Urodzinowe niespodzianki - to już 10 lat!

„Z matki obcej, krew jego bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery".
„Dziady cz. 3" A.Mickiewicz

W numerologii liczba „44” jest określana jako mistrzowska, skrywająca w sobie największy potencjał i siłę. Może i jest to naginanie tej starożytnej nauki do własnych potrzeb, jednak pozwolę sobie zadać retoryczne pytanie - czy jest wobec tego coś lepszego dla celebracji DZIESIĘCIOLECIA swojego fanostwa, aniżeli dołączenie do kolekcji zagranicznych wydań czterdziestego czwartego wydania językowego? Nie bez powodu już na samym początku odwołałem się cytatem do twórczości Adama Mickiewicza. Moja najnowsza zdobycz odnosi się właśnie bardzo szczególnie do jednego z największych, o ile nie największego, dzieła naszego narodowego wieszcza. Tak, "Litwo, ojczyzno moja..." Wstęp tego jubileuszowego, jedynego w swoim rodzaju, wpisu miał być zupełnie inny, jednakże cóż tak potęguje smak świętowania jak kolejny sukces?

Chciałem dzisiaj rozpocząć słowami Franka Sinatry "I did it my way", jednakże mimo upływu dziesięciu lat słusznie można zauważyć, że byłoby to rażącym błędem i niedopatrzeniem z mojej strony. Zamiast napisać "I did it my way" powinienem raczej powiedzieć: "I am doing my way", ponieważ moja droga nie dobiegła końca, moje cele nadal nie pozostały zrealizowane i wciąż kroczę wyznaczonymi przez siebie przed laty ścieżkami, dzięki którym dziś mogę tu siedzieć i pisać najbardziej szczególne słowa w moim życiu.

Mimo, że nie posiadam magicznego Zmieniacza Czasu, pozwolę sobie zaprosić Was w głąb mojej świadomości, byśmy wspólnie mogli zanurzyć się w czarze mijającego czasu i powrócić do czasu, który przeminął i nigdy już nie wróci. Obiecuję godnie wypełnić każdą przerwą w gąszczu niezliczonych słów, które dzisiaj napiszę - w trakcie lektury poznacie niesamowitego człowieka o wielkiej pasji - nie mówię tym razem o sobie, a o NIM. Tymczasem jednak, cofnijmy się o 10 lat...

18 sierpnia 2001...
W przeciwieństwie do Harry'ego, zawsze z utęsknieniem wyczekiwałem swoich urodzin w dzieciństwie. Nie przeszkadzało mi w nich nawet to, że zwiastowały koniec wakacji i zbliżający się powrót do szkoły. Zawsze przywiązywałem wagę do ludzi, którzy pamiętali, prezenty nigdy nie były dla mnie najistotniejsze. Tego dnia wszystko miało się zmienić. Pamiętam ten dzień, jak gdyby to było wczoraj - niesamowity skwar i promienie słoneczne wlewały się do mieszkania przez otwarte okna i balkon. Stół w dużym pokoju czekał już suto zastawiony w oczekiwaniu na przybycie gości. A ja, jak to dziecko, po prostu cieszyłem się ze swojego święta, które w tym roku przyszło mi celebrować na dwa dni przed właściwą datą (urodziłem się 20 sierpnia). Wszystko zaczęło się ok. godziny szesnastej, kiedy przybyli moi pierwsi goście. Niemniej, dziękując wszystkim serdecznie za obecność i otrzymane podarki, nie mógłbym przejść obojętnie wobec JEDNEGO z nich... Rozpakowywałem prezent od brata i jego dziewczyny - zegarek z Nike (który, notabene, wyleciał mi z ręki i spadł pod stół - niech żyje zręczność), kiedy zwróciłem uwagę na starannie zapakowaną paczkę od Justyny i Artura -mógłbym rozpisywać się teraz o korelacjach rodzinnych nas łączących (lub nie), jednakże nie sądzę, by było to interesujące. Pamiętam czerwony papier, bodaj w kwiaty, który starałem się ładnie rozpakować. Moje starania skończyły się na tym, że zerwany przemocą papier legł na wersalce, zaś ja przystąpiłem do oględzin. A były to oględziny książki z najdziwniejszą okładką, jaką kiedykolwiek widziałem... "Harry Potter i Więzień Azkabanu" widniało na okładce, zaś to co mnie najbardziej zniechęcało choćby do otworzenia tego tomiszcza to stworzenie, które prezentowało się dumnie na jego froncie... Ni to ptak, ni koń - ot, jakieś dziwadło. Z perspektywy czasu stwierdzam, że moje podejście do tej książki na początku było bardzo dursleyowskie. Niemniej jednak, chcąc okazać wdzięczność za otrzymany prezent, otworzyłem książkę i zacząłem czytać pierwszy rozdział... To co początkowo było próbą okazania wdzięczności w ciągu zaledwie kilku minut przerodziło się w szczerą fascynację. Tak zaczęła się moja przygoda z Harrym Potterem, 18 sierpnia 2001 roku.

44 wydania językowe, 95 książek sygnowanych nazwiskiem J.K.Rowling, prawie 50 autografów od osób związanych z "Harrym Potterem" i wiele, wiele innych książek, gadżetów czy innych memorabiliów związanych z moją pasją, których nie sposób tu wymienić. I 1... 1 wywiad, który przeprowadziłem osobiście z człowiekiem pracującym przy produkcji finałowych części "Harry'ego Pottera"...

Coś czego w moim "dorobku" i na moim blogu jeszcze nie było - specjalnie dla Was z okazji mojego Jubileuszu.

*************************************************************
Wywiad z
Łukaszem Bukowieckim

twórcą efektów wizualnych w finałowych odsłonach "Harry'ego Pottera"

Łukasz Bukowiecki, z pochodzenia bydgoszczanin, przeprowadził się do Wielkiej Brytanii w 1998 r., żeby studiować "sztukę medialną" na Middlesex University. W Polsce - absolwent liceum menedżerskiego i grafik komputerowy, w Londynie kelner godzący naukę z pracą wieczorami. Stolicę Anglii wybrał z czystej sympatii do tego miasta. Bardzo dużo tam pracował, ale i przykładał sporą wagę do nauki - dzięki temu otrzymał dyplom z filmu na Blake College. Dziewięć lat nauki przyniosło pomyślne rezultaty - Łukasz Bukowiecki otrzymał posadę w Framestore, największej europejskiej firmie zajmującej się produkcją efektów wizualnych do filmów. Nasz Rodak pracował m.in. przy takich superprodukcjach jak "Złoty kompas", "Mroczny Rycerz" czy "Avatar". No i oczywiście, pracował też przy "Harrym Potterze", o czym też wspaniałomyślnie zgodził się mi opowiedzieć:

Daniel Muniowski: Jak doszło do tego, że pracował Pan nad efektami wizualnymi przy "Harrym Potterze"? Został Pan skierowany do pracy nad tą produkcją, czy też, jak w przypadku "Avatara", sam Pan zgłosił swoją kandydaturę u szefowej?

Łukasz Bukowiecki:Moja przygoda z „Harrym Potterem” zaczęła się ponad dwa lata temu, kiedy rozpoczęły się pierwsze prace nad wyglądem Zgredka i Stworka oraz wstępne animacje kilku pierwszych scen, gdzie obaj bohaterowie pojawiają się ponownie na ekranie w pierwszej części "Insygniów Śmierci". Jednak po jakimś czasie zacząłem pracę nad innym filmem "Wasza Wysokość". Gdy nasza firma rozpoczęła prace nad ostatnią częścią filmu, byłem jedyną osobą, która znała już strukturę projektu więc naturalnym krokiem było przejęcie kontroli nad departamentem montażu efektów wizualnych.

DM: Jak wyglądała Pana praca nad "Harrym Potterem"?

ŁB: Moja praca polega przede wszystkim na kontakcie z ekipa montującą film i moim zadaniem jest zebranie i kontrola wszystkich materiałów filmowych jakie są potrzebne do tworzenia poszczególnych efektów w mojej firmie. Są to przede wszystkim ujęcia na zielonym tle, do których potem dorabiamy elementy grafiki 3D i 2D. Są to również dodatkowe elementy filmowane przez drugą jednostkę ekipy filmowej - mogą to być wybuchy, ogień, dym, mgła, krople deszczu - wszystkie potrzebne elementy są później składane w całość.

Moim kolejnym zadaniem jest organizacja sesji zwanych 'dailies' - są to spotkania w moim pokoju montażowym gdzie "visual effects supervisor" - czyli szef efektów wizualnych ocenia na dużym ekranie jakości kinowej pracę poszczególnych artystów nad kolejnymi ujęciami. Ponieważ produkcja każdego ujęcia to czasami setki prób osiągnięcia pożądanego efektu - szef efektów dzięki mojej pomocy jest w stanie przeglądnąć każdą wersję wszystkich ujęć nad którymi pracujemy. W takich sesjach w fazie finałowej każdego ujęcia może być obecny również reżyser.

W przypadku ostatniej części „Harry’ego Pottera” była to praca nad efektami do sceny, gdzie Harry budzi się w swojej własnej świadomości w sennej wersji stacji Kings Cross. Kolejna była scena, gdzie Hermiona i Ron wchodzą do Komnaty Tajemnic, aby zniszczyć horkruksa. Scena ta wymagała całkowitego odbudowania wnętrza w 3D, które w drugiej części było zbudowane w rzeczywistości oraz stworzenia symulacji wody. Stworzyliśmy również pająki na polu finałowej bitwy oraz komputerowe przedłużenie stacji Kings Cross w scenie gdzie Harry jest już dorosłym mężczyzną i wysyła swojego syna do szkoły Hogwart.

DM: "Harry Potter" to najprawdopodobniej największa produkcja kinowa - ponad 10 lat, osiem filmów i ponad 7 miliardów na koncie serii - czy Pana podejście do takiego filmu różni się od pracy nad innymi? Na twórcach i odtwórcach ról w kolejnych częściach ciążyła olbrzymia presja - miliony ludzi na całym świecie miało swoje oczekiwania wobec tych filmów - czy ten stres udziela się także przy pracy nad efektami specjalnymi? Jak Pan sobie z tym radzi?

ŁB: Dla wielu osób była to 10-cio letnia przygoda, która dobiegła końca więc wydaje mi się, że każdy kto współtworzył te filmy chciał dać z siebie jak najwięcej mając w świadomości, że prawdopodobnie nie będzie już tworzył takiej historycznej serii nigdy więcej w swojej karierze. Dla mnie z tego samego powodu było bardzo ważne, aby pracować chociaż nad ostatnimi dwoma częściami. Uważam, że jeżeli można mówić o jakimkolwiek stresie to wynika on przede wszystkim z chęci zaspokojenia oczekiwań fanów serii oraz ze świadomości, że każda klatka filmu będzie zapisana w historii, a także w pamięci fanów na zawsze.

DM: Czy jest coś w "Harrym Potterze" co uznaje Pan za swoje największe osiągnięcie? Przyznam, że osobiście jestem zachwycony prezencją na ekranie Zgredka i Stworka, skrzatów domowych, nad którymi Pan pracował.

ŁB: W stu procentach się z tobą zgadzam. Jestem dumny z tego, że miałem okazję śledzić prace wielu wybitnych artystów, między innymi modelarzy, riggerów oraz animatorów. Aktorzy, którzy podkładali głos dla Stworka i Zgredka w wersji angielskiej byli filmowani na planie, aby potem ułatwić pracę animatorów. Byłem absolutnie zachwycony tym z jaką dokładnością animatorzy byli w stanie odtworzyć każdy detal gry aktorskiej oraz dodać, z pozoru nie znaczące szczegóły, aby oddać realizm obu bohaterów. Z reguły takie detale uzyskuje się dzięki technice zwanej motion capture, gdzie większość mimiki twarzy zarejestrowana jest automatycznie w komputerze, jednak w tym wypadku postanowiliśmy oddać cała pracę w ręce animatorów.

DM: Modele skrzatów były stworzone już dla wcześniejszych części - czy lepiej się Panu pracuje nad efektami wizualnymi czegoś, co nigdy wcześniej nie było nigdzie pokazywane czy też w oparciu o istniejące projekty?

ŁB: Technologia efektów wizualnych posuwa się w takim tempie, że modele do każdej części były robione od samego początku. Każdy film, nad którym pracujemy to nowe wyzwanie i próba polepszenia poprzedniego osiągnięcia. Tak samo było w wypadku skrzatów, które mimo tego, że były przez nas robione w poprzednich częściach, były wykonane sposobami, które na dzień dzisiejszy były już przestarzałe, więc tworzenie skrzatów wymagało nie tylko ponownego zbudowania całej struktury, ale także wielu nowych metod, aby uzyskać jeszcze bardziej realny wygląd skóry, mięśni, włosów itp. Jedyne przypadki kiedy odwoływaliśmy się do poprzednich części były wtedy, kiedy musieliśmy zachować wygląd efektów magicznych z poprzednich części np. latające fajerwerki w pociągu do Hogwartu lub czekoladowa żaba, która wystąpiła już w pierwszej części oraz efekt przechodzenia przez kolumnę na platformie 9 i 3/4 na stacji Kings Cross.

DM: Czy pracując nad efektami do filmów, może Pan pozwolić sobie choćby na odrobinę niezależności? Czy są takie ujęcia, w których efekty wizualne są całkowicie sygnowane Pana nazwiskiem - takie, przy których tworzeniu, miał Pan największy wpływ?

ŁB: Moja praca polega na wkładzie we wszystkie ujęcia, nad którymi pracujemy. Ponieważ jestem montażystą, śledzę postęp wizualny większości filmu w zależności od ilości ujęć nad którymi pracujemy. Moim wkładem kreatywnym może być zaproponowanie stosownego ujęcia bardziej nadającego się do danej sceny lub zmontowanie sceny w sposób, który łatwiej przedstawia historię rozgrywającą się w filmie. Z uwagi na ogromne koszty produkcji efektów wizualnych, większość scen jest już zaplanowana na etapie przedprodukcyjnym, jednak ilość materiału, z którym mamy do czynienia pozwala nam na pewna licencję kreatywną i często zdarza się tak, że możemy zaoferować reżyserowi alternatywne rozwiązanie sceny.

DM: W Pańskim dorobku znajdują się wielkie światowe hity - megaprodukcje z setkami milionów dolarów na koncie - powtórzę jeszcze raz - świadomość, że rodak ma swój udział w powstaniu tych niesamowitych filmów jest niewiarygodna - jako Polak czuję z tego powodu olbrzymią dumę. Wspina się Pan na szczyt - jakie jest więc Pana największe marzenie? Co chciałby Pan osiągnąć?

ŁB: Ze względu na ciągle rosnące zainteresowanie produkcji efektów wizualnych, zarówno na świecie jak i w Polsce, chciałbym w jakimś stopniu przyczynić się do tego rozwoju przybliżając młodym ludziom zagadnienia z tym związane. Uważam, że jest to ciekawa droga kariery dlatego moim marzeniem jest stworzenie platformy startowej dla tych którzy są zainteresowani pracą w efektach.

Chętnych zapraszam do śledzenia Łukasza Bukowieckiego na Twitterze: @lukaszbukowieck

Ze swojej strony bardzo dziękuję Panu Łukaszowi za poświęcony mi czas i udzielenie odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania - to dla mnie naprawdę olbrzymi zaszczyt. Myślę też, że wszyscy się ze mną zgodzą, iż wyniki jego pracy na ekranie są naprawdę zdumiewające, rewelacyjne i MAGICZNE.

*************************************************************
A teraz czas powrócić do krainy wspomnień i refleksji - zanurzmy się zatem ponownie w mojej myślodsiewni:

29 września 2001...
Zgodnie z zapowiedziami, które pojawiły się w prasie, dzisiaj o północy miała się odbyć uroczysta premiera czwartego tomu: "Harry Potter i Czara Ognia". To dla mnie nie do pojęcia - nigdy wcześniej nie interesowałem się tym co pociąga tłum. Zawsze było mi prościej iść pod prąd, aniżeli z prądem. Tym razem nawet mnie zalała olbrzymia fala zapoczątkowana 18 sierpnia. "Więźnia Azkabanu" pożarłem w ciągu jednego dnia, a był to pierwszy dzień w moim życiu, który spędziłem w pełni zdrów w łóżku. Przeczytawszy trzeci tom wiedziałem już, że są jeszcze dwa i kolejny pojawi się wkrótce w sprzedaży. Nie mogąc się doczekać premiery czwórki, namówiłem mamę do kupienia mi dwóch pierwszych części. I je także połknąłem bez chwili wytchnienia, choć przyznać muszę, po lekturze trzeciego tomu, pierwszy aż tak bardzo mnie nie wciągnął. "Kamień Filozoficzny", choć świetny, był dla mnie wówczas tylko szerszym powtórzeniem historii, którą już znałem, a mnie przecież tak bardzo ciekawił ciąg dalszy! W dobie współczesności, aż trudno uwierzyć w to, jak trudno było wówczas dostać "Czarę Ognia". Książkę wypożyczyłem w dniu premiery ze szkolnej biblioteki, jednak swojego egzemplarza nijak nabyć nie mogłem. Wszystko stawało mi na drodze - najpierw książki nie dowieźli do hurtowni, potem okazało się, że mąż pani sprzedającej w księgarni miał wypadek samochodowy, który był na tyle poważny, że księgarnia została zamknięta i wkrótce całkowicie zlikwidowana... Moim problemem zawsze było to, że nie potrafiłem cieszyć się z lektury czegoś, co do mnie nie należy. Czytając swoją własną książkę, mam świadomość, że to już jest część mojego życia. Książka z biblioteki jest jak obca różdżka - niby można nią czarować, ale efekty nigdy nie będą tak zadowalające jak przy magii uprawianej własną różdżką. Czekałem więc i doczekać się nie mogłem... Na szczęście po nieco ponad tygodniu szczęśliwy los do mnie powrócił, dzięki czemu stałem się szczęśliwym posiadaczem "Czary Ognia". Mając wówczas 12 lat, spędziłem nad tą książką zaledwie jeden weekend. W poniedziałek oddałem do szkolnej biblioteki wypożyczony egzemplarz - nikt mi nie wierzył, że skończyłem tę książkę w zaledwie tydzień. I mieli rację - swój egzemplarz przeczytałem w dwa dni...

*************************************************************

Historia Petunii i Vernona
Być może słyszeliście już o Pottermore? To najnowszy projekt J.K.Rowling - strona internetowa, na której każdy zarejestrowany będzie mógł poczuć się jak w Hogwarcie, a także będzie miał bliższy niż kiedykolwiek wcześniej kontakt z twórczością brytyjskiej pisarki. Wkrótce wszyscy otrzymają możliwość zarejestrowania się na stronie, zaś milion osób, które pomyślnie zdało "test" (w tym i ja), już niebawem otrzyma możliwość na wcześniejszy dostęp do strony. Wszyscy pozostali muszą poczekać do października, kiedy Pottermore zostanie oficjalnie otwarte dla wszystkich fanów. Nie chcę tu jednak pisać o samym Pottermore, ponieważ, jak mniemam, wyręczyło mnie już w tym mnóstwo fanowskich witryn internetowych, jak np. Hogsmeade.pl. Chciałbym natomiast zaprezentować materiał dodatkowy o Vernonie i Petunii Dursleyów, który J.K.Rowling napisała z myślą właśnie o Pottermore

A zatem cieszcie się tekstem w polskim przekładzie, za który serdecznie dziękuję mojej Przyjaciółce, Karolinie Sikorskiej.

Ciotka i wuj Harry'ego poznali się w pracy. Petunia Evans rozgoryczona faktem, iż jej rodzice zdawali się bardziej cenić jej siostrę - czarownicę bardziej niż ją samą, opuściła na zawsze Cokeworth, by kontynuować kurs pisania na maszynie w Londynie. To z kolei doprowadziło do podjęcia przez nią pracy w biurze, gdzie poznała ekstremalnie niemagicznego, upartego i materialistycznego Vernona Dursley'a. Ogromny i pozbawiony karku, ten młodszy kierownik wydawał się być dla Petunii wzorem męskości. Nie tylko odwzajemniał jej miłosne zainteresowanie, ale był także rozkosznie normalny. Miał idealnie poprawny samochód i chciał robić zupełnie zwykłe rzeczy, z czasem umawiał się z nią na ciąg nudnych randek, a Petunia tylko marzyła o chwili, gdy Vernon założy jej na palec pierścionek.

Kiedy, w czasie trwania kursu, Vernon Dursley oświadczył się, bardzo poprawnie, na jednym kolanie w salonie jego matki, Petunia zgodziła się bez namysłu. Jedyną rysą na szkle był strach przed tym, co jej nowy narzeczony powie o jej siostrze. Vernon był nawet zdolny gardzić ludźmi, którzy zakładali brązowe buty do czarnych garniturów. Petunia nie mogła znieść myśli, co mógłby pomyśleć o młodej kobiecie, która przez większość czasu nosi długie szaty i wymawia zaklęcia.

Prawdę o tym wyznała zalana łzami podczas jednej z randek. Zgodnie z oczekiwaniami Petunii, Vernon był zszokowany, jednakże uroczyście przyrzekł, że nigdy nie wykorzysta przeciwko niej faktu, iż ma siostrę dziwoląga, na co Petunia rzuciła mu się na szyję z wdzięczności z taką zapalczywością, iż upuścił on parówkę.

Pierwsze spotkanie pomiędzy młodą Lily, jej chłopakiem Jamesem Potterem, a parą narzeczonych, poszło źle. Znajomość utonęła. James był rozbawiony postawą Vernona i popełnił błąd okazując to. Vernon próbował traktować Jamesa protekcjonalnie, pytając jakim samochodem jeździ. James opisał swoją wyścigową miotłę. Vernon z głośną pogardą stwierdził, że czarodzieje muszą żyć na zasiłku dla bezrobotnych. James opowiedział o Banku Gringotta oraz o fortunie, którą jego rodzice zdeponowali tam dla niego w szczerym złocie. Wieczór zakończył się gwałtownym wyjściem Vernona i Petunii z restauracji, na co Lily wybuchła płaczem, zaś James (trochę zawstydzony swoim zachowaniem) obiecał, że przy najbliższej okazji naprawi stosunki z Vernonem.

Jednak nigdy do tego nie doszło. Petunia nie chciała Lily za druhnę, ponieważ miała dość bycia w jej ciągłym cieniu. Lily to dotknęło, Vernon odmówił rozmowy z Jamesem na recepcji, ale w zasięgu słuchu Jamesa określił go jako "jakiegoś amatorskiego magika". Po zawarciu małżeństwa, Petunia stała się taka sama jak Vernon. Uwielbiała ich schludny, kwadratowy dom z numerem 4 na Privet Drive. Z Vernonem postanowili nie wybierać się na ślub Lily i Jamesa. Ostatnim listem jaki otrzymała od nich była wiadomość o narodzinach Harry'ego i po jednym pogardliwym spojrzeniu, Petunia wyrzuciła ów list do kosza.

*************************************************************

Początek lata 2002...
Wydaje mi się, że to lato jest bardzo istotne dla mojej pasji. Te wakacje zmieniły mój wygląd i całe moje życie. Był przy tym "Harry Potter".

Być może historia, którą teraz opiszę, jest zbyt prywatna, jednakże jest to pierwszy, wielki wpływ "Harry'ego Pottera" na moją postawę i osobowość. Nikt nie lubi być tzw. "outsiderem", osobą wykluczaną z grup, pomijaną przez rówieśników, poniżaną przez nich, krótko mówiąc - należącą do gorszej kategorii. Aparycja, wygląd zewnętrzny nie jest czymś co jest w pełni od nas zależne - czasami rodzimy się z wadami, na którego nie mamy żadnego wpływu. Moje wielkie, odstające ucho było głównym tematem kpin i szydzenia ze strony "kolegów". Brak poczucia akceptacji i systematyczne nękanie ze strony rówieśników mogło zaprowadzić mnie albo do całkowitego załamania psychicznego, albo do buntu. Niestety, doprowadziło mnie do załamania - czułem się nikomu niepotrzebny, byłem jak przedmiot, zabawka, którą grupa dzieciaków bawiła się w okrutny sposób, by potem porzucić i zapomnieć. Nikt nie myślał o tym, że ta zabawka też coś czuje. Z czasem jednak pojąłem, że moim największym problemem nie jest brak akceptacji ze strony innych, ale mój brak akceptacji dla samego siebie... Harry dał mi siłę do tego, żebym powiedział: "pass" i w końcu coś zmienił. Byłem zbyt słaby na zaakceptowanie siebie takim jakim byłem, więc dzięki porozumieniu i wsparciu ze strony rodziców, zdecydowałem się na zabieg plastyczny korygujący mój defekt - w końcu dzięki niemu miałem stać się taki jak wszyscy - pozbawiony szpetnych, odstających uszu. Najpierw pojechaliśmy do Katowic na spotkanie z chirurgiem plastycznym, ażeby umówić się na dogodny termin zabiegu. Wtedy też po raz pierwszy trafiłem do EMPIKu. Salon zrobił na mnie olbrzymie wrażenie - bardzo długo go zwiedzałem, aż w końcu na jednej z półek zobaczyłem box z czterema tomami "Harry'ego Pottera" w wydaniu brytyjskim. To może wydać się śmieszne, ale to była pierwsza książka, którą widziałem w języku innym niż polski. Byłem zafascynowany i oczarowany owym wydaniem, świadomość, że chcę je mieć była niezwykła, przesycona magią. W tej chwili wszystko inne stało się mniej ważne - nawet kwestia zabiegu, którego szczegóły mieliśmy omówić z lekarzem. Wróciwszy wieczorem do domu, nadal myślałem o tej wspaniałej edycji, pięknych książkach, które kocham, a które są dla mnie tak naprawdę zupełnie obce i niezrozumiałe. To też był "Harry Potter", tyle, że dla mnie, nie znającego języka angielskiego, zupełnie inny, nowy, niezbadany... Tego dnia obudziła się we mnie myśl... A gdyby tak zebrać WSZYSTKIE wydania "Harry'ego Pottera" z całego świata? Wówczas było ok. 30 translacji tych książek, więc pomysł wydawał mi się całkiem dobry. Tylko jak przekonać rodziców i od czego zacząć? Logicznym dla mnie było, że wyśmieją mnie, jeśli powiem, że chcę np. chińskiego Pottera... Niemniej jednak wiedziałem, że przystaną na moją prośbę o angielskiego, jeśli tylko powiem, że to do nauki języka...

Będąc już po zabiegu, udałem się z mamą ponownie do katowickiego EMPIKu. Pamiętam jak dziś, kiedy wziąłem z półki "czteropak" i podałem go sprzedawcy, na co ten odpowiedział: "Ale to jest po angielsku". Wiem o tym... wiem...

21 czerwca 2003...
Dzień światowej premiery "Zakonu Feniksa". Ileż było we mnie złości, że nie mogę dołączyć tego tomu do swojej kolekcji! Tak długo wyczekiwałem informacji o premierze piątej części, tymczasem, kiedy w końcu mogła być moja, tak naprawdę wszystko było temu przeciwne... Nigdy nie należałem do bogatych ludzi, więc cena (100zł) była tu zasadniczym problemem. A więc siedziałem cały dzień w domu oglądając każde kolejne wydania wiadomości i dzienników, w których mówiono o premierze kolejnego tomu serii. Patrzyłem w ekran telewizora i zazdrościłem każdemu dzieciakowi, który miał już najnowszego "Harry'ego Pottera" w ręce. W zasadzie ten dzień dla mnie nie powinien był być tak szczególny, jednakże po blisko dwuletnim oczekiwaniu była to chwila prawdy. Kryzys fanowski przechodziłem jesienią 2002 r., kiedy szczerze zacząłem wątpić w to, że J.K.Rowling kiedykolwiek napisze ciąg dalszy. Wybaczcie mi to stwierdzenie, ale obawiałem się, że pisarka wypaliła się już twórczo. Zacząłem się już nawet godzić z tym faktem, aż tu nagle w grudniu dotarły do mnie informacje o zakończeniu prac autorki nad książką. Może nie odliczałem wówczas każdego dnia do premiery książki, jak to robiłem później przy "Księciu Półkrwi" czy "Insygniach Śmierci", jednakże oczekiwałem 21 czerwca 2003 z wielką niecierpliwością i ciekawością. Prawdziwą mordęgą było dla mnie bierne obserwowanie światowego szaleństwa. Tego dnia też nastąpił prawdziwy przełom w moim fanostwie. Po "Teleekspresie" odwiedził mnie mój dobry kolega, Damian, który z chytrym uśmiechem na twarzy podszedł do mojej półki z "Harrym Potterem" i powiedział: "No i kolekcja już nie jest kompletna". Tego dnia postanowiłem sobie, że już nikt nigdy więcej tak do mnie nie powie - powróciło do mnie marzenie o zgromadzeniu największej ilości translacji tych książek, jednak podszedłem do tego realniej niż poprzednio - nie zakładałem już zgromadzenia siedmiu tomów w każdej edycji, a zebranie wszystkich wydań pierwszego tomu. Myślałem, że pomysł jest świetny, jednak później pojawiła się rysa w planie, która do dzisiaj szpeci moją kolekcję...

*************************************************************

Historia Quirrella
Pottermore prze do przodu - mimo, że strona dopiero od kilku dni otwarta jest dla pierwszych fanów z miliona, już pojawiają się bardzo ciekawe informacje pochodzące bezpośrednio od J.K.Rowling. Nie sposób zamieszczać ich wszystkich na bieżąco, ponieważ na to potrzeba więcej czasu, niemniej jednak, prezentuję unikalny materiał na temat profesora Quirrella i jego relacji z Voldemortem.

Prawdopodobnie jedną z najbardziej wstrząsających informacji o raczej nieśmiałym Quirrellu jest to, że w trakcie swoich podróży podjął się schwytania Voldemorta, jednakże kiedy w końcu odnalazł Czarnego Pana, poddał się jego moc, niechcący stając się tymczasowym horkruksem. Młody półkrwi profesor wywodzący się z Ravenclawu starał się, by zdobyć uznanie za swoją pracę przeciwko Czarnej Magii - mimo, że przede wszystkim był bardziej biegły w teorii tego przedmiotu, a nie praktyce (co jest prawdopodobnie przyczyną tego, że Umbridge ceniła go bardziej od jego następców w "Zakonie Feniksa").

J.K.Rowling: Widziałam Quirrella jako utalentowanego, ale delikatnego chłopca, który był prawdopodobnie wyśmiewany za swoją nieśmiałość i wieczne zdenerwowanie podczas jego edukacji w szkole. Miał zaniżone poczucie własnej wartości i pragnąc udowodnić samemu sobie swoją wartość, zaczął interesować się (na początku teoretycznie) Czarną Magią. Podobnie jak wielu ludzi, którzy czują się niepotrzebnie, nawet zabawny Quirrell miał ukryte pragnienie, by świat zwolnił na chwilę i dostrzegł go.

Quirrell z rozmysłem wyruszył, by odnaleźć to co pozostało z czarnoksiężnika, częściowo z ciekawości, a częściowo z cichego pragnienia stania się kimś znaczącym. W najgorszym wypadku marzył o wyśledzeniu Voldemorta, w najlepszym - możliwości nabycia nowych umiejętności przy Voldemorcie, które dałby mu pewność, że już nikt nigdy nie będzie się z niego śmiał.

Kiedy Voldemort zdał sobie sprawę z tego, że ten młody człowiek ma posadę w Hogwarcie, natychmiast przejął nad nim kontrolę. Quirrell był niezdolny do oporu. Chociaż Quirrell nie stracił swojej duszy, stał się całkowicie poddany Voldemortowi, który spowodował straszną mutację w ciele mężczyzny: teraz Voldemort obserwował wszystko z tyłu głowy Quirrella i kierował jego ruchami, zmuszając go nawet do próby popełnienia morderstwa.

Quirrell został tak naprawdę przemieniony przez Voldemorta w tymczasowego horkruksa. Fizycznie jest skrajnie wyczerpany z powodu walki z dużo silniejszą, złą duszą w nim. Kiedy ciała Voldemort i Quirrell rozdzielają się, ciało Quirrella jest straszliwe poparzone przez kontakt z Harrym. Voldemort ucieka w samą porę, by się uratować, pozostawiając wyniszczonego i osłabionego Quirrella na upadek i śmierć.

*************************************************************

13 sierpnia 2006...
Kolejna bardzo ważna data - mająca wręcz kluczowe znaczenie dla mojej dzisiejszej kolekcji. W mojej opowieści zatrzymaliśmy się na 21 czerwca 2003, kiedy to z żalem i biernością obchodziłem wydanie brytyjskiego "Zakonu Feniksa". Mimo wielkich słów i obietnic, 2 lata przyszło mi czekać na uzupełnienie zbioru. 16 lipca 2005 nadrobiłem zaległości, w dniu premiery "Księcia Półkrwi" zdobyłem dwa brakujące tomy. Pomysł na zbudowanie gigantycznej kolekcji zagranicznych wydań był dla mnie w tym momencie niezwykle inspirujący, jednakże zacofanie (czyt. brak Internetu), skutecznie uniemożliwiały mi podjęcia się realizacji swoich celów. Korzystając gościnnie z dostępu do sieci u kolegi, bacznie obserwowałem sytuację ze światowymi wydaniami - kopiowałem na płyty okładki z rożnych miejsc na świecie, zbierałem wszelkie informacje, które mogłyby mi się przydać. Moją inspirację stanowiła kolekcja ujawniona przez polskiego wydawcę, Media Rodzinę - wspaniały kufer z trzydziestoma wydaniami językowymi "Harry'ego Pottera". Kiedy pod koniec lata 2005 zostałem w końcu podłączony do sieci, większość czasu spędzałem na wyszukiwaniu zagranicznych wydań na Allegro. Tam też postawiłem swoje pierwsze kroki, a 13 sierpnia 2006 to mój pierwszy wielki triumf - zwycięstwo w licytacji zakupu szwedzkiej edycji pierwszego tomu. Moja przygoda właśnie się zaczęła. Kolejne dni, tygodnie i miesiące przynosiły kolejne zakupy - kiedy zacząłem, wiedziałem, że smak satysfakcji i spełnienia nie pozwolą mi spocząć na laurach. Do końca roku zdobyłem jeszcze trzy wydania - z USA, z Japonii i Niemiec. Jedno też "przepuściłem" - perskie, ponieważ sprzedawany na aukcji tom nie był pierwszym, a piątym... Oto rysa w planie, która do dzisiaj jest jak zadra w oku. Dzień, w którym postanowiłem sobie zbierać książki bez względu na tom, uznaję za dzień zwycięstwa, ponieważ od tamtej pory moja kolekcja zaczęła nabierać prawdziwie magicznych "kształtów".

*************************************************************

Różdżkarstwo
Z trzech rdzeni, które Ollivander wykorzystuje w swoich różdżkach, pióro feniksa jest najrzadszym, ale też zawierającym w sobie największy potencjał magiczny i siłę. Włosy jednorożca służą do tworzenia najbardziej konsekwentnej magii i wykazywały największy upór przy poddaniu się Czarnej Magii. Z drugiej strony, trzeci rdzeń, włókno smoczego serca znajduje się w różdżkach o największej mocy, które najłatwiej ulegają Czarnym Mocom. Garrick Ollivander (Via Jo Rowling): Większość różdżek ma długość oscylującą w zakresie od dziewięciu do czternastu cali. Chociaż sprzedaję niezwykle krótkie różdżki (osiem cali i krótsze) oraz bardzo długie (powyżej piętnastu cali długości), są one wyjątkowo rzadkie. W ostatnim przypadku ktoś obdarzony wiekszą posturą zażądał różdżki o nadmiernej długości. Jednakże, wyjątkowo krótkie różdżki wybierają tych czarodziejów, w których osobowościach czegoś brakuje, a nie ze względu na specyfinczą budowę fizyczną (wiele drobnych czarownic i czarodziejów wybieranych jest przez dłuższe różdżki). A teraz o drewnie, z którego wyrabiane są różdżki i jego znaczeniu.Czarny bez - Harry Potter, Albus Dumbledore, Gellert Grindelwald, Draco Malfoy. Różdżka z rdzeniem z włosa testrala. Ollivander: to najrzadsze drewno na różdżki ze wszystkich; różdżki z czarnego bzu mają reputację przynoszących pecha, ponadto Czarna Różdżka jest dużo trudniejsza do okiełznania niż jakakolwiek inna. Zawiera w sobie olbrzymią magiczną moc, ale gardzi każdym właścicielem, który nie jest jej panem. Potrzeba naprawdę niezwykłego czarodzieja, by można ją było mieć przez dłuższy czas. Prawda jest taka, że tylko bardzo niezwykły człowiek będzie mógł dopasować do siebie czarny bez. Uważam za pewne, że te bardzo rzadkie przypadki, w których takie powiązanie występuje spowodowane są tym, że rzeczona czarownica lub czarodziej ma przeznaczone coś niezwykłego. Ostrokrzew - Harry Potter (z piórem feniksa)Ollivander: Różdżki z ostrokrzewu często wybierają na swoich właścicieli tych, którzy związani są z niebezpieczeństwem i często poszukiwaniami natury duchowej. Ostrokrzew jest jednym z tych drewien, które dramatycznie zmienia się pod kątem wydajności w zależności od rdzenia różdżki; bardzo trudne jest zespolenie tego drewna z piórem feniksa, gdyż zmienność drewna koliguje z obojętnością feniksa. W niezwykłym przypadku takie dopasowanie jest idealne, jednakże wówczas nic i nikt nie powinien stawać na ich drodze. Jesion - Ron Weasley, Cedrik Diggory (obie różdżki z włosami jednorożca)ollivander: jesionowe różdżki przywiązują się do ich jedynego, prawdziwego pana i nie powinny być przekazywane czy oddawane przez pierwotnego właściciela, ponieważ wtedy tracą swoją moc i umiejętności. Ta tendencja jest bardzo wyraźna, jeśli rdzeniem jest włos jednorożca. Te czarownice i ci czarodzieje, którzy najlepiej pasują do jesionowej różdżki nie są zmienni w swoich przekonaniach czy zamierzeniach. Zuchwali lub zbyt pewni siebie czarodzieje, którzy często domagają się wypróbowania tych różdżek będą nimi rozczarowani. Idealny właściciel może być uparty i na pewno będzie odważny, ale nigdy nie tępy czy arogancki. Wiśnia - Neville Longbottom (z włosem jednorożca)Ollivander: drewno wiśniowe często sprawia, że różdżka z niego wykonana posiada naprawdę śmiercionośną siłę bez względu na rdzeń, jednakże kiedy występuje korelacja z włóknem smoczego serca, różdżka nie powinna należeć do czarodzieja nie posiadającego wyjątkowej samokontroli i siły woli. Głóg - Draco Malfoy, Harry Potter(z włosem jednorożca)Ollivander: głogowe różdżki nadają się szczególnie do magicznego leczenia, ale są też mistrzynami w klątwach. Generalnie mogę stwierdzić, że różdżki z głogu pasują najbardziej do domu o konfliktowej naturze lub do czarownic czy czarodziejów przechodzących kryzys. Głóg nie jest łatwy do opanowania, więc zawsze rozważam umiejscowienie takiej różdżki w rękach czarownic i czarodziejów ze sprawdzonym talentem. Głogowe różdźki mają swoją szczególną osobowość - niewłaściwie traktowane mogą odbić zaklęcie rykoszetem. Winorośl - Hermiona Granger (z włóknem smoczego serca)Ollivander: różdżki z winorośli należą do tych mniej powszechnych, wobec czego byłem zaintrygowany zauważając, że ich właścicielami są prawie zawsze te czarownice i czarodzieje, którzy doszukują się głębszych celów, posiadają wykraczające wizje i często zadziwiają tych, którzy myślą, że wiedzą lepiej. Drewno winorośli wydaje się mocniej przyciągać osobowości z ukrytych głębin i okazują się być bardziej wrażliwe niż inne na odkrywanie natychmiastowych rozwiązań. Cis - Lord Voldemort/Tom Riddle (z piórem feniksa)Ollivander: różdżki cisowe należą do rzadszych, a ich idealne dopasowanie jest również nietypowe i czasami notoryczne. Różdżki z cisu rzekomo obdarzają swoich posiadaczy potęgą życia i śmierci, co można powiedzieć oczywiście o wszystkich różdżkach, a jednak cis cieszy się szczególnie mroczną i przerażającą reputacją w dziedzinach pojedynków i przekleństw. Jednakże nieprawdziwym byłoby stwierdzenie (jak robią to często niedouczenie w różdżkarstwie), że ci, którzy używają cisowych różdżek są bardziej narażeni na pokusę Czarnej Magii niż inne. Różdżki wykonane z tych najbardziej długowiecznych drzew znajdują się w posiadaniu dobrych bohaterów tak samo często jak tych złych. Na podstawie własnych doświadczeń stwierdzam, że pewnym jest, iż cisowa różdżka nigdy nie wybiera ani marnych ani bojaźliwyh czarodziejów. Pełna lista drewien, z których wykonuje się różdżki: akacja, olcha, jabłoń, jesion, osika, buk, tarnina, czarny orzech, cedr, wiśnia, kasztanowiec, cypr, dereń, heban, czarny bez, wiąz, dąb angielski,jodła, głóg, ostrokrzew, grab, modrzew, laur, klon, gruszka, sosna, topola, czerwony dąb sekwoja, świerk, sykomora, winorośl, orzech włoski, wierzba, cis, jarzębina, leszczyna i lipa srebrzysta.

*************************************************************

Tiara Przydziału
Legenda głosi, że kapelusz ten należał niegdyś do jednego z czworga założycieli, Godryka Gryffindora. Został zaczarowany wspólnie przez wszystkich założycieli dla zapewnienia odpowiedniego przydziału uczniów do imiennych domów, zgodnie z indywidualnymi preferencjami każdego gospodarza. Tiara Przydziału jest jednym z najzdolniejszych zaczarowanych przedmiotów, z jakim czarodzieje kiedykolwiek się zetknęli. Dosłownie zawiera w sobie inteligencję każdego z czworga założycieli, może mówić (przez szew w pobliżu jego brzegów) i zna legilimencję, która pozwala zajrzeć w głąb umysłu tego, kto założy kapelusz na głowę oraz może odgadywać jego zdolności i nastroje. Tiara notorycznie sprzeciwia się przyznania do popełnienia błędów w przydzielaniu uczniów. Nawet w sytuacjach kiedy Ślizgoni zachowują się altruistyczne lub bezinteresownie, Krukoni oblewają wszystkie egzaminy, Puchoni okazują się być leniami mimo talentu do nauki a Gryfoni wykazują tchórzostwo, Kapelusz nadal stanowczo zapiera się przy pierwotnej decyzji. Od J.K.Rowling:Tiara Przydziału nie pojawiła się w moich najwcześniejszych planach Hogwartu. Rozważałam kilka różnych opcji przydzielenia uczniów (ponieważ wiedziałam od początku, że będą cztery domy, każdy wyróżniający inne cechy). Umieściłam cztery posągi założycieli w Wielkiej Sali, które ożywały i wybierały uczniów z tłumu stojącego przed nimi, podczas gdy reszta szkoły obserwowała ceremonię. W końcu napisałam całą listę sposobów na selekcję uczniów - ele mele dudki, krótkie słomki, wybieranie przez kapitanów drużyn, imiona wyskakujące z kapelusz - imiona wypowiadane przez mówiący kapelusz - wkładanie go na głowę - Tiara Przydziału. Kapeluszak- archaiczne określenie z Hogwartu dotyczące nowych uczniów, których Przydział trwa dłużej niż pięć minut. Jest to wyjątkowo długi czas na rozważania Tiary Przydziału, występuje bardzo rzadko - może raz na pięćdziesiąt lat. Wśród rówieśników Harry'ego Pottera, Hermiona Granger i Neville Longbottom byli najbliżej stania się Kapeluszakami. Tiara Przydziału spędziła prawie cztery minuty usiłując zdecydować się czy umieścić Hermionę w Ravenclawie czy Gryffindorze. Neville zastraszony przez reputację Gryffindoru - odwagę, prosił o umieszczenie w Hufflepuffie. Ich ciche spory zakończyły się triumfem Tiary.

*************************************************************


18 sierpnia 2011...
Nadszedł czas na zrobienie swoistego podsumowania tych dziesięciu lat. W tym wypadku nie mogłoby się obyć oczywiście bez słowa DZIĘKUJĘ, a jest tyle osób, którym chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować, tylu ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu przyczynili się do tego, że dziś mam co świętować. Sądzę, że te osoby, do których skierowane są te słowa, doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego też - bez personalnych wystąpień. Dziękuję Wam wszystkim!

Cóż to było za 10 lat... Były wzloty i upadki - radość, śmiech, ale i smutek i łzy - życie bywa przewrotne. W ciągu tej dekady poznałem wielu ludzi, połączyła nas pasja - większości z tych znajomości już nie ma - ludzie się rozeszli, wybrali inną drogę. Niektórych warto było poznać, innych mniej, niektórzy byli przyjaciółmi inni okazali się być wrogami, których tak naprawdę niszczyła zawiść i zazdrość...

Z perspektywy tych lat, mogę stwierdzić, że ten rok jest najbardziej szczególny. Światowa Premiera "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci: część 2" to coś, czego nigdy nie zapomnę, zobaczenie na żywo tych wszystkich ludzi, których dotąd podziwiało się na ekranie czy poprzez lekturę - do tej pory nie potrafię uwierzyć w swoje szczęście. Pamiętam każde swoje osiągnięcie i każdy sukces na przełomie minionej dekady - jeszcze nie tak dawno, bo pod koniec 2009 r. zacząłem zbierać autografy ludzi związanych z "Harrym Potterem" - dziś mam ich blisko pięćdziesiąt od ponad czterdziestu osób... Nie sposób wyliczyć wszystkich rzeczy związanych z serią, które posiadam - myślę, że starczyłoby tego do zaopatrzenia małego muzeum. Jednak wbrew sloganowi reklamowego ostatniej filmowej części: "To już koniec", dla mnie to ciąg dalszy. Jeszcze wiele jest przede mną, tymczasem...

WIOSNA 2012

2013/14

Nadal są miejsca, które warto odwiedzić, wydarzenia, w których warto uczestniczyć - granicą jest tylko wyobraźnia - w końcu świat pełen jest magii.

Moja przygoda z "Harrym Potterem" dopiero się zaczyna...

Magia trwa...
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz