Światowa Premiera "Harry'ego Pottera" moimi oczami... CZĘŚĆ PIERWSZA

"Let’s finish this the way we started it...

TOGETHER!"

Mówi się, że najpiękniejsze marzenia to te, które nigdy się nie spełnią, ponieważ realny świat nigdy nie dorówna naszym najpiękniejszym snom. Dziś staję przed niewątpliwie najtrudniejszym zadaniem, któremu chcę sprostać opisując swoje marzenia, najwspanialszy sen, który się spełnił. Ale jak pisać, kiedy emocje wciąż biorą górę nad rozsądkiem, a słowa, nieposkładane w schludną całość wypływają niczym potok górski lub rwąca rzeka - nieokiełznane, przepełnione dynamiką i tętniące żywiołem. Szanowni Czytelnicy - właśnie czytacie najważniejszy wpis, jaki kiedykolwiek napisałem, dziś poznacie moje prawdziwe ja. Nazywam się Daniel Muniowski, a przed Wami znajduje się moja osobista relacja z najważniejszych dni mojego życia - oto relacja ze Światowej Premiery OSTATNIEGO "Harry'ego Pottera".

7 lipca 2011, godz. 4:34
Niebo powoli się rozjaśnia, zbliża się wschód słońca. W zasadzie moje położenie przez całą noc nie zmieniło się, ani odrobinę - oparty plecami o barierkę, siedzę na karimacie. Pode mną znajduje się całkowicie przemoczona torba podróżna, a pod nią śpiwór, z którego niewiele już zostało. Wszystko przemoczone, nic nie ocalało poza plecakiem i reklamówką, które chroniłem bardziej niż samego siebie, pod parasolem. W końcu w nich jest wszystko to co liczy się dla mnie najbardziej - "Harry Potter".Choć w nocy padało jedynie kilka minut, i tak nie mogłem zmrużyć oka - spałem może godzinę wtulony w plecak, trzymając nad sobą parasol. Dookoła mnie rozpościera się niecodzienny widok - tłum ludzi zawiniętych w folię, śpiwory czy złożone namioty - wszyscy porozrzucani bezładnie jak lalki, które znudzone dziecko wyrzuciło na śmietnik. Śmietnik, tak, to chyba najtrafjniejsze określenie tego co widzę przed sobą - nie wiadomo, gdzie kto śpi, a gdzie leżą jedynie porozrzucane rzeczy. Nijak nie mogę się poruszyć, bo niby gdzie? Niektórzy już nie śpią, po mojej lewej stronie dziewczyny rozmawiają szybko po francusku, po prawej słyszę, jak ktoś mówi do swojej towarzyszki w jakimś słowiańskim języku. Staram się uchwycić na kamerze wszystko to co widzę, a widzę jakiegoś chłopaka, który siedzi pod fontanną i wymiotuje do reklamówki. Ze wszystkich stron jesteśmy zamknięci. Kilkuset ludzi z całego świata koczuje tu, na Trafalgar Square, w oczekiwaniu na to co nastąpić ma dopiero za ponad 11 godzin... A za mną, przed barierką, za którą siedzę, rozpościera się zupełnie inny ślad - scena, gigantyczny ekran, a nad nim olbrzymie litery układające się w napis: "Harry Potter and the Deathly Hallows Part Two". Właśnie rozkładany jest czerwony dywan - największy jaki kiedykolwiek widziano, bo ciągnący się przez Trafalgar Square do Leicester Square. Choć pora jest wczesna, za moimi plecami nikt nie śpi - mnóstwo ludzi pracuje nad tym, by plac wyglądał idealnie, kiedy wybije już godzina "zero"... Pozostaje więc czekać w bezruchu na odpowiednią chwilę - pojawia się jednak podstawowy problem natury fizjologicznej - tylko jak przejść obok setek ludzi do toalety i nie stracić swojego miejsca? Tyle przetrwałem, dotarłem do miejsca, gdzie wszystko powinno być już zasadniczo proste i wspaniałe, a z błahego powodu mogę stracić wszystko...

3 lipca, godz. ok. 19:20
Oto dotarliśmy do Londynu. Ponad 27-godzinna podróż autokarem dobiegła końca - w zasadzie nie wiem co bardziej mnie boli, ale nie to jest w tym momencie najważniejsze. Trzeba przetrwać gdzieś pierwszą noc w obcym mieście. Wraz z moją towarzyszką podróży, Anią, kierujemy się Buckingham Palace Road, przecinamy St James's Park i docieramy na Trafalgar Square. Ciężkie bagaże i długa podróż zmuszają nas do zatrzymania się tutaj, na placu. Betonowa ławka to cały luksus, na który możemy sobie pozwolić. Wbrew wszystkiemu, nastroje dopisują - tutaj przygoda dopiero się zaczyna. Trafalgar tętni życiem - mija godzina i druga - obserwujemy ludzi, nadal nie wiemy co nas tutaj czeka, jednak jesteśmy dobrej myśli. Zresztą - wątpliwości i niepewność musiały pozostać w Polsce - zwłaszcza, kiedy trzeci towarzysz podróży zrezygnował z wyprawy tuż przed wyjazdem. Pozwolę sobie tutaj wyciąć stosowny komentarz i pozostawić tę kwestię w milczeniu... Tak więc jesteśmy na placu z naszymi tobołami, Ania przywiozła wielki transparent, który zrobiła (omawialiśmy go i planowaliśmy długo, długo wcześniej) - wielką sowę trzymającą w dziobie kartę z napisem "Poland loves Harry Potter". Czuję się spokojniej widząc spacerujących po placu strażników - może uda nam się przeżyć tutaj noc... W zasadzie pierwsza noc musi być najtrudniejsza, ponieważ wiąże się z nią najwięcej niewiadomych... O dziwo udaje nam się poznać starszego mężczyznę sprzątającego plac - Polaka, który żyje w Londynie od 25 lat. Rozmawia z nami chwilę, odpowiadając jednocześnie na pytanie, które mnie najbardziej nurtuje - czy można tutaj spędzić noc nie wzbudzając sobą podejrzeń u strażników robiących obchody po placu. Pada odpowiedź, która jednocześnie uspokaja ale i niepokoi - można spędzić tu noc, ale nie wolno spać, bo ochrona przegania śpiących... No nic, rozkładam karimatę na ławce - żartujemy z Anią, robimy zdjęcia placu - nie możemy wręcz nacieszyć się jego pięknem i majestatycznością.

Powoli się ściemnia, załączają się lampy na placu, pobliskie budynki również jarzą się pomarańczowym światłem. Mija 21, 22, 23, w końcu wybija północ - ludzi nadal jest tutaj sporo, ruch uliczny bardzo nasycony - widać, że to miasto tętni życiem nawet w nocy. Choć zmęczenie zyskuje przewagę, nie pozwalam sobie na sen. Ania stara się zasnąć, a ja wciąż nieufnie spoglądam na ludzi zbierających się wokół. Słychać pijackie wrzaski, niektórzy już rozłozyli się na ławkach i śpią w najlepsze (wbrew ostrzeżeniom sprzątacza, nikt ich stąd nie wygania, ochrona przechodzi obok nie poświęcając tym ludziom najmniejszej uwagi). Przyciskając do siebie mocno plecak rozglądam się wokoło, co kilka chwil spoglądam na zegar, którego wskazówki zdają się poruszać dużo wolniej niż powinny... Ileż ta noc może trwać? Ciężko mi pozostać przytomnym, kiedy zmęczenie stara się zwyciężyć, wiem jednak, że nie mogę sobie pozwolić nawet na moment niedyspozycji. Jest ciężko, jednak kiedy myślę o dniu premiery, od razu uświadamiam sobie dlaczego tutaj jestem. Ucisk na psychice nieco zelżał, czuję się bardziej rozluźniony - budzi się we mnie determinacja i euforia. "Why do you live? BECAUSE I HAVE SOMETHING WORTH LIVING FOR!"

Czuwanie nocne

4 lipca, godz. ok. 4:30
Powoli zachmurzone niebo się rozjaśnia. Pierwsza noc za nami, a w zasadzie dopiero pierwsza noc, a ja już tracę głos - spodziewałem się problemów z gardłem, ale z pewnością nie tak szybko. Czyżby zaczynał się jakiś dramat? Mam nadzieję, że nie stracę głosu całkowicie... Co do rodzącego się dnia... Nie spodziewam się raczej, by dzisiaj zaczęli się zbierać fani na Trafalgarze. Naprawdę żałuję, że nie można tutaj rozbić namiotu - wówczas noc na pewno byłaby spokojniejsza... na pewno też nie byłoby tak pieruńsko zimno... Ale teraz to nieważne - przed sobą mam cały dzień przed nadejściem kolejnej nocy. Kiedy wschodzi słońce idziemy na stację kolejową Charing Cross - od sprzątacza wiemy, że można tutaj zostawić bagaże na cały dzień. Dla nas jest to zbawienie - możemy swobodnie pospacerować po Londynie i spędzić cudowny dzień. Na dworcu czekamy do godziny 7, kiedy to otwierają przechowalnię bagaży. Cudownie odciążeni wyruszamy w podróż po stolicy Anglii, rozpoczynając wycieczkę od restauracji McDonald's położonej tuż przy Leicester Square. Spacerujemy tak obserwując jak miasto budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca. Docieramy na Oxford Street, potem na Regent - mijamy nieczynny jeszcze sklep z zabawkami "Hamleys" - naszą uwagę bez reszty porywa wspaniała witryna poświęcona "Harry'emu Potterowi". Jesteśmy naprawdę szaleńcami - nie możemy oderwać się stamtąd, podziwiamy po kilka razy jeden przedmiot, robimy zdjęcia...

No, ale cóż - nie spędzimy tutaj dwóch godzin w oczekiwaniu na otwarcie. Wyruszamy ku Shaftesbury Avenue - to ulica, na której zjawili się Harry, Ron i Hermiona po ucieczce z wesela. To wspaniałe uczucie być tutaj, przechodzić się tymi miejscami co oni... Chwila przerwy przy pomniku na wspomnianej ulicy, po czym wracamy na Regent Street - za chwilę "Hamleys" otworzy swe podwoje. Okazuje się, że ze mną i z Anią wcale nie jest tak źle - inni przechodnie również zatrzymują się przed witryną, oglądają ją, robią zdjęcia... Po trwającym wieczność oczekiwaniu, z wnętrza sklepu wychodzi pan w wysokim cylindrze - wspaniale przebrany, by powitać oczekujących na otwarcie. Pyta zgromadzonych o palec mocy - następnie wybiera chętnych do naciśnięcia kolejnych przycisków rozsuwających markizy nad oknami czteropiętrowego gmachu. Następuje odliczanie - po francusku! - 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 i... drzwi wejściowe się otwierają! Tłum ludzi wpada do sklepu, uśmiechnięta obsługa wita pierwszych klientów. Z Anią kierujemy się od razu na czwarte piętro, by poczuć magię... Oto królestwo "Harry'ego Pottera" i Noble Collection - znajdują się tu wszystkie repliki rekwizytów widzianych w filmach o nastoletnim czarodzieju, każdy znajdzie tu dla siebie coś odpowiedniego - różdżki, medaliony, horkruksy, plakaty, krawaty, pióra, miotły, miecz Gryffindora a nawet Hogwart! Długo by opisywać, zresztą wpis ten poświęcony jest światowej premierze "Harry'ego Pottera", a nie reklamie "Hamleysa". Długie zwiedzanie zaowocowało wydaniem przeze mnie 60 funtów na medalion Salazara Slytherina i dziennik Toma Riddle'a. Z wypiekami na twarzy, bardzo podekscytowany opuszczam sklep. Pora wrócić na Trafalgar - wszakże musimy zbadać, czy żadni fani się nie gromadzą... Zaledwie docieramy na miejsce, gdy dzwoni mój telefon...

28 czerwca, godz. ok. 16:00
Przeklęte Przewozy Regionalne... człowiek płaci 130 zł za bilet miesięczny, a zamiast koleją i tak musi gnieść się w autobusowej komunikacji zastępczej. Jakby nie było - jestem po pracy, więc humor mi dopisuje. Wczoraj dostałem wiadomość od pewnej Marty, która zaproponowała mi wywiad w związku z moją potterową pasją - oczywiście szybko odpowiedziałem mailem, wyrażając swoje zainteresowanie. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie dorwę się do komputera i sprawdzę czy nadeszła odpowiedź z jakimiś szczegółami dotyczącymi owego wywiadu... Zaledwie jednak rozsiadłem się w autobusie, z zadumy wyrywa mnie dźwięk telefonu. Rzucam spojrzenie na numer, którego nie znam, po czym odbieram i słyszę miły głos - pani przedstawia się jako Marta Jeżewska i proponuje mi nakręcenie w Londynie reportażu dla programu "Się kręci" emitowanego w soboty o 14:45 w telewizji Polsat. Bez wahania się zgadzam. W najbliższych dniach poznaję niezbędne szczegóły i cóż mogę powiedzieć - w życiu nie czułem się tak bardzo wyróżniony jak w tym momencie...
4 lipca, godz. ok. 12:00
... odbieram telefon od Gosi Cyganek, która ostatecznie umawia się ze mną na 6 lipca na godzinę 13 - w zasadzie jest to dla mnie stres nieziemski, jednakże obiecuję sobie dać z siebie wszystko, by wypaść w telewizji lepiej, aniżeli na mojej Pierwszej Komunii Św., kiedy to zestresowany obecnością kamery i nie wiedząc co robić, szukałem po prostu... kota. Więc tak - mam plan na 6 lipca, nadal jednak nie wiem jak spędzić 4 i 5... Błąkamy się z Anią po mieście, gubimy się przynajmniej dwa razy, po południu docieramy do St. James's Park, gdzie rozkładamy się na trawie rozkoszując wspaniałym widokiem i możliwością rozprostowania kości. To wspaniałe miejsce, naprawdę. Pomyślałem, że tutaj spędziłbym najchętniej cały ten czas oczekiwania na premierę... Słońce cudownie świeci, wokoło biegają wiewiórki, ludzie całymi rodzinami wylegują się na trawie osłaniając się przed promieniami i gorącem pod koronami olbrzymich drzew... Mimo cudownej aury, nadal nie mogę zasnąć - wciąż rozmyślam nad tym co przed nami - to doprawy szaleństwo porywać się na wyjazd do obcego miasta, w obcym kraju, gdzie nie mamy nawet dachu nad głową... Ale są rzeczy warte szaleństwa - przygnało mnie tutaj 10 lat wiernej pasji i oddanego fanostwa. Naprawdę, teraz czuję się prawdziwym potteromaniakiem. Odpocząwszy zmierzamy na drugą stronę rzeki - nasz cel to London Film Museum i wystawa poświęcona "Harry'emu Potterowi". W drodze podziwiamy niesamowite widoki - London Eye, Westminster i wspaniale dominujący Big Ben - oto Londyn jaki zawsze znałem z opowieści, zdjęć i filmów. Docieramy do muzeum filmowego - za 13,50 GBP naprawdę jest tu wiele do zobaczenia - rekwizyty z "Harry'ego Pottera" - Puchar Turnieju Trójmagicznego, Złote Jajo, stroje z pierwszych filmów, kostium Harry'ego z Pierwszego Zadania, książki niezbędne w magicznej edukacji, miotły i gigantyczny Hagrid zbuowany z klocków Lego! A dookoła olbrzymie bannery z postaciami reklamujące ostatni film. Dodając do tego możliwość zrobienia sobie darmowego zdjęcia na miotle - oto przeżycie godne każdego wielkiego potteromaniaka. Chętnie opisałbym wszystkie eksponaty znajdujące się w tym muzeum, ale tytuł bloga i jego tematyka mi na to nie pozwalają. A zatem zakończymy opis wycieczki po muzeum na oglądaniu zwiastuna ostatniego filmu wyświetlanego przy wyjściu... Aż się łza w oku kręci!

Po wyjściu z muzeum, kierujemy się na Westminster - powoli zbliża się 18, więc kierujemy się na Trafalgar Square - dzisiejsza noc może być ciężka, zważywszy na to, że na placu ma odbyć się transmisja na żywo z opery... Kiedy trafiamy na miejsce, naszą uwagę przykuwa średnio uzdolniony "magik"(?), który w zasadzie niewiele pokazuje, ale i tak bawi ludzi. Kilkanaście minut oglądamy z Anią jego występ, po czym odwracamy się w stronę National Gallery i... widzimy grupę potteromaniaków, którzy już siedzą i czekają na czwartkową premierę... Serce zaczyna walić jak oszalałe, czuję falę gorąca roznoszącą się po ciele. Jest ok. 50 osób, a my nawet nie mamy przy sobie bagaży! Niemalże biegnąc docieramy na Charing Cross Station, odbieramy swoje toboły i wracamy na plac. Zaczynam odczuwać coś w rodzaju zwierzęcego podniecenia i ekstazy - podchodzę do kogoś w środku i łamaną angielszczyzną pytam, gdzie kończy się kolejka. Na te słowa zostajemy powitani z Anią przez potteromaniaków, po czym grupa, że tak to określę, "dowodząca" zbiera się przy nas, zapisuje nasze imiona w notesach pod numerem "24", dają nam nalepki z naszymi imionami i numerem oraz opaski na rękę. Czuję się jak zaprzysiężony do tajemniczego bractwa... Szkoda tylko, że niewiele jestem w stanie powiedzieć przez obolałe gardło. Staram się wolno artykułować każdy wyraz, jednak muszę pogodzić się z tym, że dzisiaj raczej nie będę w stanie się porozumieć z kimkolwiek. Mimo wszystko, czuję olbrzymią radość, ponieważ przepełniony głosik w mojej głowie krzyczy: "Zaczęło się! Zaczęło się!". Choć na placu zgromadzeni wsłuchują się w skowyt... przepraszam - w cudowne dźwięki operowe, to z tyłu, przy National Gallery, panują największe emocje. Wciąż i wciąż dochodzą kolejni fani. Wieczorem każdemu zostaje przyznane miejsce, gdzie może rozłożyć śpiwór i przespać noc. Wbrew zakazom, niektórzy rozbijają też namioty - nikt nie ma nic przeciwko. Ja jednak cieszę się cudownym wieczorem i z rosnącym optymizmem spoglądam na zbliżającą się noc - w końcu mogę zasnąć spokojnie - w końcu jak bracia, potteromaniacy z całego świata, zbieramy się tu, by uczcić koniec globalnego fenomenu, by oddać hołd pisarce, aktorom, wszystkim zaangażowanym w powstanie książek i filmów, a także by pokazać się i udowodnić sobie i całemu światu, że "niczym są różnice w zwyczajach i języku, jeśli mamy takie same cele i otwieramy przed sobą serca". O, tak.. ta noc zapowiada się naprawdę wspaniale...

- CIĄG DALSZY NASTĄPI-
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz