Światowa Premiera "Harry'ego Pottera" moimi oczami... CZĘŚĆ TRZECIA

"Let’s finish this the way we started it...

TOGETHER!"

6 lipca, godz. ok. 4:00
Nie wiem jak udało mi się przetrwać tę noc. Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność - nie wiem co bym zrobił, gdyby nie jasny umysł. Ciągłe powtarzanie sobie celu, dla których znoszę te niedogodności, to najlepsza metoda by wygrać z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Już chyba nawet przywykłem do wszechobecnego zimna. Widzę, że panowie na dolnym pracu mają pełne ręce roboty - przynajmniej im jest ciepło. Nadal nie potrafię sobie wyobrazić jak prezentować się będzie plac na premierze - jedna noc minęła, a tu w zasadzie widać tylko postawione słupy z oświetleniem i mnóstwo barierek. Przy National Gallery zebrał się spory tłum fanów - koczują w rzędach tak jak my to robiliśmy jeszcze wczoraj o poranku... Ale my teraz jesteśmy tu - w pierwszej zagrodzie. Byliśmy pierwsi i to właśnie świadomość, że to nam przypadną najlepsze miejsca na dolnym placu, jest niezwykle kojąca i budzi w sercu ciepło. W zasadzie mam sporo planów na dzisiaj - od 10 zaczyna się rozdawanie przepasek na rękę, które są zarazem naszym biletem wstępu na premierę, a o 12 (po smsowym uzgodnieniu zmiany godziny spotkania) jestem umówiony z ekipą Polsatu na kręcenie reportażu dla "Się kręci". Widać emocji mi dzisiaj nie zabraknie, oby tylko przydzielanie miejsc na dole przebiegło sprawnie i szybko...
Mija trochę czasu zanim na horyzoncie pojawia się słońce - niestety, nadzieja na ogrzanie się czy wysuszenie jest płonna, ponieważ niebo jest bardzo zachmurzone. Do Luny znowu przychodzi jej ojciec - tym razem nawet nie próbuje jej stąd zabrać - przyniósł jej po prostu suche ubrania i koc, żeby dziewczyna nie zamarzła. Doceniam jego starania i troskę, a przede wszystkim to, że w końcu zaakceptował wybór córki, która postanawia z nami zostać na dobre i złe. Wbrew wszystkiemu - humor mi dopisuje, bo godzina "zero" jest już coraz bliżej - już jutro moje marzenia się spełnią, osiągnę cel, o którym marzyłem tak długo... Ale nie czas jeszcze na święcenie triumfu - najpierw trzeba dotrwać do jutra, co może wcale nie być takie proste i przyjemne. Ludzie powoli się budzą, w zagrodzie pojawiają się również ci, którzy zniknęli stąd poprzedniego wieczoru - widać, że spędzili noc w suchym i ciepłym miejscu, bo wcale nie wyglądają na tak styranych i wyziębniętych jak my. Nie mnie oceniać, czy to w porządku z ich strony. Wiem natomiast, że ja czuję się w tej chwili większym fanem "Harry'ego Pottera" niż kiedykolwiek wcześniej - to uczucie jest na tyle silne, że przynosi ukojenie i rozpala ciepły płomyk w sercu. Nasi współtowarzysze się budzą, zaczyna się zwykły poranny rozgardiasz - niektórzy przeglądają swoje rzeczy, inni po prostu siedzą z oczami w słup. Niestety - torba podróżna, śpiwór i poduszka są całkowicie przemoczone. Wzorując się na innych, zarzucam śpiwór na balustradę i z przerażeniem widzę, jak strużkami spływa z niego woda. W tej chwili trzeba pogodzić się ze smutną prawdą - kolejną noc będę musiał przesiedzieć, bo nie ma szans, by bez słońca moja pierzyna wyschnęła, zaś na samo słońce nie ma co liczyć... Ciemne chmury rozciągające się na cały horyzont, skutecznie zabijają nadzieję. Z bijącym mocno sercem przeglądam plecak i moje skarby w nim ukryte - czuję wielką ulgę, kiedy stwierdzam, że wszystko jest w porządku. W zasadzie pobyt tutaj i to całe koczowanie, nauczyły mnie jednego - nie należy skupiać się jedynie na "tu i teraz", ale i na tym co będzie za godzinę, za dwie, za kilka, czy w nocy - wszystko po to, by móc się jak najlepiej zabezpieczyć przed wszelkimi niedogodnościami i trudnościami. Wcale nie czuję się nieprzygotowany, kiedy patrzę na swoich współtowarzyszy - wszyscy improwizowali, nikt nie był całkowicie uodporniony na angielską pogodę, która udowodniła nam swoją złowieszczą i niszczycielską naturę w nocy. Jakby nie było - pozostało przeboleć jeszcze tylko jeden nocleg, a po premierze można przeczekać do świtu na dworcu kolejowym. Będzie dobrze. Budzi się nowy dzień, więc musi być dobrze. Ania również się budzi - tak jak myślałem, woda i jej nie oszczędziła, jednak prawdziwy ból przeżywamy dopiero po kilku chwilach. Nasz transparent został zniszczony - z sowy trzymającej kartę, niewiele zostało... Widać, że takie jest przeznaczenie sów w "Harrym Potterze" - nasza została stracona, tak samo jak Hedwiga... Na razie nie patrzymy na samą kartę z napisem "Poland loves Harry Potter" - może próbujemy oszukać siebie i wmówić sobie, że wszystko jest w porządku? Niestety, nic nie było w porządku... Ania włożyła tyle godzin pracy i serca w stworzenie tego transparentu - jedna noc nam go odebrała...

Każda minuta trwa godzinę, każdy oddech uświadamia mi jak bardzo boli mnie gardło. Na nic się zdała aspiryna i inne środki na przeziębienie. Pora pogodzić się z faktem, że w najlepszym wypadku podczas premiery będę mógł piszczeć. Przeraża mnie myśl o reportażu, który mam kręcić z Polsatem - nie jestem już w stanie panować nad swoim głosem. Grunt, że moje ogólnosamopoczucie nie jest złe - zawsze mogło być ze mną dużo gorzej. To prawdziwa ulga usłyszeć polski głos... Właśnie przybyła mama Dominiki, która zastąpi ją w oczekiwaniu na premierę. W końcu można porozmawiać z kimś po polsku... Umysł odpoczywa, nie trzeba skupiać się tak bardzo na mowie i na słuchaniu drugiej osoby - mała rzecz, a cieszy. Okazuje się, że pani Lucyna (która szybko zaproponowała przejście na "ty") jest naprawdę świetną osobą - sympatyczną, dowcipną i wyluzowaną. To ten rzadki typ rodzica, który zamiast narzekać na wybryki i "głupie" pomysły dziecka, stara się zrozumieć i zaakceptować jego pasje. Naprawdę pani Lucynie należy się wielki szacunek z tego powodu. Poza tym - jest zdecydowanie raźniej, kiedy poznaje się kolejną osobę.

Najbliższe godziny to wielkie oczekiwanie na wybicie godziny 10-tej. Szybko udaje mi się spakować swoje rzeczy. Choć wiem, że to na nic, zostawiam śpiwór i poduszkę na balustradzie - może choć trochę przeschną, nim nadejdzie pora na przeprowadzkę. Nadal nie potrafię sobie wyobrazić jak to wszystko będzie wyglądało - przecież w tym momencie jest tu kilkuset fanów, może nawet tysiąc... Obawiam się, że kiedy zacznie się rozdawanie przepasek, zacznie się prawdziwe piekło. No nic... Pozostaje cierpliwie czekać na wezwanie... Pojawia się również kolejny miły aspekt pobytu - poznajemy Danutę - będzie to bardzo ciekawa znajomość, tym bardziej, iż jest ona Brazylijką mieszkającą w Londynie, która mówi... po polsku. W tej chwili jednak nasza znajomość nie jest rzeczą najważniejszą - najważniejsze jest, by zdobyć dobre miejsce pod barierkami i nie dać się wypchać z kolejki... Z każdą kolejną minutą oczekiwania emocje rosną...

Dopiero przed 10 nasi "dowódcy" nakazują nam zebrać się przy drugim końcu zagrody. Stoją tu już ochroniarze, barierki są lekko rozsunięte, tak by wezwana osoba mogła wyjść. Zaczynają się problemy organizacyjne - mimo powtarzanej wciąż i na nowo komendy: "usiądźcie", wciąż znajdują się tacy, którzy mają to w nosie. Nie pomaga forma prośby, nakazu czy nawet rozkazu - niektórzy ignorują wszystko co się do nich mówi. Nie słychać co mówi nasz "dowodzący", więc skupiam się na tym, by wyszukać w tłumie ludzi Lauren i Rossa, którzy w kolejce byli przed nami. Z Anią i Lucyną przedzieramy się maksymalnie na przód i z nadzieją spoglądamy na tych dwoje - kiedy oni wstaną, my również to zrobimy. W tej chwili panuje tutaj nerwowa atmosfera - widać, że ci, którzy przybyli później, są gotowi wepchnąć się przed kolejkę nie bacząc na nic, co było wcześniej ustalone. W końcu wybija 10 i zaczyna się proces przenosin. Tak jak myślałem, nie obejdzie się bez problemów i konfliktów - listy spisywane na początku naszego koczowania, nie zdają w pełni swojej roli, ponieważ okazuje się, że z nieba spadła grupa 32 Francuzów, którzy rzekomo są przed nami. Tłum protestuje, jednak nasz dowódca stojący przy wyjściu, twierdzi, że jest to niezależne od niego, ponieważ to organizatorzy premiery postanowili, z niewiadomych powodów, przepuścić owych Francuzów przed innymi. Na nic zdają się zapewnienia, że to jest prawidłowe posunięcie. Musi interweniować ochrona: "Słuchajcie! Jesteście szczęśliwcami, którzy dostaną miejsce przy barierkach w przeciwieństwie do pozostałych 7 tysięcy ludzi! Uspokójcie się!!!". Wcale nie czuję się spokojny, ale nie zamierzam też utrudniać procesu przyznawania opasek, więc siedzę cicho. Dopiero, kiedy zostają wyczytani Lauren i Ross, podnoszę się z miejsca i wraz z Anią i Lucyną przedzieramy się do przodu, gdzie zostajemy w ostatniej chwili zatrzymani. No tak... Francuzi! "Dowódca" widocznie sobie nie radzi, został postawiony przed murem i, mimo, że to nie jego wina, musi opanować emocje. "Daniel i Ana - wy będziecie po Francuzach, dobrze?". No cóż, skoro tak musi być, to w porządku. Nie wszyscy jednak podzielają takie podejście - chłopak wciąż krzyczy: "Proszę, uspokójcie się... teraz niech podejdą Francuzi!" - te słowa wcale nie poprawiają nikomu nastroju. Jedna z fanek, która mieszka w Londynie, zaczyna mówić po francusku sprzeciwiając się tym samym niesprawiedliwości, która nas spotyka. Ostatecznie udaje nam się z Anią wydostać - ochroniarz zakłada nam na ręce czerwone opaski, które szczelnie zapina - nie ma możliwości zdjęcia ich bez zerwania zapięcia - a więc tak zabezpieczają się przed nielegalną sprzedażą miejsc... Przechodzimy kawałek i stajemy w długiej kolejce do schodów wiodących na dolny plac. Stoimy naprawdę w wąskim przejściu - na lewo znajduje się nasza zagroda, na prawo dwa lub trzy rzędy wysokich barierek, za którymi fani czekają na swoją kolej, by otrzymać swoją "wejściówkę".

Teraz czuję się naprawdę wspaniale - nie dość, że mam zapewnione miejsce przy barierkach, to jeszcze spomiędzy chmur wychodzi słońce. Chwila oczekiwania, dołącza do nas Lucyna, której udało się wyjaśnić ochronie dla kogo potrzebuje owej przepaski na rękę, przez co trzyma ją luzem w dłoni. Mija krótka chwila i rozpoczyna się proces wpuszczania potteromaniaków na dolny plac Trafalgar Square. Na wejściu ochrona sprawdza czy każdy ma opaskę na ręce i... zatrzymuje Lucynę - na nic zdają się tłumaczenia, kobieta musi założyć opaskę. Niemalże truchtem zbiegamy po schodach, skręcamy na prawo i pędzimy pod scenę, gdzie zajmujemy sobie miejsca. Ahhh... co to za uczucie - stać pod samą sceną przy barierce - lepszego miejsca nie moglibyśmy sobie wymarzyć. Dla Lucyny zaczyna się jednak dramat - w jaki sposób ma przekazać opaskę Dominice i oddać miejsce? Prawdę mówiąc nawet nie wiem, czy można stąd wychodzić, a powoli zbliża się godzina 12. Lada moment zadzwoni do mnie Gosia z Polsatu w związku z reportażem, a ja nawet nie wiem jak mogę, i czy w ogóle mogę, się stąd wydostać nie tracąc miejsca. Kiedy słyszę dzwonek telefonu, serce podchodzi mi do gardła. Tłumaczę swoje obecne położenie. Gosia obiecuje oddzwonić do mnie jak tylko się czegoś dowie.

Udało się! Mogę spokojnie wyjść z Trafalgar Square - Ania i Lucyna zajmują nam miejsca, więc nie muszę się martwić. Błądzę chwilę, nim udaje mi się zlokalizować wyjście - warto tu zaznaczyć, że na straży stoi tu JEDYNY na całym placu ochroniarz, który się uśmiecha. Inni - a zwłaszcza pan, który wpuszcza pojedynczo fanów na plac, zdaje się być całkowicie pozbawiony tej umiejętności...

Uff... wydostałem się, idę na umówione miejsce spotkania - dopiero teraz widzę jak gigantyczna jest kolejka do wejścia - wpuszczenie tych wszystkich ludzi zajmie z pewnością kilka godzin. Po chwili udaje nam się spotkać - poznaję Gosię, z którą się umówiłem na reportaż, Marcina, który ma go poprowadzić i Bartka, operatora kamery. Już na wstępie, jeszcze poza kamerą, opowiadam o tym co się tutaj działo w trakcie ostatnich dni - być może to rosnące emocje i stres oddały mi głos - w każdym razie cieszę się, że ten problem mam z głowy. Marcin opowiada mi o swoich wywiadach z Emmą, Rupertem, Tomem Feltonem i Davidem Yatesem po czym niezmiernie mnie zaskakuje mówiąc, iż dostał coś do Toma Feltona i chce mi to dać. Jest to jedna z takich sytuacji, kiedy naprawdę nie wiadomo co powiedzieć czy jak zareagować... Choć ogrom emocji przyciemnił mi świat, starałem się za wszelką cenę zachowywać normalnie. To jest właśnie najtrudniejsze - naturalność, kiedy każdy twój krok śledzi kamera. Pomaga mi w tym pewien przypadkiem napotkany Azjata, który dostrzegłszy przepaskę na mojej prawej ręce, dopytuje się w jaki sposób udało mi się ją zdobyć. Usłyszawszy odpowiedź, wraz z kolegą prosi mnie o ustawienie się z nim do zdjęcia. Przede mną kamera, obok mnie obcy facet, który chce sobie zrobić ze mną zdjęcie - naprawdę poczułem się w tym momencie jak jakiś celebryta. A pomyśleć, że to dopiero początek atrakcji, które zostaną mi zaserwowane tego dnia! Kiedy mężczyźni odchodzą, jest mi naprawdę trudno zachowywać się na luzie - pamiętam swego czasu swoją Pierwszą Komunię Św., kiedy to robiłem wszystko by ukryć się przed kamerą - teraz miałem robić wszystko, by znajdować się w jej kadrze i jeszcze zachowywać się normalnie. Naprawdę nie wiem jak poradziłbym sobie, gdyby nie bardzo ciepłe i życzliwe podejście Gosi, Marcina i Bartka - być może kiedyś to przeczytają na tym blogu, więc powiem wprost: Jesteście wspaniali! Kolejny etap reportażu to próba zejścia na dolny plac, do innych fanów - niestety, ochroniarz naprawdę okazał się być mugolem i kategorycznie zabronił mediom wstępu tam. A pomyśleć, że poprzedniego wieczoru nie było żadnego problemu z tym, by media rejestrowały nas w zagrodzie, w której czuliśmy się jak okazy w zoo. No cóż, nie mnie o tym dyskutować... Krótki wywiad przed kamerą i przenosimy się na drugą stronę - w miejsce, gdzie jeszcze niedawno była moja zagroda - teraz jest tu już posprzątane, a po barierkach nie ma nawet śladu. Siadam na podwyższeniu i w bezruchu trwam przed kamerą w sumie 4 minuty - spodziewany efekt na filmie - iście magiczny. A zatem pora na wycieczkę po Londynie śladami "Harry'ego Pottera" - mam być przewodnikiem owej wyprawy - mimo, że przygotowałem sobie kilka lokacji filmowych, nadal czuję się dość niepewnie. I nawet powtarzanie sobie, że skoro przetrwałem ostatnią noc w deszczu, to nic nie będzie mi straszne, nie pomaga. Idziemy do specjalnego autobusu, by uczestniczyć w "Brit movie tours". Nim to jednak nastąpi, krótka przerwa nieopodal przystanku spowodowana przelotnym deszczem. Stoimy na stacji metra zajadając się czereśniami i jagodami, po jakimś czasie poznajemy kierownika wycieczki - fana "Harry'ego Pottera", który stworzył biznes opierający się na filmowej wycieczce śladami bohatera ukochanego przez miliony ludzi na całym świecie. A zatem zaczynamy - krótki wywiad przed budynkiem Australia House odgrywającym w "Kamieniu Filozoficznym" Bank Gringotta - niestety nie można wejść do środka, jednak sam widok tego gmachu robi wrażenie. Kilka minut i możemy zaczynać podróż - podróż, którą zobaczycie w sobotnim programie "Się kręci" o 14:45 w Polsacie (emisja odcinka ze mną 16 lub 23 lipca).

Zasadniczo rzecz biorąc - sama wycieczka śladami "Harry'ego Pottera" jest bardzo interesująca, jednakże nasza przewodniczka była delikatnie mówiąc... nawiedzona. Niemniej jednak - zobaczenie, zwiedzenie i nawet położenie się na Millenium Bridge (most zniszczony przez śmierciożerców na początku "Księcia Półkrwi"), przejście się przez Leadenhall Market (fragment ulicy Pokątnej, po której przechadzali się w "Kamieniu Filozoficznym" Harry i Hagrid) czy zobaczenie dworca King's Cross to coś czego nigdy nie zapomnę. Nawet nie wiem kiedy przeleciało 6 godzin - każde to miejsce posiadające swoją historię, każde w mniejszym lub większym stopniu związane z "Harrym Potterem" - czego prawdziwy fan może chcieć więcej? Poza inną przewodniczką, oczywiście, bo nasza naprawdę była straszna - jak prawdziwa czarownica ze starych opowieści.

Na szczęście byli Gosia, Bartek i Marcin - z nimi ta wycieczka nabrała zupełnie innego wymiaru - czułem się fantastycznie mogąc opowiadać o tych wszystkich miejscach przed kamerą. Stres gdzieś uleciał - zasadniczo nie czułem nawet zmęczenia - ekscytacja ponad wszystko. Późnym popołudniem dotarliśmy na Great Scotland Yard (gdzie w "Zakonie Feniksa" Harry wraz z panem Weasleyem weszli do Ministerstwa Magii), potem szybki posiłek i zaopatrzony w żywność, wróciłem na Trafalgar. Okazuje się, że Dominice również udało się tutaj dostać - jej mama wyjaśniła wszystko ochroniarzowi i bez problemu otrzymała drugą przepaskę. Ku mojemu zdziwieniu, okazuje się, że na prawo ode mnie swoje stanowisko ma Danuta, którą poznaliśmy rano. Lepszego towarzystwa nie mogłem sobie wymarzyć. Rozsiadam się wygodnie plecami do barierki - w tej chwili niczego mi nie brakuje do szczęścia. To pewnie świadomość przeżytej właśnie przygody i wielkiego wyróżnienia, którego doświadczyłem, sprawiły, że czuję się całkowicie wypoczęty i w pełni sił. Za niecałą dobę rozpocznie się Światowa Premiera - chyba mogę się powoli zacząć w pełni cieszyć tym, że tutaj jestem? Scena za moimi plecami została już prawie w pełni udekorowana - gigantyczne litery nad nią układają się w napis "Harry Potter", wokoło widzę bannery "Harry Potter and the Deathly Hallows Part Two WORLD PREMIERE" - dopiero teraz zaczynam wierzyć w to, że naprawdę tutaj jestem. Radości, którą teraz czuję, nie da się opisać w prostych słowach - to wszystko przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Czuję się jak we śnie.
Mija godzina, może mniej - Ani i Dominiki nie ma - teraz one korzystają z możliwości pospacerowania po mieście, słyszę za sobą znajomy głos. A więc przyszedł czas na kontynuację nagrywania reportażu - zgodnie z zaleceniami wyciągam "Insygnia Śmierci" i pogrążam się w lekturze. Ludzie wokoło mają ubaw - do tej pory media skupiały się równomiernie na kilku fanach, teraz skupiają się głównie na mnie. To bardzo ciekawe uczucie, siedzieć sobie z otwartą książką udając, że się ją czyta i nade wszystko - nie zwracając uwagi na kamerę. Po kilku minutach Marcin wchodzi pomiędzy tłum, przedstawia mnie jako największego fana "Harry'ego Pottera" w Polsce i zaczyna kolejny krótki wywiad, podczas którego pokazuję swoje skarby - przywiezione autografy, książki (kolekcjonerskie wydanie "The Tales of Beedle the Bard" oraz wydanie malajalam "Komnaty Tajemnic) oraz zakupione już w Londynie - medalion Slytherina i dziennik Toma Riddle'a. Kiedy pokazuję do kamery autografy, słyszę wokoło szmery - duma mnie rozpiera, bo naprawdę czuję teraz, że to co robię ma głębszy sens. Samo bycie w tym miejscu to wielki zaszczyt i wyróżnienie, a jeśli dodać do tego dodatkowe wyróżnienie jakim jest udzielanie wywiadu Polsatowi, to wszystko to nabiera nowego wydźwięku, przechodzi na zupełnie inny wymiar. Fantastyczne uczucie.

Nadchodząca noc budzi we mnie swoisty niepokój - siedzę na macie, pod którą znajduje się mokry śpiwór i torba - nie ma możliwości, żeby się położyć, bo na czym? Muszę jakoś przetrzymać tę noc - OSTATNIĄ noc przed wydarzeniem, dla którego tutaj przyjechałem. Miło jest porozmawiać z dziewczynami z Francji - można się pośmiać i dodatkowo zrelaksować. Panuje naprawdę miła, iście magiczna atmosfera - nad sceną wznosi się pełen już tytuł: "Harry Potter and the Deathly Hallows part two", rozwieszane są właśnie wielkie bannery na słupach - Harry, Ron, Hermiona, Neville, Snape, Voldemort, Bellatrix i Malfoy kołyszą się swobodnie na wietrze. Trafalgar Square już teraz wygląda epicko - a prace jeszcze nawet nie zostały ukończone!


- ZAKOŃCZENIE NASTĄPI-
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz