Autografowe sukcesy i wielkie wyzwania

Choć dla niektórych zima ma swój czar i nawet największy mróz posiada niepowtarzalny urok, ja zdecydowanie preferuję cieplejsze klimaty. A cóż może tak elektryzować i rozgrzewać jeśli nie temat zbierania autografów? Zwłaszcza teraz, kiedy zaczynam się przygotowywać do swojej prelekcji na ten temat, którą poprowadzę na konwencie Gathering (10-11 marca w Bytomiu), czuję wyjątkową więź z tą gałęzią rozrastającej się pasji. Pamiętam jak swego czasu uparcie twierdziłem i utrzymywałem się w przekonaniu, że autografy nie są mi do szczęścia potrzebne. Widziałem w nich zaledwie kawałek papieru lub zdjęcie z czyimiś gryzmołami. Dziś widzę doskonałą pamiątkę od kogoś, kto zaangażowany jest w to co tak kocham. Wszakże każda z tych osób oddała tej serii cząstkę siebie, swoje serce i zaangażowanie. J.K.Rowling w doskonały sposób ukształtowała tę historię, dała jej życie, stworzyła bohaterów i wykreowała cały ten wspaniały świat magii. Następnie ekipa filmowa, specjaliści, rzemieślnicy oraz aktorzy nadali tej historii nowe życie - ekranowe. Przez wiele lat około 2000 ludzi pracowało przy ekranizacjach "Harry'ego Pottera". 

Autografy są dla mnie nie tylko podarunkami od tych ludzi, którzy w sporym stopniu swoją pracą wpłynęli na moje życie, ale jest to też dla mnie forma powiedzenia: "dziękuję". Pisząc do gwiazd, spotykając się z nimi - okazuję szacunek i wdzięczność. I biorąc pod uwagę całość tego złożonego procesu zaangażowania w kolekcjonowanie "potterowych" autografów, nie potrafię dziś odpowiedzieć sobie na pytanie jak mogłem niegdyś myśleć, że są to zwykłe bazgroły... Moje podejście do tematu autografów zmieniła krakowska premiera "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi", na której spotkałem Bonnie Wright i Matthew Lewisa. Wówczas zdobyłem swoje pierwsze podpisy od osób związanych z "Harrym Potterem". I wtedy zrozumiałem te wszystkie emocje i pobudki, które teraz przyczyniają się do tego, że moje amatorskie hobby rozwija się z czasem i rozrasta. Ale tę historię już znacie - wielokrotnie przeze mnie opisywana nie będzie tematem mojego dzisiejszego wpisu. Nie mogłem oprzeć się pokusie napisania tego rozwiniętego i miejscami patetycznego wstępu, ponieważ nie potrafię napisać zwięźle i lapidarnie nawiązując do TEGO aktora, który wystąpił w magicznej serii o Harrym Potterze. Ten człowiek już za życia staje się legendą - bardzo charyzmatyczny i charakterystyczny, nikt nie wywołał swoim pojawieniem się na Światowej Premierze "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci cz.2" takiej fali okrzyków i wrzasków kilkutysięcznego tłumu.

Pisząc po raz pierwszy do Alana Rickmana byłem nastawiony na porażkę. W pełni zdawałem sobie sprawę jak trudno jest zdobyć jego autograf. Nie tylko wyjazdy zagraniczne aktora, ale i mnóstwo wciąż napływających do niego listów były wielką przeszkodą. Kiedy po półrocznym oczekiwaniu otrzymałem zdjęcie podpisane przez Alana, mojej radości nie było końca. Do tej pory zdobycie jego własnoręcznego podpisu uważam za jeden z moich największych sukcesów. To pewnie dlatego postanowiłem spróbować po raz kolejny, jednak tym razem korzystając z adresu teatru, w którym Alan Rickman występuje w sztuce "Seminar". Jakież było moje zaskoczenie i radość, kiedy po niespełna 13 dniach od wysłania listu otrzymałem wielce satysfakcjonującą mnie odpowiedź!

Żeby mój personalny sukces nie był całkowicie "samolubny", podaję adres via venue (aktualny przez określony czas adres produkcji, sztuki itd. itp.), na który można pisać do Alana Rickmana. Najistotniejszą informacją jest fakt, że poniższy adres jest aktualny tylko do 4 marca:

Alan Rickman
"Seminar"
John Golden Theatre
252 West 45th Street
New York NY10036
USA

A dla wahających się jeszcze bądź rozważających pojawienie się na konwencie Gathering, dodam, że w swojej prelekcji zdradzę swoje refleksje i podzielę się poradami na temat zdobycia drogą korespondencyjną autografu Alana Rickmana. Otóż są pewne warunki, zasady, których warto się trzymać pisząc do tego aktora. Ale o tym opowiem na konwencie.

Autograf Alana Rickmana nie jest jednak jedynym, który dotarł do mnie w bieżącym tygodniu. Wczoraj dotarła do mnie odpowiedź od aktora, który - w moim skromnym mniemaniu - perfekcyjnie odegrał rolę ułożonego, zdyscyplinowanego urzędnika - służbisty. Mowa oczywiście o Rogerze Lloydzie Packu, który w "Czarze Ognia" zagrał Bartemiusza Croucha. 14 grudnia ubiegłego roku wysłałem do niego list, 2 zdjęcia, kupon IRC i kopertę zwrotną. I po otrzymaniu odpowiedzi wiem, że wysłanie dwóch zdjęć było najlepszym rozwiązaniem, ponieważ podpis na jednym jest nieco rozmazany i słabo widoczny. Natomiast drugi autograf prezentuje się idealnie.


Zgodnie z postawionymi sobie celami, rozpocząłem ten rok bardzo aktywnie. Oczekując na ostatnie już brakujące wydania "Harry'ego Pottera" ze świata, mogę w pełni skupić się na rozwoju swojej kolekcji autografów. Zaczynam bardzo ambitnie, mógłbym wręcz przyznać, że porywam się z motyką na słońce pisząc do pewnych osób...

Filmowy Hagrid, czyli Robbie Coltrane uważa, że nie warto jest rozdawać fanom autografy, ponieważ one prędzej czy później trafią na internetowy serwis aukcyjny, gdzie zostaną sprzedane. Aktor poważnie wątpi w lojalność i uczciwość fanów, dlatego też jego agencja rozsyła nadruki (preprinty) w odpowiedzi na korespondencję fanowską. Nie byłbym sobą, gdybym nie podjął się próby zdobycia autentycznego autografu. Swoje zaangażowanie przedstawiłem choćby przy wykonaniu koperty, a choć to jest dla mnie na ogół największe wyzwanie, ponieważ brak zdolności manualnych i plastycznych staram się nadrabiać determinacją i wytrwałością, tym razem prawdziwym wyzwaniem okazał się sam list. Pisząc do Robbiego Coltrane'a zależało mi przede wszystkim na pokazaniu i próbie udowodnienia mu, że mam szczere i uczciwe intencje. Napisałem na czym mi zależy i dlaczego, opisałem swoją potterową pasję i w dość bezpośredni sposób argumentowałem swoje stanowisko, będąc oczywiście przy tym bardzo uprzejmum - wszakże prosiłem gwiazdę o podarunek!

I choć można już uznać, że próba zdobycia własnoręcznego podpisu odtwórcy roli Hagrida jest ponad moje możliwości, podjąłem się jeszcze jednego wyzwania. Próba ta - nawet jeśli okazałaby się klapą, nie będzie w żadnym stopniu porażką. Bo jak można nazwać ewentualny brak odpowiedzi porażką, skoro otrzymanie je wypadałoby nazwać prawdziwym cudem? Od wielu miesięczny bacznie obserwuję i śledzę poczynania zawodowe Emmy Watson. Bez wątpienia w obecnej chwili na jej autografie zależy mi najbardziej. Mimo, że posiadam już jeden, zależy mi na osobistym sukcesie, dlatego też porywając się z motyką na słońce, napisałem na adres londyńskiego sklepu Selfridges & Co, w którym Emma już jutro ma się pojawić, by jako ambasador Lancome, promować nowe produkty kosmetyczne. Przesyłkę zaadresowałem bezpośrednio na sklep, nie Emmę. Napisałem dwa listy - jeden do Emmy i drugi do obsługi z prośbą o przekazanie go aktorce. Szanse na powodzenie przedsięwzięcia uznałbym za skrajnie niskie, ale mnie to nie przeszkadza - ważne, że w ogóle są. Czy moje starania przyniosą rezultaty - tego pewnie dowiem się w ciągu najbliższych dni. Póki co pozostaje mi nadzieja. A ta umiera zawsze jako ostatnia.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz