Światowa Premiera "Harry'ego Pottera" moimi oczami... CZĘŚĆ DRUGA

"Let’s finish this the way we started it...

TOGETHER!"


5 lipca, godz. ok. 5:20
To niesamowite uczucie, być budzonym przez wiatr, a po otwarciu oczu zobaczyć niebo. Wcale nie czuję się jak bezdomny, wręcz przeciwnie - jest mi tu całkiem dobrze - jeśli tak mają wyglądać kolejne dni i noce, to w zasadzie będzie to wspaniała i lekka przygoda. Ale staram się nie myśleć na razie o kolejnych dniach i nocach, póki co po prostu cieszę się, że dane mi było spokojnie przespać tę noc - a pomyśleć, że zawsze mam problemy z zaśnięciem w obcym miejscu... Nieprzytomnym wzrokiem rejestruję wszystko to co dzieje się wokoło- uśmiech na twarzy wywołuje świadomość, że to wszystko, choć przypomina sen, to najprawdziwsza jawa - trudno swobodnie myśleć, bez emocji o tym, że przespałem noc na chodniku przed National Gallery, a jeszcze ciężej pojąć, że kolejną i jeszcze następną noc również tu spędzę. Rozbudzony rozglądam się po placu - wielu zgromadzonych wokoło już nie spało, zarejestrowałem także przybycie kolejnych fanów. Tak sobie myślę, że może cały ten szaleńczy wyjazd opierający się na pięciodniowym koczowaniu na Trafalgar Square, wcale nie musi być taki straszny? Pogoda dopisuje, niebo jest bezchmurne, słońce grzeje... Jedynie wzbudzamy wielkie zainteresowanie przechodniów, którzy bardzo często zatrzymują się przy nas i pytają na co czekamy - poznawszy odpowiedź, większość reaguje śmiechem bądź niedowierzaniem, niektórzy robią nam zdjęcia... Po mojej prawej stronie śpi Ania, a po lewej swój "gryfoński" namiot mają Lauren i Ross. Niektórzy fani chodzą poprzebierani - noszą nie tylko szaliki czy czapki reprezentujące poszczególne domy, ale i kompletne szaty czarodziejskie, a nawet i różdżki. Może to dziwne, ale właśnie czuję, że jestem tam gdzie powinienem być - na chodniku, w obcym kraju, w obcym mieście. Trafalgar Square stał się moim Hogwartem. Widzę flagi różnych państw, słyszę głosy rozmawiające w różnych językach - pełne emocji i podekscytowania szepty i powtarzające się wciąż i na nowo: Harry Potter, Harry Potter, Harry Potter... Staram się wygramolić powoli ze śpiwora, staram się przywitać z najbliższymi sąsiadami, jednak głos odmawia mi posłuszeństwa. Staram się jakoś rozgrzać, rozruszać jakoś struny głosowe - no cóż, z głosem skalpowanej ropuchy raczej znajomości żadnych nie będę w stanie zawrzeć. Japonki zajmujące miejsce na prawo głośno ze sobą rozmawiają - w zasadzie nigdy wcześniej nie dane mi było przysłuchać się japońskiemu językowi. Jakby nie było - to właśnie owe Japonki - Yukari i Maria są naszymi najbliższymi towarzyszkami w tym momencie, dzięki temu można zostawić pod ich opieką bagaże i wybrać się do McDonald'sa na śniadanie i poranną toaletę. Największą zaletą McDonald'sa nie jest wcale możliwość zjedzenia czegoś gorącego, ale możliwość bezpłatnego skorzystania z toalety.

Na górze: ja, na dole od lewej strony: Maria, Yukari i Ania.

Szybko wracam na swoje miejsce - akurat zaczynają zbierać się media. Namiot Lauren i Rossa budzi największe zainteresowanie, tak samo jak przygotowane przez nich transparenty - dziennikarze bardzo chętnie ich fotografują i przeprowadzają wywiady. Zaczyna mnie gryźć świadomość, że i my - reprezentacja Polski, jak sami siebie nazwaliśmy, mogliśmy przygotować coś naprawdę ekstra.
Lauren i Ross

W każdym razie - nie czujemy się nieprzygotowani do premiery - mamy transparent i koszulki z inskrypcjami "Poland loves Daniel" i "Poland loves Rupert" - niestety, koszulka z Emmą nie dotarła, tak samo jak nie dotarł "nasz trzeci". Byliśmy jak taki niepełny skład, ale pocieszała nas świadomość, że jednak mamy naszą sowę - być może to klucz do sukcesu, coś co zwróci uwagę aktorów na nas... Plac przed galerią szybko się zapełniał - niebawem nieopodal nas powiewała flaga Brazylii, zaś namioty wyrastały znikąd jak grzyby po deszczu.

Tkwimy kolejne godziny - słońce praży bezlitośnie, w zasadzie nie można się nawet nigdzie przed nim ukryć. A pomyśleć, że zwykle unikam dłuższego przebywania na słońcu. "Dla większego dobra" - mówiłem sobie i czułem się jak skwarek smażący się na patelni. Wciąz i wciąż rejestrowałem dramatyczne ubytki wody - bez jedzenia mogłem wytrzymać cały dzień, zresztą, cała ta sytuacja i otoczka wokół, sprawiały, że niemalże zapominałem o głodzie... Mijają kolejne minuty, które ciągną się jak godziny, te zaś zdają się trwać całymi dniami... Nawet nie wiem kiedy zjawia się "grupa dowodząca" nakazując nam zbieranie wszystkich rzeczy - czeka nas przeprowadzka. W tym momencie zakazuje się rozkładania namiotów, zaś wszystkie rozłożone należy złożyć. Co teraz? Gdzie chcą nas wygonić? Siedzimy na torbach czekając na przesiedlenie - mija kolejna godzina, nim dociera do nas informacja, że przenosimy się na coś w rodzaju tarasów:

Czerwonymi liniami zaznaczone jest miejsce, w którym koczowaliśmy na początku - każdy linia to kolejny rząd. Błękitne prostokąty to miejsca, do których się przenosimy - na prawo - Ci, którzy byli wcześniej, na lewo - przybyli później.

Cała "przeprowadzka" odbywa się pod nadzorem ochrony, która pilnuje, byśmy wchodzili zgodnie z kolejnością i zajmowali odpowiednie miejsca. Jesteśmy więc na czymś w rodzaju tarasu - z jednej strony i po bokach wznosi się balustrada. Kiedy już wszyscy jesteśmy "przydzieleni", zostajemy zamknięci na tarasach - ochrona rozstawia barierki, które mają uniemożliwić kolejnym osobom dołączenie do nas bez kolejki.
Zabawne w tym momencie jest wychodzenie do toalety czy do sklepu, ponieważ musimy się przeciskać przez bardzo wąskie przejścia, podczas gdy ochrona dziwnie patrzy się na każdą osobę próbującą tego dokonać. Miejsca mamy niewiele - każdy zaledwie tyle, by mógł się położyć na śpiworze. Grunt, że to rozwiązanie tymczasowe - 2-3 godziny i wracamy na poprzednie stanowisko... Ale skoro jesteśmy już w zagrodzie, to pora na nieco rozrywki - Lauren wyciąga radio i puszcza potterowe piosenki - furorę robi kawałek z "Potter Puppet Pals" (teatrzyk marionetkowy - odcinki dostępne na YouTube) ze skeczu "The Mysterious Ticking Noise" - zdaje się, że wszyscy wierni fani znają to na pamięć.

Pierwszy kryzys nadchodzi w ciągu najbliższej godziny, kiedy bez żadnego ostrzeżenia, zaczyna padać deszcz. Każdy ratuje co może, sam szybko narzucam na siebie pelerynę przeciwdeszczową - siadam na torbie podróżnej i macie, pod peleryną chronię plecak - deszcz w żaden sposób mi w tym momencie nie przeszkadza, ba, jest nawet pewnym urozmaiceniem. Ludzie wokoło osłaniają się przed deszczem jak mogą - rozkładają parasole, zawijają się w peleryny, bądź tak jak "Luna" po prostu stoi na deszczu i sobie moknie(i tutaj kilka słów rozwijających - poznaliśmy na miejscu dziewczynę, która w zasadzie nie przeczytała żadnej książki, całe jej fanostwo opierało się na filmach. Ochrzciliśmy ją z Anią "Luną" ponieważ wydaje się być "nieco" dziwna... Mimo, że jest Brytyjką, niewiele osób potrafi zrozumieć o czym i do kogo mówi - widać, że żyje w swoim własnym świecie i najwyraźniej to lubi).

Na szczęście już po kilku minutach przestaje padać i zza chmur wychodzi słońce, co wszyscy fani celebrują okrzykami dziękczynnymi dla Harry'ego Pottera, który to za sprawą magicznej mocy, miał nas uchronić przed deszczem. Nastroje dopisują, wracamy do pierwotnych pozycji i oczekujemy kolejnych wrażeń na naszym niecodziennym kempingu. Niektórzy przygotowują się na deszcz, inni rozmawiają beztrosko - czas płynie tutaj bardzo wolno. Powinienem wypluć te słowa, bo kiedy zaczyna mi brakować emocji, zaczyna się prawdziwy dramat - ulewa z prawdziwego zdarzenia. Teraz już nawet peleryna przeciwdeszczowa nie pomaga - woda zalewa część mojego śpiwora, torba jest już niemalże cała mokra. Pora zdać sobie sprawę, że beztroski kemping właśnie przeistacza się w grę o przetrwanie. Nawet nie wiem kiedy zaczepiam o coś kapturem peleryny, rozrywając go i tym samym zostając częściowo odsłoniętym - szybko czuję jak zimne strużki wody spływają mi na kark, a ręce pokrywa gęsia skórka. Widać, że teraz pogoda nam już nie odpuści - leje ponad godzinę z krótkimi przerwami. Będąc mokrym, skupiam się już tylko na ochronie tego co dla mnie najcenniejsze - plecaka z "Harrym Potterem" - to tutaj znajdują się wszystkie moje autografy dotąd zebrane i najbardziej wartościowe książki, które przywiozłem specjalnie z myślą o reportażu, który mamy nagrywać szóstego z Polsatem. Fala gorąca zalewa mnie na samą myśl, że te rzeczy - moje najcenniejsze eksponaty - mogłyby zostać zniszczone. Mimo niedogodności większość z nas trwa na swoich stanowiskach - tylko nieliczni poszli ukryć się gdzieś przed deszczem. Pomimo deszczu, zwracamy uwagę na bardzo ważną kwestię - plac Trafalgar właśnie zostaje zamknięty - na szczycie schodów zostają postawione wysokie barierki, przy których stoi ochrona, zaś na sam plac powoli wjeżdżają samochody ciężarowe zwożące setki barierek - właśnie zaczynają się prace przygotowujące do premiery. Jestem mokry, zimno mi, ale teraz czuję prawdziwą euforię, bo na wierzch świadomości wypływa myśl, że to wszystko co tu przechodzę - a w zasadzie - setki nas przechodzą - jest poświęceniem "dla większego dobra". W pełni zdaję sobie sprawę, dlaczego tutaj jestem i wiem, że za żadne skarby nie chciałbym być w tym momencie gdzie indziej.

Mija godzina lub dwie - powoli zbliża się wieczór. Właśnie dowiadujemy się, że spędzimy tutaj najbliższą noc, by nazajutrz od 10:00 oczekiwać na otrzymanie specjalnych opasek na rękę, które stanowić będą nasz bilet wstępu na dolną płytę placu. W naszej "zagrodzie" panują przygotowania na najgorsze - ludzie mobilizują się i znoszą setki gazet, worki na śmieci, folie aluminiowe - wszystko to co choć w drobnym stopniu uchroni ich oraz ich rzeczy przed deszczem. Noc zapowiada się ciężko. Sam stwierdzam straty - wraz z przemoczeniem torby straciłem sporą część swojego prowiantu, kończą się też napoje. Jedynie obserwatorzy i media mają ubaw - wciąż robią nam zdjęcia lub przeprowadzają wywiady z niektórymi fanami. Śmiech wywołują dziennikarze, którzy nagrywają potteromaniaków grających w karty... Bardzo łatwo można się tu przyzwyczaić do obecności mediów - wszędzie ich pełno, zewsząd błyskają flesze i widać dziennikarzy przeciskających się przez koczujących... My z Anią mamy jednak poważniejsze sprawy do przemyślenia - siedzimy zastanawiając się głośno nad tym czy są tu jacyś Polacy wśród nas - podstawę owych rozmyślań stanowi fakt, iż Ania zauważyła przed chwilą dziewczynę w pelerynie przeciwdeszczowej z napisem "POZnan". Szczęście się do nas uśmiecha - obgadywana dziewczyna wstaje i podchodzi do nas - poznajemy Dominikę, która w dniu premiery obchodzi swoje 17-ste urodziny. Nie wiem jak trafniej mógłbym określić to co czuliśmy wówczas z Anią - z pewnościa była to wielka ulga - możliwość odezwania się po polsku do trzeciej osoby, poza tym - zawsze to raźniej, a i poczucie tożsamości narodowej nabiera głębi. Dziewczyny decydują się na pójście do sklepu - chwała im za to, bo bez wody trudno byłoby przetrwać nadchodzącą noc i kolejne dni. Tfu... wypluj te słowa! Wody będziemy mieli aż zanadto!

5 lipca, wieczór
Zaczynają się wewnętrzne przeprowadzki - niektórzy z naszych sąsiadów przenoszą się na drugi koniec zagrody, inni zaginęli bez śladu. Dominika idzie do hotelu - jej miejsce ma zająć jej mama. Swoją drogą - w tym momencie jestem naprawdę pod wrażeniem, bo widzę jak bardzo rodzice są w stanie poświęcić się dla dzieci. Wielki szacunek dla moich, że nie robili mi problemów w związku z wyjazdem - fakt, martwią się, ale jesteśmy w stałym kontakcie telefonicznym, więc wiedzą, że nie jest tu wcale tak strasznie. Ale będzie strasznie.
Z radością stwierdzam, że mój śpiwór wcale nie jest taki mokry i że nadaje się do spania - oby tylko w nocy nie padało... Rozerwaną peleryną przeciwdeszczową zabezpieczam plecak i reklamówkę z wcześniej kupionymi potterowymi plakatami, po czym wykończony długim i ciężkim dniem zasypiam...

Kryzys przychodzi w nocy. W zasadzie nie wiem co budzi mnie najpierw - czy krople deszczu uderzające w twarz, mimo rozłożonego parasola, czy poczucie olbrzymiego zimna od pasa w dół. Moje przerażenie sięga zenitu, kiedy okazuje się, że cały śpiwór mam przemoczony. Nieudolnie staram się z niego wygramolić, szczękając zębami zsuwam go z siebie i skulony kryję się pod parasolem. Całe ubranie mam przemoczone - szans na zmianę mokrych ubrań nie mam - torba wszakże jest zalana. Staram się owinąć karimatą - to przynosi chwilową ulgę. Już nie wiem co gorsze - fakt, że udało mi się przespać jedynie kilkadziesiąt minut i jestem potwornie zmęczony czy wciąż narastający chłód. Ania śpi zawinięta w złożony namiot - nawet jej w tej chwili zazdroszczę, choć zdaję sobie sprawę, że woda pewnie i tak dostała się już do środka... Tej nocy cała ta wyprawa nabiera dramatycznego wydźwięku - my, wszyscy zebrani na Trafalgar Square, gotowi jesteśmy na poświęcenie w imię Harry'ego Pottera. Nikt nie narzeka - każdy jest tu na własne życzenie, każdy może zrezygnować w dowolnej chwili - nikt tego nie robi. Przepełnia mnie podziw, kiedy patrzę na Lunę - jedyną osłonę przed deszczem stanowi dla niej worek naciągnięty na włosy - dziewczyna jest przemoczona i zziębnięta, ale nadal tutaj jest i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić w najbliższym czasie. Nawet nie wiem kiedy udaje mi się przymknąć oko na kilkanaście minut - mocno przyciskam do siebie plecak, w prawej ręce trzymam parasol. Około 3 nad ranem przestaje padać. Widok rozpościerający się przede mną jest naprawdę niesamowity - wszędzie widzę ludzi poowijanych w folie bądź worki na śmieci... Wszystko to wygląda jak jedno wielkie śmietnisko, zaś my jesteśmy zużytymi marionetkami, które ktoś nań wyrzucił... Jedyna różnica jest taka, że każde z nas jest tu z własnej, nieprzymuszonej woli, w każdym z nas tli się płomień wiernego i oddanego fanostwa. Właśnie widzę jak ojciec Luny próbuje ją stąd zabrać - ona się sprzeciwia. Wyraźnie słyszę podniesiony głos - mężczyzna nakazuje dziewczynie zabrać swoje rzeczy, wskazuje na przemoczone ubrania, śpiwór i na nią samą - trzesącą się z zimna jak galareta. Jak już mówiłem - podziwiam jej upór i determinację, teraz jeszcze bardziej, bo kategorycznie sprzeciwia się ojcu. Po kilkunastu minutach - mimo próśb, nalegań, ironii - mężczyzna odpuszcza. Na nic zdaje się rodzicielska troska w takiej sytuacji. Powoli obracam głowę w stronę balustrady - grzejąca moje plecy karimata zsuwa się wystawiając mnie - całego przemoczonego - na bezpośrednie działanie lodowatego wiatru. Każdy mój nerw, każdy zmysł, każdy milimetr ciała krzyczy w niemym proteście. Wstaję - od razu wiem, że to błąd. Zginam się w pół z zimna targany niekontrolowanymi drgawkami, czuję się jak zanurzony w głębokiej, lodowatej wodzie. Nic nie przynosi ukojenia. Próbuję rozruszać się na kilku centymetrach wolnej przestrzeni - na nic. Zamarzam. Nie wiem co mam z sobą zrobić, staram się odwrócić uwagę i nie skupiać się na swojej niedoli. Jest tak samo jak przy odczuwaniu bólu - im bardziej skupiasz się na tym, że coś cię boli, tym bardziej ból się nasila - kiedy odwrócisz swoją uwagę od niego - maleje. Tak jest i w tym przypadku - patrzę na dolną płytę Trafalgar Square, gdzie robotnicy całą noc rozstawiali słupy z oświetleniem oraz barierki. "Myśl o premierze... myśl o premierze... myśl o premierze... Pamiętaj dlaczego tutaj jesteś! SKUP SIĘ NA TYM!!!". To jak próba wyczarowania patronusa - jak mam skupić się na czymś przyjemnym, kiedy każdy centymetr mojego ciała poddawany jest najtrudniejszej próbie wytrzymałościowej, jakiej kiedykolwiek się podjąłem? Oby ta piekielna noc się skończyła...

- CIĄG DALSZY NASTĄPI-
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz