Numer 39!

O tym, że życie bywa przewrotne przekonałem się już przynajmniej kilka razy - jednego dnia wydaje się, iż gorzej być nie może, a drugiego los puszcza nam oko. Wciąż pamiętam późną wiosnę 2004 i moją pierwszą zagraniczną wyprawę - wycieczkę do Republiki Czeskiej. Wtedy po raz pierwszy miałem okazji ujrzeć międzynarodowość fenomenu "Harry'ego Pottera", kiedy na regale w supermarkecie znalazłem komplet czeskich edycji książek J.K.Rowling oraz dwa wydane wówczas filmy na VHS. Byłem niemal pewny, że chcę kupić pierwszy tom - ot, ładna pamiątka z zagranicznej wycieczki, jednak nie mogłem oprzeć się mojej ówczesnej towarzyszki: "Nawet o tym nie myśl". I potulnie przestałem o tym myśleć, choć dzisiaj powiedziałbym jej raczej: "Idź do diabła" i kupił tę książkę. Chwila słabości została naprawiona dopiero po czterech latach, kiedy to w 2008 udało mi się włączyć wydanie czeskie do rosnącej już kolekcji. Są jednak takie dni, kiedy wracam myślami do tamtej chwili i zastanawiam się czy gdybym wówczas uległ pokusie, mój światowy zbiór zacząłby powstawać dwa lata wcześniej (ostatecznie wszystko zaczęło się od wydania szwedzkiego kupionego przeze mnie na Allegro w sierpniu 2006). Jestem niemal pewny, że ta czeska translacja byłaby idealnym zapalnikiem idei o budowie wielkiej kolekcji. Co bym zyskał rozpoczynając dwa lata wcześniej? Pytanie brzmieć powinno raczej - "czego bym nie stracił?", a nie straciłbym możliwości zakupu wydania perskiego za 15 zł - do dzisiaj nie mogę przeboleć utraty tej okazji. Podobnie jak z nostalgią wspominam charytatywne aukcje zagranicznych "Potterów" wystawianych przez Media Rodzinę. Mogę gdybać w ten sposób całą noc, jednak wolę skupić się na sukcesach. Powyższą czeską historię opowiedziałem (z pewnością po raz kolejny), by zarysować poczucie klęski związane z wydaniem duńskim. Kiedy pod koniec lutego br. miała się nadarzyć okazja do zdobycia upragnionego przeze mnie szóstego tomu HP po duńsku, byłem w siódmym niebie, istota tego zwiastowanego sukcesu była niemalże namacalna. Radości z tego faktu płynącej nie jestem w stanie opisać. Nie mniej - wkrótce rozpoczęły się komplikacje - był to drugi raz, kiedy zdecydowałem się polegać w tak ważnej dla mnie sprawie na osobie obcej, choć pierwszy prowadzony przez Internet. 

Wspomniałem o komplikacjach - ciągłe zmiany terminów, "wypadki" i "przypadki" sprowadziły się do tego, że czas pędził jak szalony, a ja czekałem. W końcu nadszedł sierpień i apogeum zrządzeń losu, które można zwyczajnie nazwać brakiem dogadania się między dwójką osób. Bez rozdrapywania sprawy - szansa na zakup książki przepadła, a wraz z nią - nie ukrywam - owa znajomość się zakończyła. Tak musiało się stać, ponieważ była to znajomość budowana przez nadzieję i oczekiwanie - pół roku nadziei, w konsekwencji rozczarowanie. Konsekwencja niedogadania, nadmiernego zaufania. Nie jestem bez winy, zostało mi wypomniane, że to mnie była robiona przysługa i dano mi do zrozumienia przez to, że pół roku jest bez znaczenia, bo to ja liczę na łaskę. Prawdopodobnym jest, iż osoba "obiecująca" przysługę czyta teraz te słowa. Nie mam do powiedzenia nic poza tym, że tylko straciłem przez nią pół roku. Ale i wpis ten nie jest do wylewania żalów - chcę zestawić dwa fakty - kiedy przepuściłem okazję pozyskania wydania czeskiego, na drugą szansę musiałem czekać aż 4 lata. Teraz tracąc okazję zdobycia wydania duńskiego, czekałem jedynie 2 miesiące. Odświeżając wygląd bloga trafiłem na wpis z moją kolekcją - na samym dole widniało zdanie oznajmujące moje oczekiwanie na wydanie duńskie. Uśmiechnąłem się mimowolnie - w końcu to już "przeterminowana" obietnica - chciałem usunąć to zdanie z wpisu - tak zrobiłem, jednak przed zapisaniem zmian w tekście, zawiesił mi się komputer. Okazało się, że wcale nie zarejestrował tej modyfikacji i wciąż tkwiła tam informacja o oczekiwanej edycji. Zbliżała się 3 nad ranem, więc postanowiłem zrobić to nazajutrz. Może to przeznaczenie, może zrządzenie losu, może jedno i drugie - wykorzystując dzień wolny, postanowiłem przejrzeć oferty na Allegro - robiłem to codziennie - kiedyś, jeszcze w 2007 czy 2008 r. robiłem to każdorazowo z duszą na ramieniu i nadzieją w sercu, licząc na okazję. 20 X 2010 zrobiłem to bez entuzjazmu - ot, rutynowe przejrzenie najświeższych aukcji. "HARRY POTTER og de vises sten j. duński" - piękny tytuł aukcji od razu rzucił mi się w oczy, następne sekundy były tylko formalnością. Powiadają, że "co się odwlecze, to nie uciecze" - tym razem los chciał, by radość zdobycia duńskiego "Harry'ego Pottera" nie odwlekła się na długo. Dziś świętuję zdobycie kolejnego trofeum do mojej kolekcji - 39-ta edycja językowa już spoczywa w mojej pięknej witrynie.


Cały świat w jednym miejscu - pozostały mi 33 translacje do zdobycia plus te, które ewentualnie zostaną wydane. Co będzie potem? Pójdę w ślady kolekcjonera wydań "Małego Księcia" - zacznę kupować każdego "Harry'ego Pottera", którego nie mam i będę cieszyć się z najmniejszego sukcesu. Tymczasem pozostaję w celebracji dzisiejszego tryumfu, który przytrafił mi się w idealnym czasie historycznym, albowiem 19 X br. J.K.Rowling odwiedziła Danię, gdzie odebrała Nagrodę Literacką im. Hansa Christiana Andersena. Warto dodać, że autorka "Harry'ego Pottera" jest pierwszą laureatką tej prestiżowej nagrody (dla ciekawskich dodam, że nagroda ta wynosi pół miliona koron duńskich -ponad 93 tys. dolarów). Z pełną satysfakcją zatem cieszę się z mojego sukcesu, który nadszedł w tak znamienitym czasie.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz