Ekranizacja, a adaptacja - za ekranizacją "Harry'ego Pottera"

Lubię wyzwania, lubię stawiać czoła problemom i zagadnieniom, które w bardzo wielu przypadkach są kontrowersyjne, a opinie są ściśle przeciwstawne. Nie jestem w stanie powiedzieć ile razy już słyszałem krytyczne opinie względem Davida Yatesa, reżysera "Harry'ego Pottera i Zakonu Feniksa" i jego kolejnych części (łącznie z ostatnią - siódmą i ósmą) - choć nie jest on jedynym reżyserem filmów na podstawie książki J.K.Rowling, to Chrisowi Columbusowi (dwie pierwsze części), Alfonso Cuaronowi (trzecia część) i Mike'owi Newellowi (czwarta część) jakoś się upiekło, choć nadal wiele stron i przede wszystkim fanów ostro krytykuje każdą kolejną filmową odsłonę "Harry'ego Pottera". Dlatego dziś - być może na przekór tym wielu opiniom zaprezentuję swoją postawę w tym temacie.

Na początek - ekranizacja czy adaptacja filmowa ? Czym właściwie są filmowe obrazy przedstawiające losy Harry'ego Pottera ? Bardzo często te dwa terminy traktowane są jako swoje wzajemne synonimy - to poważny błąd. Adaptacja jest luźnym przekształceniem dzieła bądź utworu na obraz filmowy - jej twórca odnosi się w umiarkowanym stopniu do pierwowzoru, zatrzymując jedynie te wątki, które uważa za słuszne dla swojej artystycznej wizji. Dowolnie zmienia sceny, usuwa je bądź w znacznym stopniu zmienia. Usuwa bądź dodaje bohaterów, zmienia bardzo istotne wątki - nawet zakończenia. Zapewne wielu antyfanów Davida Yatesa powie właśnie w tej chwili, że jego wizje filmów o "Harrym Potterze" są właśnie adaptacjami. Znaczyć to będzie jednak, że nie mają pojęcia o tym jak wygląda rzeczywista adaptacja, której bardzo prostym przykładem będzie choćby przeniesienie na obraz filmowy powieści Christophera Paoliniego (swego czasu uważanego za następcę J.K.Rowling). "Eragon" został sfilmowany w taki sposób, iż furtka dla stworzenia filmowych wersji jego kolejnych części została zamknięta - fabuła została potraktowana w sposób baaaardzo luźny - tzn. smoczyca Saphira, która dorastała przez sporą część książki, w filmie "ewoluowała" niczym pokemon w ciągu kilku sekund w blasku wyładowań atmosferycznych. Ale nie to boli najbardziej - czarni bohaterowie, którzy w książkowej wersji są bardzo istotni dla fabuły drugiej i trzeciej książki... giną w adaptacji pierwszej części... na dodatek sposób ich śmierci jest nad wyraz banalny. Wyobraźmy sobie śmierć Severusa Snape'a w "Kamieniu Filozoficznym"... Dalej widzimy zupełnie zmienione sceny, które już pomijam, aż do czasu ostatniego pojedynku, który w filmie wygląda i przebiega w 100% inaczej, aniżeli w pierwowzorze literackim... A wszystko to, by samą końcówką zepsuć cały klimat jeszcze bardziej i pokazać oblicze głównego antagonisty tytułowego Eragona, które, notabene - w żadnej z trzech pierwszych części książki nie zostało ukazane...

Ekranizacja jest wiernym przekształceniem dzieła nie-filmowego w filmowy obraz. Oczywoście - różnice między książkowym wzorcem są tu również na porządku dziennym, acz fabuła nie zbacza z właściwego kursu - wszystko zmierza do zamierzonego finału. Ważnym wyznacznikiem ekranizacji jest również to, że jej twórca skupia się na interesującym go aspekcie - w "Zakonie Feniksa" to dojrzewanie, w "Księciu Półkrwi" - miłość i bunt.

A zatem czas na właściwą część mojego wywodu - ekranizacje "Harry'ego Pottera" nigdy nie zastąpią książek - bazują na nich, acz klimatem znacznie odbiegają od doskonałego pierwowzoru i skupiają się znacznie na przystosowaniu do odbiorcy. O ile książkową wersję "Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego" nadal czytam z prawdziwą przyjemnością i radością, o tyle jej filmowy odpowiednik nie budzi już we mnie takich emocji - zbyt dziecinny, zbyt familijny... W książce tego tak nie widać - sceny grozy są doprawdy majstersztykiem, a nie głupkowatym przedstawieniem trolla (pamiętam do tej pory moje oburzenie po obejrzeniu "Władcy Pierścieni: Drużyna Pierścienia", gdzie troll prezentował się doskonale w przeciwieństwie do tego "pajaca" z "HP") czy teatralnym obliczem Zakazanego Lasu z jego wszechobecną mgłą... Jak dla mnie - przerysowane to wszystko. Dziś odnajduję się dopiero od trzeciej ekranizacji - "Więźnia Azkabanu", która jest najbardziej chwaloną wśród widzów. Mnie zaś od samego początku irytowały wstawki reżysera wprowadzające w kolejne sceny - przelot ptaszka nad błoniami i jego... hmmm, eksplozja (?) przy starciu z Bijąca Wierzbą, czy też Hermiona w wersji Strong Woman, która niczym Mariusz Pudzianowski, bez najmniejszego wysiłku podnosi Harry'ego za koszulkę, by utrzymać go w trakcie trwającego kilka sekund "lotu" na gałęzi agresywnego drzewa, by potem z idealnym - snajperskim wręcz "celownikiem" wrzucić go do dziury - fakt tego z jakiego materiału była koszulka Harry'ego, skoro w trakcie tej "sceny" nie podarła się, już pomijam - pewnie w Hogwarcie używają Vanisha, który sprawia, że tkaniny są mocne niczym stal (koszulka nawet się nie rozciągła!). Tak... wizja Cuarona - choć znośna, nadal bardzo mnie drażni... Nie czepiam się zdolności Harry'ego do utrzymania się na drzwiach lecącego Forda Anglia w filmie Columbusa, bo ten pan winien zakończyć swoją karierę na "Kevinie samym w domu". Grunt, że w jego wersji Harry nie potraktował Quirrella żelazkiem, ufff... Teraz "Czara Ognia" - chyba jedyny film, który utrzymuje klimat bardzo zbliżony do orginału - bardzo dobrze, acz tajemnicę szlag trafił, kiedy już przy pierwszym spojrzeniu na Moody'ego pojawia się pytanie co on popija... widz ma już od tej pory na niego oko, zaś kiedy Croucha widać w sali rozpraw - wszelkie wątpliwości rozpadają się... brawo za utrzymanie tajemnicy, panie Newell ! Ach... ten bajeczny cmentarz na końcu... bałem się, że te dziesiątki śmierciożerców nie zmieszczą się w kadrze... Grunt, że był tam Raplh Fiennes, który doskonale odciągał uwagę od tych niedociągnięć swoją doskonałą grą aktorską - kiedy pierwszy raz zobaczyłem wizerunek Voldemorta, zastanawiałem się jak można go było przedstawić w postaci takiego... wybaczcie - szczyla ? Po ujrzeniu go w akcji pierwsze wrażenie całkowicie mi umknęło - Voldemort Ralpha jest doskonały ! A teraz uwielbiany przez miliony reżyser - David Yates i jego "Zakon Feniksa" - cudownie okrojona walka w Ministerstwie Magii i Avada Kedavra, po której Syriusz zdołał jeszcze popatrzeć na Harry'ego, by po krótkim namyśle "wchłonąć się" w srebrzyste cuś pod kamiennym łukiem... Oczywiście - do dzisiaj nie wiadomo kto nasłał na Harry'ego dementorów... I "Książę Półkrwi" - najmroczniejsza w moim odczuciu część cyklu, a tu ? Komedia i pełen ubaw ! Ach te sznurówki - to było mocne - zawsze w tym momencie budzi się we mnie zażenowanie. Ciekaw też jestem jak Harry domyśli się w ostatniej filmowej odsłonie czym są horkruksy - bo póki co zapowiada się, że puszka po Warce też się nada... jaki z tego wszystkiego płynie wniosek ? Ekranizacje "Harry'ego Pottera" przypadły mi do gustu - nie dlatego, że z niektórych wyrosłem, nie dlatego, że niektóre posiadają wielkie błędy logiczne czy spore nieścisłości z fabułą, nie dlatego też, że momentami budzą we mnie zażenowanie, ale dlatego, że są inne... Książkę czytam, kiedy chcę wejść w świat Harry'ego Pottera, a film oglądam wtedy kiedy chcę ten świat zobaczyć. "Zakon Feniksa" ma 960 stron w polskim przekładzie - gdyby jego ekranizacja była wierna, musiałaby trwać pewnie z 6-7 godzin. Wybaczcie - padłbym jak pies Pluto podczas takiego seansu... gdzie dynamika ? gdzie akcja ? 10 minut Harry'ego idącego do klasy... masakra ! W książce jest to smaczek - detaliczność jest rarytasem - w filmie byłoby to męczarnią... Bardzo mi się podoba ekranizacja "Zakonu Feniksa" - tak dynamiczna, szybka - oto dobra rozrywka - pędząca niczym zachodni ekspres. Najwierniejsze ekranizacje - "Kamień Filozoficzny" i "Komnata Tajemnic" w moim odczuciu wleką się niczym nasze rodzime pociągi "Regio", po to by gdzieś w połowie mieć opóźnienie (albo to ja przy nich mam opóźnienie). Mimo to - lubię je - bo widzę świat, który kocham z zewnątrz z pewnej perspektywy. Czytając - wchodzę w ten świat - zatracam się w nim. To dwa różne spojrzenia na jeden wątek, to dwie różne formy rozrywki - filmy nie zastąpią mi książek, książki nie zastąpią filmów. Wiadomo - gdybym musiał wybierać - bez wahania wybrałbym książki - z tego powodu to właśnie je zbieram. Na szczęście - żyjemy w czasach, kiedy nie trzeba wybierać i można cieszyć się różnymi formami rozrywki. Uwielbiam te filmy jako filmy - nienawidzę ich jako ubogiej formy moich ukochanych ksiąg. J.K.Rowling dała nam swój świat - każdy kolejny reżyser pokazał go w swój sposób - nie gorszy, nie lepszy - po prostu INNY. I kocham właśnie w ekranizacjach Pottera tę szczególną inność - wtórność nie pozwala się rozwijać, inność zaś jest wstępem do nowatorstwa. Nie ma mowy o "wymienności" książki z filmem - sam bowiem film w tym przypadku jest niczym, jednak w parze z książką dla fana może być majstersztykiem. Czasami może to wkurzać - tak samo jak wkurzać mogą liczne powtórzenia, których dzisiaj użyłem - dodam, że celowo użyłem, acz w moim mniemaniu ktoś kto ogląda filmy o Harrym Potterze po to tylko, by potem je krytykować za niezgodność z książką nie ma ani krztyny dystansu. Brak dystansu prowadzi do niepotrzebnych nerwów - rozrywka jest po to, by relaksować - jeśli kogoś denerwuje, to chyba czas najwyższy by zmienić formę swojej rozrywki.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz