Opowiadanie o horkruksie 1/2

Prawdziwy mag krytyki się nie boi, dlatego z odwagą i spokojem prezentuję Wam drugie, a zarazem pierwsze opowiadanie fan fiction o HP mojego autorstwa. Historia tej pracy jest długa, wszystko zaczęło się od konkursu, którego nie wygrałem. Nie wygrałem, bo w połowie spasowałem, jednakże napisałem to opowiadanie, w którym zaprezentowałem poszukiwania przez Harry’ego jednego z horkruksów. Praca ujrzała światło dzienne w 2006 r. Nie jest to perfekcyjna opowieść, mam wiele zastrzeżeń do niej, ale tradycyjnie – nie nanoszę aktualnych poprawek – wszystko jest takie jakie było, gdy zgłosiłem moje dzieło do konkursu. Życzę Wam miłej lektury!

Harry nadal nie mógł uwierzyć w to, czego dopiero co się domyślił. Pluł sobie w brodę, że wcześniej o tym nie pomyślał. W końcu spędził ponad dwa miesiące na czczych rozmyślaniach nad miejscem ukrycia horkruksów Voldemorta, a odpowiedz była taka prosta… był juz w tym miejscu. Widział jak Voldemort morduje tam człowieka… Być może Czarny Pan ukrył tam kawałek swojej duszy? Harry był bardzo podniecony swoim odkryciem. Spojrzał na śpiącego w sąsiednim łóżku Rona. Obiecał sobie, ze z samego rana opowie jemu i Hermionie o tym do czego doszedł, a zaraz po śniadaniu opuści Norę i wyruszy do Little Hangleton… Z jednej strony czuł niezwykła radość, że być może zbliży się do zniszczenia mordercy swoich rodziców, sprawcy śmierci Cedrika, Syriusza i Dumbledore’a, ale z drugiej przerażała go perspektywa odwiedzenia miejsca gdzie dwa lata temu był świadkiem odrodzenia swojego największego wroga i gdzie sam był torturowany. Wtedy dopisało mu szczęście. Czy teraz też mu się uda wyjść cało? Te niespokojne myśli nękały go przez resztę nocy. Dopiero nad ranem udało mu się zasnąć.

Harry czuł jakby dopiero zasnął, gdy ktoś go obudził. Nad swoja twarzą ujrzał piegowatą, rudą twarz swojego przyjaciela, Rona.

- Mama czeka ze śniadaniem, kazała cię jak najszybciej obudzić… wiesz, ona ciągle uważa, ze jesteś niedożywiony.

Po tych słowach, Ron odwrócił się w kierunku drzwi i już miał wyjść, gdy Harry sobie o czymś przypomniał.

- Ron… znalazłem go… chyba wiem gdzie jest horkruks.

Na twarzy rudzielca pojawił się wyraz zaciekawienia, ale i przerażenie.

- Znalazłeś część duszy Sam-Wiesz-Kogo?

- Tak myślę… dzisiaj mam zamiar to sprawdzić… wyruszam do Little Hangleton.

Tym razem Ron się uśmiechnął i pokiwał mu palcem przed nosem:

- Harry, chyba o czymś zapomniałeś? O mnie i o Hermionie.

Harry poczuł się niezręcznie, ale w tej właśnie chwili do pokoju chłopców weszła Hermiona. Wyglądała na wzburzoną.

- Co wy sobie wyobrażacie?! Pani Weasley czeka na was ze śniadaniem!

- My już… – zaczął Harry, ale przerwał mu Ron.

- Harry znalazł horkruksa!

Hermiona nie wyglądała na zdziwioną. Wyglądała jakby ta informacja nie zrobiła na niej żadnego wrażenia.

- Czy pójdziecie w końcu na to śniadanie? – zapytała groźnie.

- Ale…

- Później Ron. Porozmawiamy o tym po śniadaniu.

Chłopcy nie mieli wyjścia. Wiedząc, że z Hermioną nie wygrają wyszli z pokoju i po wąskich schodach zeszli do kuchni. Hermiona nie kłamała – wszyscy tam na nich czekali. Cała trójka usiadła przy rogu długiego drewnianego stołu i pospiesznie zjadła śniadanie. Rozmowę zaczęła tym razem Hermiona, która mówiła szeptem, tak by jej nikt nie usłyszał:

- Więc co z tym? No z Sami-Wiecie-Czym…

Harry opowiedział jej półgębkiem o swoich domysłach, zwracając cały czas uwagę by nikt niczego nie usłyszał, a zwłaszcza pani Weasley, która na pewno przeraziłaby się na śmierć, wiedząc, co Harry chce zrobić.

- Zrobimy to dziś w nocy… – szepnęła Hermiona. – Nie możemy przecież włamać się w dzień do starego budynku, w którym zginął człowiek. Poza tym… Twoja mama… – zwróciła się jeszcze ciszej do Rona – musisz jej zostawić jakąś kartkę… wyjaśnić wszystko… delikatnie…

- Delikatnie?! – szepnął ostro Ron – Jak dowie się co robimy wezwie cały Zakon, żeby nas powstrzymać!

Nie było jednak wyjścia. Uzgodnili więc, że w nocy teleportują się na cmentarz w Little Hangleton, bo Harry juz tam był i bez trudu wyobrazi sobie to miejsce. Pozostawała jedna wątpliwość – czy Harry, który dopiero co zdał kurs teleportacji będzie w stanie pokierować Ronem i Hermioną w teleportacji łącznej? Co prawda Hermiona zdała kurs (Ron drugi raz oblał), ale nigdy nie była na owym strasznym cmentarzu i nie byłaby w stanie go sobie wyobrazić. Uzgodnili więc, że muszą zaryzykować.

Dzień minął wyjątkowo szybko. Tuż po kolacji cała trójka udała się do pokoju Rona, gdzie czekali i nasłuchiwali przez Uszy Dalekiego Zasięgu czy wszyscy poszli już spać. Bez pewności, ze państwo Weasley’owie już śpią nie było sensu wymykać się z domu – gdyby zostali nakryci, pani Weasley zawróciłaby ich i z pewnością spędziłaby całą noc pod drzwiami ich pokoju by udaremnić im jakąkolwiek próbę wymknięcia się z domu.

Było pół do dwunastej gdy w domu nastała cisza. Dla pewności odczekali jeszcze dziesięć minut i zaraz po tym jak Ron pospiesznie nabazgrał kartkę dla rodziców z wyjaśnieniem, zabrali różdżki, peleryny i zeszli po cichu schodami do przedpokoju, z którego już bez trudu trafili do drzwi i wyszli przed Norę.

Noc była chłodna. Wiał nieprzyjemny, zimny wiatr.

- Świetnie, udało się… złapmy się za ręce i lecimy! – powiedział Harry starając się by jego głos zabrzmiał wesoło, tak jakby się cieszył z tego co mają zrobić. Przecież czym się rożni nocny wypad z domu od tego co zamierzali właśnie zrobić? Chyba tylko tym, ze zwykły nocny wypad nie powoduje skrętu wnętrzności i tak przyspieszonego bicia serca.

Harry, Ron i Hermiona odeszli parę kroków od domu państwa Weasley’ow, odpalili różdżki i złapali się za ręce. Harry poczuł w swojej dłoni zimną dłoń Hermiony, która podobnie jak on była przerażona, ale też starała się to ukryć. Jedynie Ron nie ukrywał strachu. W bladym świetle rzucanym przez różdżki widać było, że jest bardzo blady. Poza tym trząsł się niemiłosiernie.

- Dobra… to już czas. – powiedział juz mniej pewnym głosem Harry, po czym zamknął oczy i pomyślał całą siłą woli: „Cmentarz na Little Hangleton”. Zaraz potem poczuł, że odrywa się od ziemi i przeciska przez ciasną gumową obręcz. Ron i Hermiona bardzo mu ciążyli, ale trzymał ich z całej siły. Zaraz potem poczuł pod stopami twardy grunt. Otworzył oczy i w tej chwili wszystkie wspomnienia wróciły. To był ten sam cmentarz, ten na którym Lord Voldemort odzyskał po trzynastu latach całą moc i potęgę, ten sam na którym zginął rażony śmiertelnym zaklęciem Cedrik i na którym on, Harry cierpiał niebywałe tortury ze strony Czarnego Pana. Harry opadł na wilgotną ziemię. Ten ból nadal był taki realny, taki bliski… Z letargu wyrwała go Hermiona, która roztrzęsionym głosem szepnęła:

- Harry, wstań… musimy iść.

Harry posłusznie podniósł się z ziemi i przetarł rękawem wilgotną od potu twarz. Podniósł wzrok ponad stare mogiły i ujrzał w oddali dom na wzniesieniu. Dom, który był celem ich podroży. Chłopiec ruszył w tamtą stronę, a za nim jak cienie Ron i Hermiona. Wszyscy trzymali różdżki w pogotowiu.

Szli przez gęstą noc zbliżając się nieustannie do wzniesienia, na którym znajdował się olbrzymi Dom Riddle’ow. Szli długo w ciszy. Jedynie pohukujące od czasu do czasu sowy dawały o sobie znać w tym ciemnym ponurym miejscu. Po około dwudziestu minutach nieustającego marszu doszli przed bramę posiadłości. Była zawiązana grubym, zardzewiałym łańcuchem, na którym wisiała gruba kłódka.

- Alohomora! – szepnął w ciemność Harry, po czym usłyszeli ciche kliknięcie i łańcuch z łoskotem zwalił się na ziemię. Cała trójka odwróciła się błyskawicznie by zobaczyć, czy ten hałas nikogo nie ściągnął. Na całe szczęście najbliższe domostwa znajdowały się u zbocza ponurego wzgórza.

Harry pchnął wrota bramy, które uchyliły się z lekkim skrzypnięciem. Przed ich oczami stał teraz niczym nie zastawiony olbrzymi, zniszczony dom. Na ścianach plenił się bluszcz, a niektóre okna były powybijane. Zrobili jeszcze kilka kroków w ciemność, przedzierając się przez wysoką, nie strzyżoną trawę i pęki ostrych krzaków. Ominęli małą chałupkę należącą z pewnością do ogrodnika, który od trzech lat nie żył, gdyż został zamordowany przez Voldemorta w domu, do którego trójka młodych przyjaciół właśnie się zbliżała. Harry dostrzegł przez gęste krzaki drzwi do domu, które były uchylone. Weszli do środka budynku, z którego uderzył ich silny zapach bluszczu i rozkładu. W tym domu wyczuwało się zdecydowanie coś paskudnego. Na podłodze leżały zniszczone obrazy, tu i tam leżały kawałki szkła z rozbitych wazonów i okien. Harry przeszedł cały przedpokój i skierował się starymi, zakurzonymi schodami na pierwsze piętro – tymi samymi, którymi podążał przed trzema laty we śnie.

Po omacku, kierował się ciemnym korytarzem do miejsca, w którym wówczas ukrywał się Voldemort z Glizdogonem. Otworzył pierwsze drzwi na piętrze i znalazł się w pokoju ze swojego koszmaru.

Był to niewielki, ale bardzo zagracony pokój, w którym przed starym, rozpadającym się kominkiem stał stary fotel. Tylko Harry wiedział, że w owym fotelu siedział kiedyś Voldemort. By nie wzbudzać niepotrzebnej paniki, nie powiedział o tym przyjaciołom. Chłopiec przeszedł się po pokoju rozglądając wokół i słysząc jedynie na karku szybkie oddechy swoich towarzyszy, którzy zdawali się być bardziej przerażonymi niż on sam. Obszedł całe pomieszczenie kilka razy i rozczarowany spojrzał na dwójkę swoich najlepszych przyjaciół:

- Tu nic nie ma… musimy poszukać na dole…

W tej chwili ujrzał na twarzy Hermiony wyraz największego strachu. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, jego przyjaciółka krzyknęła najbardziej piskliwym głosem jaki mogła wydać:

- Harry! WĄŻ!!!

Harry zdążył się zaledwie obrócić, gdy ujrzał olbrzymiego węża, który w tej samej chwili rzucił się w jego kierunku.

Nie wiedząc co czyni, Harry rzucił pierwsze zaklęcie jakie mu przeszło przez myśl:

- SECTUMSEMPRA!!!

Przez ułamek sekundy widział węża, który został rozcięty wzdłuż po czym pacnął z nieprzyjemnym odgłosem na zakurzoną podłogę. Harry przyglądał się wijącemu w agonii, w kałuży krwi cielsku, gdy usłyszał triumfalny okrzyk Rona:

- Udało się! Harry! To ten wąż!!! Ten o którym ci mówił Dumbledore! Masz horkruksa…

Harry wiedział jednak, że to nieprawda. Mimo, ze był to olbrzymi wąż, to z całą pewnością nie była to Nagini. Mimo to odczuwał jednak radość – skoro był tu wąż, to znaczy, ze Voldemort naprawdę tu coś ukrywa. Powiedział o tym swoim przyjaciołom (Ron znowu bardzo zbladł). Harry powrócił do poszukiwań, tym razem dołączyła do niego Hermiona, która wcześniej była zbyt przerażona by szukać w tym domu czegokolwiek.

- Słuchajcie, to duży dom – w takim tempie niczego nie znajdziemy. Musimy się rozdzielić. – powiedział Harry – Hermiono, ty i Ron zostaniecie tutaj, przeszukacie pierwsze piętro, a ja pójdę na parter.

- Harry, ale…

- Poradzę sobie… proszę was tylko, uważajcie na siebie.

- Poradzimy sobie! – powiedział Ron starając się by jego głos zabrzmiał luzacko.

Harry nie czekając już na nic zszedł cicho po schodach i skierował się w kierunku kuchni. Ta jednak była doszczętnie zniszczona. Stare porozwalane graty rozrzucone były po całym pomieszczeniu. Przeczucie podpowiedziało Harry’emu, że to nie tutaj został ukryty horkruks. Przeszukał potem łazienkę, jadalnie i sypialnie (Harry znalazł tu szczątki małych zwierząt, prawdopodobnie szczurów) i w rozpaczy zdał sobie sprawę, że tu nic nie ma. Musiał się pomylić. Kierował się już w kierunku schodów, by zawołać za Ronem i Hermioną gdy poczuł to – coś go wołało, głos dochodził zza drzwi, których jeszcze nie otwierał…

CIĄG DALSZY NASTĄPI…
24.05 o godz. 16:00

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz