Konsolowe sentymenty i magiczne autografy

Zawsze jest tak, że kiedy na coś czekam - mam nadzieję, że czas przyspieszy, a każdy kolejny dzień będzie trwał krócej od poprzedniego po to tylko, by chwila na którą tak niecierpliwie czekam już nadeszła. O dziwo - takie podejście w moim przypadku zawsze zmienia się w grudniu. Lubię kończyć rok z pozamykanymi sprawami i rozpocząć nowy z "zerem" na koncie. Nim przyjdzie pora na rozliczenie się z tego roku, nadchodzi czas refleksji, chwila oddechu.

Nie wiem co mnie podkusiło, by wybrać się w podróż do minionych dni, cofnąć się w czasie o prawie 10 lat. Po prostu się stało. Na Allegro rzuciła mi się w oczy oferta sprzedaży gry "Harry Potter and the Philosopher's Stone" na konsolę PlayStation. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z tą grą - przed 9-cioma laty na straganie targowym. Dopiero zaczynała się moja przygoda z "Harrym Potterem", ale i tak tytuł ten rzucił mi się w oczy spośród innych gier sprzedawanych nieoficjalnie, "spod lady". To nie były jeszcze czasy, kiedy przejmowałem się piractwem, więc za 15 zł nabyłem konsolowego Harry'ego. To był szczególny dzień w moim życiu - w Katowicach miałem konsultację w sprawie zabiegu chirurgicznego, jednak bardziej moją uwagę przykuwała płyta, którą mocno trzymałem w dłoniach, nie mogąc doczekać się jej odpalenia na tzw. pieszczotliwie "szaraczku". I zaczęło się... Pamiętam tę wielką frajdę wynikającą z gry, radość, kiedy po raz pierwszy "dosiadłem" miotły i wzbiłem się w niebo, mój pierwszy mecz quidditcha i generalnie rzecz biorąc - fantastyczną rozgrywkę, o której mogłem tylko pomarzyć, grając kilka lat później w wersję na PC. W każdym razie - jechałem autobusem do Katowic i tylko czekałem na powrót do domu, gdzie będę mógł kontynuować grę. Swoją drogą - tego samego dnia zobaczyłem brytyjskie wydanie pierwszych czterech tomów w katowickim empiku. Ten dzień był również dniem mojej pierwszej wizyty w salonie rzeczonej firmy. Jak widzicie - mnóstwo pierwszych wrażeń złożyło się na ten dzień. A w domu - prawdziwa radocha. Szaleńcza jazda wózkami Gringotta i zbieranie monet, bieganie po Pokątnej, aż w końcu rozwinięta sekwencja finału - wszystko to o czym mogłem zapomnieć przy graniu w wersję komputerową.

Tak naprawdę - "Kamień Filozoficzny" na PSXa obudził we mnie miłość do gier z tej serii, czego jego komputerowy odpowiednik nie byłby w stanie dokonać.

Uwielbiam wyzwanie z trollem w drodze do komnaty ze Zwierciadłem Ain Eingarp - ciche usuwanie przeszkód z jego drogi, by zaspany stwór nie obudził się i nie wydarł brutalnie życia z biednego Harry'ego.

Teraz - po wielu latach, znowu mogłem zmierzyć się z wyzwaniami zaserwowanymi przez pierwszą część konsolowego Pottera. Tym razem - na komputerze, poprzez emulator. Aż dziw bierze, że nawet fatalna grafika nie jest w stanie zabić sentymentu, który czuję do tej gry. Grając znowu byłem 12-stolatkiem. Fantastyczne doświadczenie za niewiele ponad 10 zł. I pomyśleć, że teraz za oryginał zapłaciłem mniej niż niegdyś za pirata... totalny paradoks.

Druga część konsolowego Pottera to dla mnie spora niewiadoma. W "Komnatę Tajemnic" zagrałem po raz pierwszy na komputerze i muszę przyznać, że jest to jedna z moich ulubionych części gry o młodym czarodzieju. Kolorowa, klimatyczna, zgrabna i bardzo grywalna - wręcz urzekająca. Ale zaczynając przygodę z konsolową wersją już mogę wskazać jeden z jej wielkich atutów - NORA. Po tym poziomie liczę na fantastyczną zabawę, mimo koszmarnej grafiki. Szkoda tylko, że dziś wszystkie wersje grywalnego "HP" są już takie same - bez względu na platformę, na którą zostały stworzone.

No, ale nie samymi sentymentami się żyje. Prawie 2 lata temu napisałem list do Alfiego Enocha, aktora wcielającego się w postać Deana Thomasa w filmowej serii. Po pół roku przestałem liczyć na jakąkolwiek odpowiedź, tymczasem 1 grudnia spotkała mnie prawdziwa niespodzianka. Zdjęcie z autografem i krótkim listem napisanym przez aktora na odwrocie:

Świetna niespodzianka - bardzo niespodziewana. Z jednej strony nie mogę się doczekać przyszłego roku, bo zgodnie z planami, zamierzam zdobyć w nim ostatnie brakujące mi książki zza granicy i zabrać się bardziej profesjonalnie do zdobywania autografów. Nie potrafię wyrazić radości z posiadania tych niezwykłych pamiątek od ludzi, których tak lubię i cenię. Każdy z nich wniósł coś do mojego życia, był i jest w nim obecny.

I kiedy już sądziłem, że niespodzianek tegorocznych w sferze autografów więcej nie będzie, dzisiaj otrzymałem najpiękniejsze zaprzeczenie moich myśli.

Trudno było powstrzymać uśmiech, kiedy na małej kopercie zaadresowanej do mnie zobaczyłem pieczątkę "New York NY 100" i znaczek z USA. Pamiętam swoją radość z pierwszego zdobytego autografu od Daniela, pamiętam euforię towarzyszącą spotkaniu go i osobistemu zdobyciu jego podpisu na Światowej Premierze w Londynie. Teraz mam do zapamiętania kolejną wspaniałę chwilę, w której otrzymałem jego trzeci, własnoręczny autograf. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Rok 2012 zbliża się wielkimi krokami - wielkie podsumowanie mijającego roku i plany na nadchodzący - już pod koniec tego roku. Tymczasem oddaję wszystkie swoje nadzieje w ręce osób trzecich. Zrobiłem wszystko co w mojej mocy, by jeszcze w ciągu tych dwóch tygodni "starego" roku osiągnąć coś naprawdę niesamowitego. Największą presję i wymagania zawsze narzucam sobie ja sam. Może to jest właśnie złoty środek do osiągnięcia upragnionych i wymarzonych celów?
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz