Światowa Premiera "Harry'ego Pottera" moimi oczami... CZĘŚĆ CZWARTA - OSTATNIA

"Let’s finish this the way we started it... 
TOGETHER!"

7 lipca, godz. 15:30
Przeznaczenie Harry'ego Pottera doprowadziło go do Hogwartu, gdzie miał zmierzyć się w ostatnim starciu z Lordem Voldemortem i hordą jego sprzymierzeńców. Nie było tu miejsca na przypadek, wszakże to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności. Ze mną jest podobnie - wbrew wszystkim swoim ograniczeniom, lękom, jestem w Londynie, stoję na Trafalgar Square przy samej barierce cierpliwie przeczekując ostatnie chwile do rozpoczęcia się Światowej Premiery "Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci część druga". Nie żałuję żadnego wyboru, który mnie tutaj sprowadził, ani żadnej chwili spędzonej w oczekiwaniu na to wydarzenie. Spoglądam na zegar - oto ostatnie 30 minut czekania... 

Kilka godzin wcześniej... 
W zasadzie już pogodziłem się z tym, że nie uda mi się wyrwać do toalety - teraz muszę skupić się jedynie całą siłą woli, by zdominować fizjologiczną konieczność. Słońce jeszcze nie wstało - czuję, że może być ciężko. Nie wiem co byśmy zrobili bez Danuty z Brazylii - kobieta wciąż skupia się na wszelkich detalach, które spostrzega dookoła. Kiedy robotnicy dekorują scenę i rozkładają czerwony dywan, ona bez wahania prosi jednego z nich o jego skrawki - w ten sposób i mnie udało się zdobyć jego fragment. Na pozór zwykły śmieć, jednakże ja postrzegam to inaczej - to prawdziwe trofeum, namacalny dowód na to, że jestem tutaj - na Światowej Premierze "Harry'ego Pottera". 

Okazuje się, że zignorowanie konieczności wyjścia do toalety jest całkiem słuszny - Ania nie tylko czekała prawie 45 minut w kolejce, ale i miała spore problemy z powrotem na swoje miejsce. Fani zaczynają przesuwać się w stronę barierek - robi się coraz ciaśniej. Mam jeden pomysł na poradzenie sobie z tym zjawiskiem - musimy zająć jak najwięcej miejsca naszymi bagażami, inaczej z pewnością zostaniemy przyciśnięci do barierek... Presja ze strony otoczenia jest olbrzymia - mimo, że do premiery zostało 10 godzin, każdy już teraz chce sobie wypracować jak najlepsze miejsce - niektórzy wyglądają na takich, co nie cofną się przed niczym w swoich dążeniach. Traktuję to po trosze jako próbę psychologiczną - obecny stan porównałbym do momentu, kiedy dwóch bokserów staje twarzą w twarz na konferencji prasowej i każdy stara się zdobyć przewagę psychologiczną nad przeciwnikiem - jeśli któryś się przestraszy bądź choćby wyrazi niepokój, ten drugi zdobywa ową przewagę. Dlatego ja w tym momencie nie zamierzam odpuścić - bacznie obserwuję najbliższych sąsiadów, jestem gotowy na wszystko. Dominika ulega - zaczyna się kulić ze swoimi bagażami - oddaje część miejsca innym. Szybko z Anią krytykujemy tę postawę - wszakże jeszcze nie pora na to, by upychać swoje bagaże pod barierkami - jeśli to zrobimy, przyjdzie nam stać pozostały czas do premiery w wielkim ścisku. Niestety nie wszyscy mają takie podejście do sprawy jak ja - ludzie pakują swoje rzeczy, na co inni przenoszą się bliżej barierek. Chcąc nie chcąc, muszę pogodzić się z nieuniknionym - trzeba złożyć swoje rzeczy i wstać. Dochodzi 7 rano - zaczyna się ostatni etap oczekiwania na wybicie godziny "zero". Generalnie stanie mi nie przeszkadza - jestem do tego przyzwyczajony, czuję natomiast, że z minuty na minutę zmniejsza się miejsce, którym mogę dysponować. Mimo to wciąż staram się zajmować go jak najwięcej się tylko da - każdy centymetr chronię jak lew celowo rozstawiając swoją torbę podróżną w pozycji uniemożliwiającej wepchnięcie się komukolwiek obok mnie. Fakt - budzi się pewien niepokój - za plecami mam ok. tysiąc ludzi - kiedy zaczną napierać, z moimi żebrami może być różnie. 

Minęło kilkadziesiąt minut - może to nawet godzina, albo dwie - chyba nikt nie patrzy już na zegarek. Prawie wszyscy stoją, nastroje dopisują. Rozdzieliliśmy się z Anią i Dominiką - pomiędzy mną a dziewczynami stoją dwie Francuzki - drobne dziewczyny, więc aż strach pomyśleć co by się z nimi stało, gdyby stały choćby w drugim rzędzie... Zaczynają się ostatnie przygotowania - jedna z Francuzek, Robbie, wypisuje sobie czarnym markerem "Snape" i "Alan" na rękach - widać, że dziewczyna ma talent. Po mojej lewej, Danuta tworzy swój własny sztandar - "Brasil loves Harry Potter" - z dumą wywiesza go przed barierkę. Większość transparentów i bannerów znajduje się właśnie przed barierkami, do których kilka minut temu zostały doczepione wspaniałe bannery reklamujące film. Naprzeciwko mnie, w tłumie stoi jakiś idiota z kartonem, na którym wypisał "Emma, w moich majtkach znajduje się świstoklik", obok niego wtóruje mu dziewczyna o, zapewne, podobnym poziomie inteligencji: "Tom, czy mogę wśliznąć się do twojego łóżka?". Może to kwestia tego, że jestem zasadniczy i uważam się za osobę dobrze wychowaną, ale na miejscu ochrony kazałbym się pozbyć tym ludziom ich durnych transparentów... Żałosne, po prostu żałosne... 

Przed południem zaczyna lać deszcz - jak się okazuje "ostatnia prosta" wcale nie musi być taka prosta, pogoda najwyraźniej jeszcze raz chce przetestować nasze oddanie. Choć wszyscy trzymamy parasole, to i tak jesteśmy mokrzy - woda spływa na mnie z parasoli sąsiadów - z Danutą staramy się wypracować jakiś skuteczny sposób na pozostanie w miarę suchymi - zgrabnie opieramy swoje parasole o siebie w taki sposób, że tworzymy kopułę. Niestety inni nie są tak życzliwi i wystarcza kilka minut, byśmy byli mokrzy. Ja, tradycyjnie już zabezpieczyłem swój plecak i reklamówkę z plakatami - torba i śpiwór służą obecnie jako podstawka pod nogi. Ciągle pada, pada, pada... Końca nie widać - co gorsze, zamiast maleć, ulewa się rozkręca z minuty na minutę. Pracownicy wydobywają z czerwonego dywanu pluski wody przy każdym postawionym kroku. No tak - deszcz jest wszakże tradycją światowych premier "Harry'ego Pottera". Ale nawet zimno i wilgoć nie zepsuje nam teraz nastrojów - dziewczyny śpiewają, inni żartują - mnie jedynie dręczy niepokój - co jeśli i w czasie premiery będzie taka pogoda? Książka, w której planuję zbierać autografy będzie mokra, kamera i aparat również zamokną... 

Kiedy deszcz ustaje, wszyscy wiwatują - niestety szczęście jest przejściowe, bo za chwilę znowu zaczyna padać. Sytuacja powtarza się wielokrotnie - wydaje mi się, że z lotu ptaka przypominamy jakiś oddział - na sygnał "pada deszcz", niemalże jednocześnie unosimy parasole w górę i otwieramy, na słowa: "nie pada", składamy parasole - w pewnym momencie sami zaczynamy się z siebie śmiać. Prawdziwą radość, mimo powracającego wciąż deszczu, budzi w nas fakt, że właśnie z głośników lecą fragmenty soundtracka ostatniego filmu. Alexandre Desplat to geniusz - kolejny raz to udowodnił swoimi przepięknymi kompozycjami. Co jakiś czas słychać również kwestię wypowiadaną przez Snape'a czy Voldemorta, czasami też placem wstrząsa okrzyk Czarnego Pottera: "Harry Potter nie żyje!!!". Tak mija ten dzień - naprawdę liczę na to, że na czas samej premiery pogoda się poprawi - to ostatnia taka premiera, więc niechże wyjdzie słońce!

Po południu zaczynają zbierać się media - na czerwonym dywanie pełno jest dziennikarzy, gdziekolwiek nie spojrzeć, różni ludzie, z różnych państw, kręcą własne reportaże i sprawozdania z premiery. Bardzo się cieszę, że tu jestem - w życiu nie darowałbym sobie, gdybym zaprzepaścił tę szansę, ostatnią szansę, na zobaczenie, w zasadzie, obcych ludzi, którzy tak bardzo wpłynęli na moje życie i uczynili je pięknym.

Oczekiwanie z minuty na minutę przeistacza się w coraz większy dramat - po placu ciągle biegają medycy - ludzie padają jak muchy. Niektórzy mdleją z powodu braku tlenu, inni doznają innych obrażeń - kobieta stojąca naprzeciwko mnie przewróciła się i nie może wstać. Lekarze nie potrafią się dostać za barierki - tłum jest zbyt wielki, zbyt duży panuje ścisk. Sam czuję na sobie wagę kilkuset ludzi - żebra mi trzeszczą złowieszczo - brakuje miejsca na choćby przesunięcie się o centymetr. Wcale nie pomagają komendy ochrony nakazujące zaprzestania parcia. Ludzie stojący z tyłu napierają z całych sił. A więc tak to wszystko będzie wyglądało... Cieszę się, że jestem z przodu - mogę swobodnie oddychać. Dwie dziewczyny z tyłu próbują przepchnąć się bezczelnie do barierek. Nie ze mną te numery - krótkie, acz treściwe zaparcie się na barierce i dziewczyny lądują z powrotem na swoim miejscu - rozumiem ich motywację, jednakże w tych warunkach ustąpienie komukolwiek to narażenie się na stratę własnego miejsca. 

Około 14 przybywają Gosia, Bartek i Marcin z Polsatu. Marcin przekazuje mi paczkę z jedzeniem, kartony na nowy transparent, pisaki i tajemniczą paczkę... W zasadzie nie bardzo mam jak się poruszyć, ani schować te rzeczy gdziekolwiek - z trudem zabezpieczam je przed sobą, zaś kartony i pisaki przekazuję Ani. Póki co wydaje się niemożliwym zrobienie jakiegokolwiek transparentu - może jak zupełnie się rozpogodzi, to będzie więcej miejsca. Póki co, trwa w najlepsze szaleństwo mediów na czerwonym dywanie, jednakże żadni dziennikarze nie pobiją naszych polskich - Marcin biega od sektora do sektora z megafonem i nakłania fanów do krzyczenia i nawoływania Harry'ego Pottera. Generalnie sprawa z mediami wygląda tak - co jakiś czas ktoś kieruje kamerę na fanów, a ci mają krzyczeć ile sił w płucach. W uszach dudni mi niemiłosiernie, jednakże czego się nie robi dla dobrej zabawy? W końcu Marcin dociera i do nas - instruuje nas - mówi co mamy krzyczeć, by po chwili podejść bezpośrednio do mnie - mówi przez megafon, że stoi tutaj największy fan "Harry'ego Pottera" w Polsce i zaczyna przeprowadzać ze mną krótki wywiad. Rezultat jego posunięcia jest jeden - ludzie wokoło myślą, że jestem w Polsce kimś znanym - proszą o jakieś dane kontaktowe, adres bloga... Czuję się dziwnie, bo to nie mój świat - wszakże jestem Daniel, tylko Daniel... To wspaniałe uczucie i olbrzymie wyróżnienie będą mi towarzyszyć do samego końca tej premiery... 

Około 15 szaleństwo się kończy - media powoli przechodzą do specjalnego sektora na drugim końcu placu - zaczyna się ostatnie odliczanie. Pogoda dopisuje - jest ciepło i słonecznie - po deszczu ani śladu. Jedynie porozwieszane wszędzie parasole i przemoczony czerwony dywan stanowią dowód wielogodzinnego deszczu, który nas dzisiaj nękał. Humory dopisują, zwłaszcza, że na wielkim ekranie wyświetlany jest zwiastun filmowy. Jestem bardzo wzruszony, powoli zaczyna do mnie docierać to co się tutaj dzieje. Jeden z najpiękniejszych momentów następuje w chwili, kiedy w zwiastunie stojąc nad przepaścią, Harry mówi do Voldemorta: "Come on, Tom. Let’s finish this the way we started it...", a cały, kilkutysięczny tłum wykrzykuje: "TOGETHER!!!". W tej chwili po raz pierwszy do oczu napływają mi łzy... Tak - dzisiejszego wieczoru zakończymy to tutaj, na Trafalgar Square, RAZEM. Naprawdę brakuje mi słów, którymi mógłbym wiernie opisać swoje uczucia - ostatnie 10 lat mojego życia sukcesywnie prowadziło mnie prostą drogą do tego miejsca. Wszystko co osiągnąłem, wszystko co mam i co chcę osiągnąć ma wielki związek z tym, co przeżywam teraz. A teraz trwa największa przygoda mojego życia. 

Zabawne jest to, że dźwięki puszczane są z lekkim opóźnieniem względem obrazu - wywołuje to uśmiech, zwłaszcza, kiedy Lily mówi głosem Harry'ego, a Syriusz głosem Lily, jednakże teraz nie to jest najważniejsze. Najistotniejsze jest to, że na scenie już ustawiają się prowadzący dzisiejszą ceremonię, zaś zegar wskazuje, że już za kilka chwil wybije godzinę 16... Nadchodzi czas ostatecznego odliczania - w jednej dłoni trzymam "Insygnia Śmierci", w drugiej kamerę. Teraz nawet nacisk ze strony tłumu nie robi na mnie wrażenia, czuje jedynie przyspieszone bicie swojego serca. Oto nadchodzi ten moment, kulminacja wszystkiego co dotąd przeżyłem... I zaczynamy odliczanie:

10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 i... na wielkim ekranie pojawia się twarz prowadzącego, który wita się ze zgromadzonym tłumem - powitaniu towarzyszy wrzask tysięcy fanów zgromadzonych na Trafalgar Square. Zaraz potem na ekranie pojawia się po raz kolejny zwiastun ostatniego filmu, po raz kolejny też tłum fanów wykrzykuje w odpowiednim momencie, niczym jeden mąż, "TOGETHER!!!". Pojawiają się też wyrywki scen z filmu - włamanie do banku Gringotta i poszukiwanie czarki, pierwsza próba ataku na Hogwart, ucieczka przed pożarem w Pokoju Życzeń, Hermiona i Ron niszczący horkruksa oraz Voldemort rzucający Zabójcze Zaklęcie na Harry'ego w Zakazanym Lesie. Owe materiały puszczane są po kilka razy, pojawia się również nagranie wywiadu z Emmą Watson. Kilka minut po godzinie 16 wszyscy skupiają się na potężnym ryku fanów z dalszego sektora - właśnie na premierę przybyła pierwsza gwiazda. Prowadzący z dumą ogłasza, że na Trafalgar Square zjawił się właśnie Rupert Grint! Na telebimie pojawia się obraz aktora rozdającego autografy wśród tłumu. Serce podskakuje mi do gardła, gdy po kilku minutach aktor wchodzi na scenę. To abstrakcja, to nie dzieje się naprawdę... Tak długo marzyłem o tej chwili, a teraz, kiedy ona następuje, euforia zalewa mój umysł i serce do tego stopnia, że nie jestem w stanie nawet utrzymać kamery, którą nagrywam wywiad z odtwórcą roli Rona Weasleya. Niestety, po zakończeniu wystąpienia na scenie, Rupert udaje się do sektora po drugiej stronie, po chwili znika mi z oczu, jednak prowadzący zapowiada właśnie przybycie kolejnego bohatera epickiej serii - Matthew Lewisa. Z odtwórcą roli Neville'a miałem już styczność podczas krakowskiej premiery "Księcia Półkrwi", jednakże w tym momencie ekscytacja na jego widok jest o wiele większa. Wraz z jego przybyciem pojawiają się i inni aktorzy - kiedy Matthew rozdaje autografy w pobliskim sektorze, tuż przede mną przechodzi Jason Isaacs - Lucjusz Malfoy. Po kilku minutach cierpliwość zostaje nam wynagrodzona, gdyż w naszym sektorze zjawia się właśnie Matthew.
Aktor błyskawicznie radzi sobie z podpisywaniem rzeczy podsuwanych mu przez grono fanów - sam też zdobywam w tym momencie swój pierwszy autograf na Światowej Premierze. Kolejni aktorzy i aktorki pojawiają się falowo - nie sposób nawet zarejestrować kto kiedy, przed kim i gdzie - wszędzie jest ich pełno. Moją uwagę przykuwa jednak Rupert, który zjawia się naprzeciwko naszego sektora. Każde z nas wykrzykuje jego imię - wszyscy mamy nadzieję, że w końcu do nas podejdzie... i słusznie! Rupert właśnie przechodzi na naszą stronę - z uśmiechem podpisuje książki, zdjęcia, ulotki...

Serce niemalże zatrzymuje się, kiedy składa podpis w mojej książce - to niewyobrażalny dla mnie sukces - więcej niż mogłem się spodziewać. Kolejne gwiazdy pojawiają się znikąd - stoję z wyciągniętą przed sobą książką i kamerą starając się uchwycić na filmie każdą osobę, którą tylko uda mi się zobaczyć. Prezenter ogłasza przybycie Toma Feltona. Wszystko dzieje się niewyobrażalnie szybko - nie pytajcie o kolejność, w której zdobywałem autografy, bo emocje całkowicie mnie zaślepiają - w ciągu kilku minut w moich "Insygniach Śmierci" pojawiają się autografy Julie Walters (Molly Weasley), Bonnie Wright (Ginny), Jamiego Campbell Bowera (młody Grindelwald), Natalii Teny (Tonks), która zjawia się całkowicie niespodziewanie - jak gdyby wyrosła spod ziemi. Staram się powiedzieć choć po kilka słów do każdej z gwiazd - na ogół są to pozdrowienia przekazywane z Polski. Mina Matthew, któremu również przekazuję owe pozdrowienia, jest nieziemska (aktor, wraz z Bonnie spędził w Polsce noc w hotelu, w którym była awaria prądu - z pewnością ma ciekawe wspomnienia związane z wizytą w naszym kraju). W tych chwilach ochrona jest bezradna - całe tłumy fanów naciskają z całej siły na przód, sam czuję, że już w zasadzie klęczę, zamiast stać, przed barierkami - jestem wciskany pod barierki - używam całej swojej siły, żeby wyswobodzić się z pozycji, która mogłaby się dla mnie okazać tragiczną, gdybym został głębiej pod owe barierki wepchany... Pojawia się Domhnall Gleeson (Bill Weasley), który bardzo sympatycznie reaguje na fanów, którzy przekręcają jego imię: "Nie przejmujcie się - nikt nie potrafi poprawnie wypowiedzieć mojego imienia" - mówi.
Po chwili muszę stoczyć wewnętrzną walkę ze sobą - z jednej strony zmierza ku mnie Evanna Lynch (Luna), a z drugiej Tom Felton (Draco Malfoy) - wszystko wskazuje na to, że przy mnie znajdą się w tym samym momencie. Dostrzegam jednak nadzieję w tym, że Evanna przemieszcza się nieco szybciej - błyskawicznie wyciągam rękę z książką w jej kierunku - aktorka zaczyna składać swój podpis, kiedy zagaduje ją ktoś z tylnego rzędu. Widząc bardzo blisko siebie Toma, próbuję podstawić swoje tomiszcze jemu do podpisu, będąc przekonanym, że Evanna złożyła już swoją sygnaturę - dziewczyna jednak przytrzymuje książkę, uśmiecha się do mnie i mówi, że jeszcze nie dokończyła - dopiero teraz dokańcza swój podpis, jednak Tom zdążył mnie już minąć - mimo usilnych prób, jest już za daleko, by mógł dać mi swój autograf. No tak - ktoś kosztem kogoś. Nie czuję się zawiedziony - sam fakt, że był tak blisko mnie, sam fakt tego wszystkiego co się tutaj dzieje, jest dla mnie pełnym spełnieniem marzeń. Staram się jednak nadrobić stratę zagadując Evannę - niestety, na zdjęcie z młodziutką aktorką (która wygląda dziś prześlicznie), nie ma co liczyć, jednak dziewczyna bardzo ciepło reaguje na polskie pozdrowienia.



Stojąc w tłumie czuję się chwilami jak ekspert - zwłaszcza w momentach, kiedy pojawia się ktoś, kogo inni nie znają, a ja owszem - tak jest, kiedy pojawiają się producenci - David Barron i David Heyman, oraz scenarzysta - Steve Kloves, który przez tłum mylnie jest wzywany jako "David"... Na szczęście przede mną szybko pojawia się inny David - bardzo sympatyczny i reagujący na wzmiankę o Polsce zdecydowanie najcieplej - David Bradley (Argus Filch). Mężczyzna sprawia wrażenie naprawdę przesympatycznego człowieka, w przeciwieństwie do postaci, w którą się wciela w serii. 

Niezwykle przyjemnie jest mi również zdobyć autografy Davida Yatesa (reżyser), który przez pomyłkę podpisuje się w mojej książce dwa razy, Davida Barrona (producent), Ciarana Hindsa (Aberforth Dumbledore), którego tłum niestety nie rozpoznaje - a szkoda, bo aktor również bardzo ciepło traktuje fanów z nadzieją wyciągających do niego rzeczy do podpisu. Nawet nie wiem kiedy słyszę głos dochodzący z dołu i zauważam Warwicka Davisa, który z szerokim uśmiechem rozdaje autografy. Niebawem poznaję też odtwórców ról młodego Syriusza i Snape'a. Benedict Clarke, 14-stolatek wcielający się w postać młodego mistrza eliksirów jest bardzo sympatycznym dzieciakiem - szeroko uśmiechnięty i bardzo wygadany rozdaje autografy i chętnie pozuje do zdjęć. Wielkim zaszczytem dla mnie jest chwila, kiedy staje przede mną Alexandre Desplat, kompozytor muzyki do dwóch ostatnich odsłon "Harry'ego Pottera" - jako jedyny też pisze mi osobistą dedykację. Kilka sekund później i jest przy mnie Katie Leung (Cho Chang), która w istocie olśniewa urodą. Imelda Staunton (Umbridge) w ogóle nie przypomina postaci, w którą się wciela - jest ciepłą i miłą osobą. Tłum skanduje imię niemalże każdej osoby, która się pojawia, są jednak gwiazdy, których imiona są skandowane dużo głośniej niż jakiekolwiek inne. Proszę Państwa, oto na Światowej Premierze zjawia się Alan Rickman! Kiedy aktor pojawia się na scenie, odśpiewujemy mu głośno fragment "Mysterious Ticking Noise" - "Snape, Snape, Severus Snape, Snape, Snape, Severus Snape..." - aktor reaguje na te spontaniczne słowa wydobywające się z setek gardeł bardzo entuzjastycznie - przerywa wywiad, by zaznaczyć prowadzącemu, że śpiewamy, po czym w stronę każdego sektora posyła całusa. Niejedna fanka zakochana w nim, pewnie mdleje w tym momencie z zachwytu i niewolniczego oddania. Olbrzymie szaleństwo wywołuje również przybycie Emmy Watson i Heleny Bonham-Carter (Bellatriks Lestrange). Sam jestem wniebowzięty, przez co niemalże nie zauważam Jamesa Phelpsa (Fred Weasley) i cudnie wyglądającej Scarlett Byrne (Pansy Parkinson) - szybko jednak nadrabiam brak uwagi. Szaleństwo dopiero się zaczyna, kiedy Emma udziela wywiadu i wychodzi do innego sektora, a Helena zostaje w naszym. Dominika, wielka fanka Heleny, robi wszystko, by zostać zauważoną przez swoją idolką. Udaje się przywołać do nas matkę aktorki - Elenę, która widząc entuzjazm i oddanie Dominiki szybko przyprowadza do nas swoją córkę. Marzenia się spełniają - gdyby się nie spełniały, to Helena Bonham-Carter nigdy nie podpisałaby się w mojej książce. To wielki zaszczyt widzieć ją z tak bliska i móc zamienić choć dwa słowa. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu już minęło - wiem natomiast, że jeszcze nie pojawili się najważniejsi na dzisiejszej uroczystości - J.K.Rowling i Daniel Radcliffe, jednak w tej chwili zostaje ogłoszone ich przybycie. Kiedy pojawiają się na scenie tłum ryczy głośniej niż kiedykolwiek wcześniej - niewyobrażalne wzruszenie, olbrzymie emocje i niedowierzanie. Nie ma jednak czasu, by skupić się na tym co mówią, ponieważ w ostatniej chwili udaje mi się dostrzec Timothy'ego Spalla, który podchodzi od razu do mnie, kiedy wywołuję go po imieniu. Odtwórca roli Petera Pettigrew ma wokół siebie wspaniałą aurę - jest wielkim aktorem, a jednocześnie bardzo szanuje swoich fanów - wystarczył jeden fan wypowiadający jego imię (ja), by bez wahania podszedł i złożył swój podpis w moich, nie ukrywam, bardzo już "pomazanych" "Insygniach Śmierci". Cała uroczystość ma się powoli ku końcowi - mam nieodparte uczucie, że jestem aż czerwony z emocji i wzruszeń. Tymczasem okazuje się, że to jeszcze nie koniec atrakcji, albowiem po drugiej stronie pojawia się Daniel Radcliffe, by rozdawać autografy. Ile sił w płucach, zaczynam skandować jego imię porywając za sobą cały tłum. Nawet kiedy inni słabną i milkną, ja nie pozwalam sobie nawet na moment słabości - jutro mogę zaniemówić, ale dziś zedrę gardło w nadziei, że uda mi się zdobyć osobiście autograf Harry'ego Pottera. Wydzieram się tak głośno, że wyraźnie słychać mnie na całym Trafalgarze - postanawiam sobie nie ustąpić, walczyć do samego końca. W końcu słyszę za sobą zdenerwowany głos: "Przestań wrzeszczeć! On nie podejdzie!", kiedy nagle Dan zawraca i zmierza w naszym kierunku. Nie wiem ile w tym zasługi mojego wydzierania się, jednak widzę jak aktor z sekundy na sekundę zbliża się coraz bardziej. W końcu staje przede mną i składa swój podpis w mojej książce.

Znajduje nawet kilka czasu na to, by odpowiedzieć na moje pozdrowienia z Polski i również mnie pozdrowić. Wzruszenie jest olbrzymie, brakuje mi słów - moje marzenia się spełniły, czego mogę chcieć więcej? Lecz oto tuż przede mną zjawia się Emma Watson. Niestety, przechodzi jedynie do innego sektora, jednakże kiedy wykrzykuję jej imię, aktorka patrzy mi prosto w oczy i uśmiecha się. Tego spojrzenia nie zapomnę do końca życia. Mimo zapewnień ochrony, iż filmowa Hermiona podejdzie do nas później, zamieszanie na scenie mówi mi, że jednak do tego nie dojdzie. Właśnie rozpoczyna się oficjalne pożegnanie - na podium wkraczają J.K.Rowling, Daniel Radcliffe, Emma Watson, Rupert Grint, David Yates, David Heyman i David Barron - wszyscy gotowi, by ostatecznie podziękować fanom i pożegnać się ze światem "Harry'ego Pottera". Mówią David Yates, David Heyman, David Barron - każdy dziękuje każdemu, a przede wszystkim fanom, po czym przed kamerą staje Daniel, który w nieco komiczny sposób dziękuje Davidowi Heymanowi za danie mu pracy i J.K.Rowling za polecenie Davidowi Heymanowi by dał mu pracę. Ta część pożegnania jest przepełniona humorem, jednak po Danielu przychodzi kolej Emmy. Kiedy mówi, głos jej się łamie, ja sam wiem, że w tym momencie jestem już ugotowany. Sam mam łzy w oczach słuchając ukochanej aktorki, która nie potrafi zapanować nad emocjami. Nie wiem, w której chwili uderza we mnie myśl: "To już koniec", wiem natomiast, że zaczynam płakać i ja. Szczęście i smutek łączą się ze sobą, jestem najszczęśliwszym człowiekiem mogąc tu dzisiaj być, będąc naocznym świadkiem wszystkiego co się wydarzyło nie tylko w ciągu ostatnich kilku godzin, ale i dni. Przede wszystkim odczuwam euforię na myśl, że dane mi jest widzieć tych wszystkich ludzi, których dotąd, przez tyle lat, podziwiałem zza kartek papieru bądź szklanego ekranu. Po Emmie przychodzi kolej na Ruperta, który stwierdza, że była to najwspanialsza przygoda jego życia. Na sam koniec zostaje ONA. Osoba, bez której to wszystko by nie miało miejsca. Sam odczułem dzisiaj jak wielką moc ma ta kobieta, widziałem fanów, którzy płakali po tym, jak otrzymali od niej autograf. J.K.Rowling. Pisarka na wstępie stwierdza, że Emma ją rozłożyła na łopatki, a Rupert dobił totalnie - obiecuje sobie, że nie będzie płakać, jednak kiedy tłumnie skandujemy "Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!" i ona musi powstrzymywać się przed łzami. "Nie, nie róbcie tego! Nie mogę płakać!" - woła do tłumu. Ja za to mogę - w zasadzie już nic nie widzę przez łzy zalewające oczy, ale nie wstydzę się tego. Jestem tu, przeżywam najwspanialsze chwile swojego życia - jestem w pełni wolnym człowiekiem mogącym cieszyć się z uczestnictwa w takim wydarzeniu każdą cząstką siebie. W głowie wciąż dudnią mi słowa: "Tę premierę dedykujemy wam, którzy się tutaj zgromadziliście dzisiaj". Niebawem kończą się przemówienia, kończy się również w tym momencie era "Harry'ego Pottera" - koniec jest definitywny, bolesny, ale i piękny pod wieloma względami. Jestem dumny, że jestem potteromaniakiem, jestem dumny i niewiarygodnie szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tej Światowej Premierze. I wiem, że to nie jest koniec, bo ostatecznie zakończymy to w ten sposób, w jaki się to zaczęło...

RAZEM!!! 

EPILOG... 
Tłumy zaczynają rozchodzić się z Trafalgar Square - to już koniec atrakcji, koniec Światowej Premiery, koniec "Harry'ego Pottera". Ja nie potrafię się jakoś zebrać - wciąż mam łzy w oczach, jestem bardzo wzruszony i szczęśliwy. To wszystko co dzisiaj przeżyłem, to w zasadzie jeden wielki sen - spełnienie wszelkich marzeń, które mógłbym sobie kiedykolwiek wyśnić. No tak - wiele z moich rzeczy nie przetrwało nacisku fanów, na szczęście przetrwał plecak, torebka z podarunkiem od Marcina Cejrowskiego i nawet torba podróżna zachowała się w całkiem niezłym stanie. Pozostała w zasadzie jedna rzecz do zrobienia - zabranie pamiątki z placu - na szczęście mam już upatrzoną tablicę reklamową na barierce. Nie pozwalam jej sobie odebrać kobiecie, która zbliża się z nożyczkami i próbuje majstrować przy zaczepach. Powoli żegnamy się z poznanymi ludźmi, kochane dziewczyny z Francji... Bardzo miło było spędzić ten szczególny czas razem z nimi. W końcu, przy użyciu nożyczek Ani, udaje mi się uporać z odpięciem bannera, zatem mam kolejną pamiątkę z premiery. Plac przypomina pobojowisko - pełno jest tu śmieci, porzuconych śpiworów, parasoli, krzeseł, a nawet namiotów... Kilka pamiątkowych zdjęć i próbuję się zebrać, kiedy podchodzi jakaś reporterka, która mówi mi po angielsku, że na górze polska telewizja wzywa przez megafon największego fana "Harry'ego Pottera" z Polski. Teraz już czuję się największym fanem - przeżyłem to wszystko, przetrwałem - jestem potteromaniakiem - najprawdziwszym na świecie. Krótki wywiad, pokazanie zdobyczy i na tym kończy się moja wspaniała przygoda z Polsatem. Udało mi się poznać naprawdę fantastycznych ludzi. Bartek proponuje mnie i Ani nocleg u siebie - czuję się tak wyczerpany, teraz kiedy emocje już opadają, że nie jestem w stanie odrzucić propozycji. Ostatnie pożegnania na placu, zabieramy swoje rzeczy i żegnamy miejsce, na którym koczowaliśmy prawie 5 dni i 4 noce. Przeżyłem przygodę swojego życia, teraz mogę wracać do domu... Wszystko było dobrze.


PODZIĘKOWANIA:

W tym miejscu nie może obyć się bez podziękowań, a zatem:

- dziękuję z całego serca mojej Mamie, która od początku okazała mi bardzo wiele wsparcia w związku z wyjazdem i zrobiła wszystko, bym ową podróż przetrwał; dziękuję również za wieloletnie wsparcie, które okazuje mi w mojej potterowej pasji; 

- dziękuję Ani, która zdecydowała się wyjechać ze mną, mimo, że wiele ryzykowała - za odwagę, determinację i bycie wierną fanką - dziękuję;

- dziękuję Bartkowi Łuszczowi i jego wspaniałej dziewczynie, Asi, którzy wspaniałomyślnie zaprosili nas do siebie na noc po premierze, pozwolili się wykąpać, nakarmili, napoili i dali możliwość wyspania się w suchym i ciepłym miejscu - tak naprawdę w tej sytuacji nie ma słów, którymi mógłbym wyrazić swoją wdzięczność - okazaliście nam tak wiele serca i zrozumienia - DZIĘKUJĘ;

- dziękuję Marcinowi Cejrowskiemu za świetny reportaż i wywiady, a także za niesamowity prezent od Toma Feltona, który mi przekazał - cudowny zegarek w Złotym Zniczu - nie wiem w jaki sposób mógłbym wyrazić swoją wdzięczność - DZIĘKUJĘ;

- oczywiście dziękuję Gosi Cyganek, bez której prawdopodobnie w ogóle nie doszłoby do nagrywania owego reportażu - za wielkie zrozumienie, wszelkie zdjęcia i wsparcie - bardzo, bardzo Ci dziękuję;

- dziękuję telewizji Polsat za zainteresowanie się moją osobą i za docenienie pasji, którą wkładam w to co robię od 10 lat - bardzo dziękuję za największe wyróżnienie, jakiego w życiu doświadczyłem;

- dziękuję Dominice, która woli być nazywa Domą, za to, że byłaś tam z nami :-)

- dziękuję Danucie, która nie tylko była wspaniałą towarzyszką, ale i dostarczyła mi mnóstwa wspaniałych zdjęć z premiery;

- dziękuję Mikołajowi "Pobe" Łukasikowi za załatwienie mi wejściówki medialnej na premierze - przepraszam z tego miejsca również za to, że nie skorzystałem z niej, ale ostatecznie bycie fanem i chęć spędzenia tego czasu wśród fanów, zwyciężyła we mnie;
- dziękuję wszystkim wspaniałym ludziom, których poznałem na tej premierze - jesteśmy w kontakcie, nigdy Was nie zapomnę!

- dziękuję Hogsmeade.pl i jego użytkownikom za wsparcie i za śledzenie moich poczynań na premierze - obiecuję bardziej przykładać się do prowadzenia fan page'a

- dziękuję Wam, którzy czytacie tego bloga i doceniacie to co robię - bez Was to wszystko nie miałoby głębszego sensu, zaś ja nie miałbym dla kogo spisywać tych wszystkich wspomnień - jesteście moją siłą napędową - DZIĘKUJĘ WAM!
------------------------------
P.S. Dla ciekawskich - wytrzymałem 17 godzin bez toalety ;-) 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Jesteś nieprawdopodobny! ( i nie mówię tu o toalecie}

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowicie czytało się tą relację, zwłaszcza po tylu latach :D Miałam 8/9 lat jak poznałam Potter'a i choć teraz mam już 23 lata to młody wiek i nadopiekuńcza mama nie pozwoliły mi nigdy na udział w żadnym Potter'owym wydarzeniu/wyczekiwaniu, więc taka relacja choć trochę oddaje mi jak to jest :D

    OdpowiedzUsuń