"Ostatnia" z magicznej trójcy - Emma Watson

Wystrzał otwieranego szampana, blask fontanny sztucznych ogni i radość, której opisać wręcz nie można. To nie Sylwester, rok jeszcze się nie skończył, jednak dzisiaj z pełną świadomością wagi tych słów mogę powiedzieć, że 2011 r. jeszcze na samym finiszu zdołał po raz kolejny udowodnić mi swoją nieopisaną magię.

J.K.Rowling, Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Alan Rickman, Helena Bonham-Carter i wiele, wiele innych wspaniałych osób, które podarowały mi maleńką cząstkę siebie, czarodziejskie pamiątki w postaci ich własnoręcznych podpisów - realny dowód na to, że naprawdę istnieją, że nie jestem obłąkanym świrem żyjącym w krainie fantastycznych snów. No... może i obłąkanym świrem jestem, ale z całą pewnością żyjącym w prawdziwym, namacalnym świecie.

Harry, Ron i Hermiona to bez wątpienia najważniejsi, główni bohaterowie siedmiotomowego cyklu napisanego przez J.K.Rowling oraz ośmiu filmów będących adaptacją książkowej serii. Dzięki tym rolom trójka młodych aktorów - Daniel Radcliffe, Rupert Grint i Emma Watson stali się znani i bardzo popularni na całym świecie. Tłumy fanów szalały na każdej filmowej Światowej Premierze, każdy marzył o tym, by ich choć zobaczyć na żywo, możliwość zdobycia pamiątki w postaci autografu gwiazdy uznając za szczyt marzeń. Nie jestem w stanie opisać euforii, burzy uczuć towarzyszących mi podczas Światowej Premiery "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci: część 2". Przez te 4 godziny Londyn dostarczył mi więcej uczuć, niż byłem w stanie unieść. Ron z pewnością skwitowałby to mówiąc, że człowiek nie może odczuwać tylu uczuć naraz, ponieważ by eksplodował. A jednak. Nie ma takich słów, które choć w drobnej cząstce oddałyby to co czułem, gdy Rupert Grint podszedł do mnie, zatrzymał się o krok ode mnie i podpisał moją książkę. Minęły ok. 2 godziny, choć dla mnie to była wieczność trwająca ułamek sekundy, kiedy na miejscu Ruperta Grinta stał Daniel Radcliffe. Jedyne co byłem w stanie wychrypieć wówczas to: "Dan... thank you. Poland loves you!". Aktor - skończywszy podpisywać mój egzemplarz "Insygniów Śmierci" podniósł wzrok i patrząc mi prosto w oczy odpowiedział z szerokim uśmiechem: "Ooo, thank you!". Po kilkunastu minutach nieopodal podeszła Emma Watson. Widziałem mnóstwo zdjęć z premiery, dziesiątki nagrań, lecz żadne nie uchwyciło w pełni tego jak odtwórczyni roli Hermiony pięknie wyglądała. Patrząc na nią zrozumiałem co miała na myśli J.K.Rowling opisując wile. I choć zdarłem sobie gardło bez reszty, Emma nie podeszła odciągana od fanów przez jej "opiekunkę" (każdy aktor miał przydzieloną osobę, która pilnowała, by dana gwiazda ściśle przestrzegała czasu i miejsca - prawie każda osoba rozdawała autografy tylko w sektorach, do których prowadził ją "opiekun"). W takich momentach nie czuje się żalu, nie istnieje rozczarowanie. Sam fakt, że stała tuż, tuż - zaledwie kilka metrów dalej sprawia, że czuje się niesamowitą masę pozytywnych emocji.

A jednak - z czasem to puste miejsce przeznaczone na jej autograf zaczęło rzucać się w oczy. Zrodziło się nieopisane uczucie, niezwykła chęć posiadania tej "cząstki" jej, którą jest niewątpliwie własnoręczny podpis. Z czasem ta chęć przerodziła się w prawdziwe marzenie. Takie, które uskrzydla. Takie, które na samą myśl wywołuje gigantyczną masę pozytywnych wibracji i uczuć.

Trzy listy, w konsekwencji jedna odpowiedź w postaci nadrukowanego autografu Emmy. Dziś znowu czuję to cudowne uczucie, rozlewającą się cudownym ciepłem po całym ciele falę magii... Magii spełnionego marzenia. Możliwe, że jest to moja wada, ale nie potrafię cieszyć się po cichu, dlatego cieszę się najgłośniej jak potrafię - PRAWDZIWY sukces przedstawiony w iście celebracyjny sposób:
WŁASNORĘCZNY AUTOGRAF
EMMY WATSON

Zapewne ciekawi Was sposób w jaki udało mi się zdobyć ów autograf, pewnie wielu zaraz potem zakwestionuje jego autentyczność. Mimo to zdradzę swój sekret.

Powyższy autograf nabyłem drogą zakupu na aukcji internetowej. Jest to pewnie najmniej spektakularny sposób zdobycia autografu i pewnie najbardziej ryzykowny. Co do drugiej kwestii - muszę się zgodzić, ponieważ aukcje internetowe pełne są wszelkiego rodzaju podróbek. Przez kilka dni poszukiwałem tego jednego jedynego autentycznego autografu Emmy. Na szczęście w tym działaniu nie polegałem jedynie na sobie, albowiem w tym przypadku zaliczyłbym najzwyczajniej w świecie porażkę. Jak się okazuje, na 10 typowanych przeze mnie autentyków tylko 2 były w istocie prawdziwe. W takich sytuacjach na aukcjach internetowych nie wolno opierać się na Certyfikatach Autentyczności, ponieważ w dzisiejszych czasach wydrukowanie takiego certyfikatu jest banalnie proste. Na szczęście swoje poszukiwania oparłem na współpracy z zaufanym człowiekiem - profesjonalistą, który wraz z zespołem innych profesjonalistów weryfikował cierpliwie zdjęcie każdego autografu, które przesłałem. Po kilkukrotnej odpowiedzi negatywnej otrzymałem tak długo oczekiwane potwierdzenie. Mając 100% pewność zdecydowałem się na zakup. I oto jest.

Tak smakuje radość.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz