kojarzę… No nic, otwieram przesyłkę i wyciągam kartkę z logiem „Lancome”. W tym momencie serce zaczyna walić mi jak oszalałe – przecież to niemożliwe!


„Dzięki za twoją wiadomość, Daniel. Oto dwa autografy. Lancome” 

Drżącymi rękami wyciągam zdjęcie, które wysłałem do Emmy – nie podpisane oraz dwa podpisane zdjęcia Emmy z kampanii Lancome. 


I to jest ta chwila, kiedy najlepiej sobie usiąść. Tak, to najlepsze rozwiązanie, zwłaszcza gdy gorąca fala radości zalewa ciało. I ta wspaniała świadomość - udało się! Pisząc te listy zaadresowane do Lancome, nie wierzyłem w powodzenie – wszakże – szanse na to były znikome, a kiedy dowiedziałem się, że Emma była niewiele ponad 15 minut na owej promocji, zmalały niemalże do zera. A jednak – cuda się zdarzają. I mógłbym opiewać swój sukces i niewyobrażalną radość, aż do rana i pewnie przez kilka kolejnych dni, jednak wolę poświęcić to cenne miejsce do pisaniny na przekazanie dwóch bardzo aktualnych informacji. Są to informacje, które – mam taką nadzieję – cieszą nie tylko mnie.


To już potwierdzone informacje. J.K.Rowling pisze nową książkę! W przeciwieństwie do poprzedniej informacji o „Zabawnej opowieści”, która okazała się niestety nieprawdziwą, ta jest całkowicie potwierdzona! Publikacja skierowana będzie do dorosłego czytelnika, zaś dodatkowe informacje wraz z tytułem i datą publikacji zostaną ujawnione jeszcze w tym roku.Druga informacja pochodzi od brytyjskiego i amerykańskiego wydawcy „Harry’ego Pottera”. Bloomsbury i Scholastic zapowiedziały wydanie ilustrowanych edycji wszystkich siedmiu książek serii. Planowana data wydania – rok 2013.Mam nadzieję, że blisko dwutygodniowe milczenie z mojej strony zostało dzisiejszym wpisem wynagrodzone.

Chciałbym również podziękować za inspirację i wiarę we mnie pewnej szczególnej osobie, która stale mobilizuje mnie do działania i nie pozwala się poddać – choć wypadałoby zwrócić się tu przy użyciu wołacza, wiem, jak ona tego nie lubi, toteż powiem niegramatycznie – Natalia – dziękuję!
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz