Moje opowiadanie...

Wiem, że niektórzy z Was mogą być trochę zawiedzeni, że dzisiejszy wpis nie zawiera czwartej baśni z "Baśni barda Beedle'a", ale postanowiłem sobie, że przyznam się dzisiaj do czegoś. Otóż w całej mojej niechęci do fan fiction, fanowskich opowiadań na temat "Harry'ego Pottera" dwa razy napotkałem na cel, który stał ponad moją niechęcią. Nie tak dawno temu wydawnictwo Media Rodzina, polski wydawca HP ogłosiło konkurs na opowiadanie fanfickowe przedstawiające alternatywną wersję zakończenia całej serii. Nagroda dla zwycięzcy była niezwykła - "Harry Potter i Insygnia Śmierci" podpisane przez autorkę, Jo Rowling. Pomyślałem sobie wtedy, że jest to gra warta świeczki. Któż bowiem z nas, fanów, nie marzy o książce z jej autografem ? Postanowiłem zatem wziąć udział w konkursie i napisać swoją własną wizję zakończenia serii. Zadanie było niełatwe i spędziłem nad jego wykonaniem bardzo wiele godzin. Notatki z rękopisami nadal walają mi się po szufladach w biurku, wewnątrz szafek i w starych zeszytach. Spędziłem bardzo wiele czasu na stworzenie planu ramowego, na rozpisanie go i napisanie swojej własnej pracy. Dwie osoby w szczególności przysłużyły się do powstania tego krótkiego utworu literackiego. Jedna, która dodawała mi ciągłego wsparcia i natchnienia oraz druga, która służyła pomocą korektorską i wyłapywała nawet najdrobniejsze uchybienia i nieścisłości w tekście. Praca została ostatecznie skończona i wysłana na konkurs. Przegrałem. Powiem szczerze, że byłem bardzo z tego powodu niezadowolony - moja praca została niezauważona, co nie było dla mnie miłe. Dzisiaj po wielu tygodniach od tego czasu jestem z siebie dumny. Stworzyłem coś co mi się spodobało, coś co sam z chęcią czytałem wielokrotnie, coś co do mnie przemawiało. Istotne jest też to, że praca powstała w moim subiektywnym pisarskim stylu. Nie starałem się naśladować Rowling. Pisałem po swojemu, swoim stylem i swoim językiem i z tego jestem dumny. Teraz, w pełni zadowolony z mojego opowiadania, postanowiłem sobie przedstawić go Wam. Jeszcze we wstępie wspomnę, że był to tak naprawdę mój fanfickowy debiut (choć wcześniej pisałem już takie opowiadane). Debiut, bo była to gra o wysoką stawkę, gra o spełnienie części swoich marzeń. Życzę Wam przyjemnej lektury i zapraszam do wyrażania swojej opinii w komentarzach.

MÓJ POMYSŁ NA ZAKOŃCZENIE SERII "HARRY POTTER"

Drzwi gabinetu Dumbledore’a otworzyły się gwałtownie. W wejściu stali Ron i Hermiona celując różdżkami przed siebie i nasłuchując jakichkolwiek odgłosów. Hermiona ostrożnie postąpiła kilka kroków naprzód. Ron rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu. Mimo, że minęło sporo czasu odkąd był tutaj po raz ostatni, praktycznie nic nie uległo zmianie – nawet przedmioty znajdujące się na półkach i regałach nie zmieniły miejsca swego położenia choćby o cal. Najwyraźniej po zamknięciu Hogwartu nikt tutaj nie wchodził. Omiótł spojrzeniem cały pokój, aż w końcu jego uwagę przykuła kamienna misa stojąca na biurku Dumbledore’a, którego portret wisiał obok obrazów przedstawiających innych dyrektorów Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Nagle rozległ się głos, którego on i Hermiona nie słyszeli od ponad roku – od tej przeklętej nocy, gdy Albus Dumbledore zginął z ręki Severusa Snape’a.

- Powinniście chyba zajrzeć do myślodsiewni – odezwał się starczy, łagodny głos dochodzący z portretu oprawionego w złote ramy. Dumbledore uśmiechnął się lekko i puścił oko zdezorientowanym Ronowi i Hermionie.

- Dziękujemy... panie profesorze.

- Ależ to drobiazg, panno Granger.

Hermiona uśmiechnęła się słabo. Drżąc z przejęcia zbliżyła się wraz z Ronem do kamiennej misy, której krawędzie pokryte były dziwnymi rzeźbieniami przypominającymi runy lub jakieś tajemnicze symbole. Myślodsiewnia była wypełniona dziwną, srebrzystą substancją, która nie wyglądała ani na ciecz ani na gaz. Dotąd oboje znali to urządzenie jedynie z opowiadań Harry’ego, a teraz sami bacznie się mu przyglądali. Pełne zaciekawienia spojrzenie Hermiony powędrowało na krawędzie naczynia. Dziewczyna najwyraźniej starała się odczytać wyrzeźbione symbole, ale Ron przerwał jej chwytając delikatnie za ramię:

- Nie czas teraz na to. Musimy jak najszybciej dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi i pomóc Harry’emu!

Do Hermiony najwyraźniej dotarł ten przekaz, ponieważ przytaknęła lekko, po czym oboje chwycili się za dłonie i pochylili nad kamienną misą. Kiedy tylko dotknęli czubkami nosów srebrzystej substancji, jakaś niewidzialna siła wciągnęła ich do środka. Mknęli w dół przez krótką chwilę, aż znaleźli się na podłodze gabinetu Dumbledore’a. Różnicę stanowiła obecność Harry’ego, który stał tyłem do nich. Hermiona puściła dłoń Rona i podbiegła do przyjaciela:

- Harry ! – krzyknęła uradowana. – A myśleliśmy, że...

Harry nie zareagował. Ron podszedł do Hermiony i objął ramieniem:

- On nas nie usłyszy... To tylko wspomnienie...

Oczy Hermiony zaszły łzami, spoglądała to na Rona, to na Harry’ego, który w końcu przemówił:

- Więc muszę zginąć...

- Niestety, obawiam się, że tak, Harry. – Drugi głos dochodził z portretu. Dumbledore otarł spływającą łzę z policzka. – Wybacz, że nie wyjaśniłem ci wszystkiego, ale nie chciałem byś cały czas żył ze świadomością śmierci... Twoja blizna nie jest zwykłym znamieniem po wrogim zaklęciu... To część duszy Voldemorta, którą umieścił w tobie w nocy, gdy próbował cię zabić.

Harry stał jak wryty w milczeniu.

- A Insygnia Śmierci? – zapytał z nadzieją w głosie.

- Insygnia powstały wiele setek lat temu i jak dobrze wiesz stanowią je trzy różdżki o niezwykłej mocy. Różdżka z cisu, wierzby i ostrokrzewu – każda wykonana ze świętego drzewa, które rośnie na świecie od najdawniejszych czasów. Legenda głosi, że to Śmierć je zasadziła. Każda z różdżek posiada niezwykłe moce – cisowa pozwala rządzić prawami śmierci, wierzbowa daje nieśmiertelność, a różdżka z ostrokrzewu zapewnia ochronę przed złymi mocami. Dawny potomek pana Ollivandera – Augustus żyjący ponad tysiąc lat temu odnalazł każde z tych niezwykłych drzew i z ich kory wykonał te trzy potężne różdżki, których rdzeń stanowiło pióro feniksa – Fawkesa. – Harry otworzył usta ze zdziwienia. Dumbledore kontynuował swą opowieść. – Każda z tych różdżek odnalazła swych właścicieli całkiem niedawno - jedna z nich została zniszczona. Ja byłem właścicielem Różdżki Nieśmiertelności, dlatego dane mi było dożyć 150 lat – Dumbledore zachichotał. – Jednak jak dobrze wiesz przed śmiercią różdżka została mi odebrana, wobec czego nie miałem szans na przeżycie. Obecnie spoczywa złamana w moim grobowcu – jej moc przepadła na zawsze. Druga – zwana Różdżką Śmierci jest w posiadaniu Lorda Voldemorta. Trzecia....

- Trzecia należy do mnie... – wyszeptał Harry z pełnym zrozumieniem.

- Zgadza się. – powiedział Dumbledore. – Różdżka Patronusa – chroniąca przed złem... To przez nią Voldemort nigdy nie mógł cię pokonać w pojedynku. Twoja różdżka neutralizowała moc jego.

- Czy można to jakoś wykorzystać? – zapytał Harry z nutą nadziei w głosie.

- Jeżeli uda ci się zniszczyć cis dający moc różdżce Voldemorta, może pomóc ci to w walce z nim... Pamiętaj jednak, że to nie zniszczy horkruksa żyjącego w tobie... Możesz umrzeć i ocalić innych lub żyć i patrzeć jak twoi bliscy giną...

Nagle wspomnienie uległo rozmyciu, przed Ronem i Hermioną zaczęły przewijać się chaotyczne i nieuporządkowane obrazy. „Ukryj swoje myśli przed Voldemortem” – grzmiał niczym echo głos Dumbledore’a. Przyjaciele widzieli w krótkich urywkach pocałunek Harry’ego i Ginny, słyszeli strzępy rozmów Pottera z dyrektorem, dyskusje o Voldemorcie, chwile niszczenia horkruksów, aż w końcu wszystko się zatrzymało. Ostatnią rzeczą, jaką Ron i Hermiona dostrzegli był feniks siedzący na żerdzi. Znaleźli się na podłodze. Przed nimi, na biurku spoczywała myślodsiewnia. Nie mogli powstrzymać łez spływających im po policzkach. Świadomość, że Harry musi zginąć, by inni mogli żyć była dla nich zbyt przytłaczająca. Nie wszystko z tego, co zobaczyli i usłyszeli było dla nich całkowicie jasne.

- P-profesorze... – zaczęła Hermiona łkając – o co chodziło we wspomnieniu z feniksem? Przecież on opuścił Hogwart po... po pana śmierci...

Dumbledore spojrzał na nią rozbawiony. Poprawił sobie okulary połówki, po czym nadal uśmiechając się powiedział:

- Fawkes wrócił, by pomóc Harry’emu.

Teraz już żadne z nich – ani Ron ani Hermiona – nie wiedziało o co w tym wszystkim chodzi.

- Pomóc? Jak? – zapytał Ron.

- Fawkes potrafi przenosić duże ciężary, a jeśli nie są one zbyt duże, może to robić w znacznej szybkości. Jego zadaniem było pomóc Harry’emu dostać się do nienanoszalnego miejsca, gdzie rośnie Prastary Cis. – Dumbledore zakończył nadal się uśmiechając.

Hermiona pisnęła ze strachu, a Ron starając się zachować zimną krew zapytał tylko:

- O jakie miejsce chodzi?

- O Azkaban oczywiście.

***

Harry Potter pędził z zawrotną szybkością trzymając się kurczowo obiema dłońmi ogona Fawkesa. Bał się otworzyć oczu. Czuł płomienie wirujące wokół siebie. Minęło zaledwie kilka sekund, gdy wylądował łagodnie na czymś twardym i zimnym. Płomienie tańczące wokół niego rozpłynęły się w powietrzu. Zachłysnął się słonym, morskim powietrzem. Otworzył powoli oczy – znajdował się na niewielkiej skalistej wysepce, o której brzegi rozbijały się fale Morza Północnego. Kilkadziesiąt stóp przed Harrym wznosił się niezwykły, monumentalny budynek górujący nad wyspą. Budził grozę – była to budowla wysoka, zbudowana z czarnego kamienia i pozbawiona okien. Harry stał przez moment nieruchomo wpatrując się w Azkaban, po czym nie patrząc w bok zwrócił się do feniksa:

- Dalej muszę iść sam.

Fawkes delikatnie dotknął łbem jego dłoni starając się go pocieszyć i dodać otuchy. Buchnął ogień i ptak zniknął. Harry poczuł się teraz kompletnie osamotniony. Bez Rona i Hermiony, których postanowił nie narażać na śmiertelne niebezpieczeństwo czuł się zupełnie bezbronny i bezradny. Z duszą na ramieniu ruszył w kierunku opuszczonego więzienia dla czarodziejów. Szedł długo – targany sprzecznymi uczuciami oraz poczuciem obowiązku, kroczył ku wyłamanej bramie więziennej. Dostrzegł panującą wewnątrz niczym niezmąconą ciemność. Wkroczył ostrożnie w mrok nie mając pojęcia ile czasu zajmie mu poszukiwanie starej Komnaty.

- Lumos – szepnął unosząc różdżkę, której koniec zapłonął migocącym światełkiem. Starając się zachowywać jak najciszej szedł pustym korytarzem. Odczuwał niewyobrażalny chłód. Po chwili stało się coś, co sprawiło, że prawie krzyknął ze strachu. Przez zimne mury zaczęły przenikać echa stłumionych jęków i płaczów. Harry zastanawiał się skąd pochodzą te dźwięki, aż po chwili zdał sobie przerażającą sprawę z tego, że są to cierpiętnicze zawodzenia dusz gwałtem wyrwanych z ciał. Głosy stawały się co raz wyraźniejsze i donioślejsze, budziły w nim lęk, który sprawiał, że miał przez moment ochotę uciec. W jednej chwili wszystko ucichło. Trzeźwość powróciła do umysłu Harry’ego, który zdał sobie sprawę, że jego różdżka zgasła. Miał już ponownie wyszeptać „Lumos”, gdy usłyszał czyjeś kroki, a po chwili również lodowaty, wysoki głos:

- Jaki zbieg okoliczności, że znowu się spotykamy... Jak zwykle na miejscu, gotów by pokrzyżować moje plany... Nie tym razem Harry...

Voldemort upajał się chwilą. Serce tłukło się boleśnie w piersi Harry’ego, a myśli mówiły mu: „Nie teraz... nie teraz...”. Chłopiec widział oczami wyobraźni twarz Voldemorta – blady, trójkątny łeb węża, czerwone oczy i wąskie nozdrza zamiast nosa.

- Expelliarmus! – wrzasnął celując na oślep i zaczął uciekać. Biegł w ciemności potykając się o nierówności w podłodze. Pędził co tchu, aż zobaczył delikatne światło księżycowe wpadające przez wejście. Wybiegł na zewnątrz – wprost na grupę kilkudziesięciu śmierciożerców celujących w niego różdżkami.

- Czarny Pan spodziewał się, że spróbujesz ucieczki – wycedził drwiący głos Lucjusza Malfoy’a. – dlatego postawił nas na straży.

Kiedy Harry zdał sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, wydarzyło się coś dziwnego. Nocne niebo roziskrzyły płomienie ognia, które rozprzestrzeniały się po sklepieniu. Z ognia wydobyli się ludzie na miotłach prowadzeni przez feniksa. Zakon Feniksa i Gwardia Dumbledore’a nacierały w szyku bojowym na zgromadzonych popleczników Voldemorta. Zagrzmiały zaklęcia, ciemność została przecięta przez promienie klątw. Przybysze wylądowali gładko na wyspie i rozpoczęli walkę ze śmierciożercami. Harry postanowił wykorzystać moment i ponowić poszukiwania Komnaty Prastarego Cisu.

- Crucio! – wrzasnął krępy śmierciożerca. Harry cudem uniknął zaklęcia.

- Drętwota!

Mężczyzna upadł bezwładnie na ziemię. Do Harry’ego podbiegła Hermiona – w blasku księżyca ujrzał jej piorunujące spojrzenie:

- Dlaczego nam nie powiedziałeś?!

Chcąc uniknąć kłótni chwycił ją za ramię:

- Nie teraz, musimy odnaleźć Prastary Cis.

Wbiegli w mroczny korytarz. Pędzili przed siebie, aż znikąd wyrósł przed nimi barczysty śmierciożerca.

- Avada...

- Incancerous! – zawyła Hermiona. Cieliste sznury oplotły ciało przeciwnika zwalając go przy tym z nóg. Harry i Hermiona ruszyli w dalszą drogę. Po kilku minutach biegu trafili do olbrzymiej, znacznie większej od samego więzienia sali, w której znajdowały się setki cel.

- Przeszukaj te na prawo! – warknął Harry.

Sam skierował się w kierunku cel znajdujących się na lewo. Zaaferowany poszukiwaniem magicznego wejścia do Komnaty Prastarego Cisu nie zauważył, kiedy w sali zapadła grobowa cisza. Usłyszał mrożący krew w żyłach krzyk Hermiony. Odwrócił wzrok i spojrzał na jeden z wąskich korytarzy – sunęły nim setki zakapturzonych postaci. Harry słyszał świszczące oddechy dementorów. Jego umysł zaczęły wypełniać ponure myśli. Słyszał krzyk matki zabijanej przez Voldemorta, widział Syriusza wpadającego za zasłonę w Departamencie Tajemnic oraz zwłoki Dumbledore’a. Był przekonany o tym, że nie będzie w stanie wyczarować w tym momencie Patronusa, jednak jakaś wewnętrzna siła kazała mu spróbować. Skupił się na końcu bitwy, pokonaniu Voldemorta i ocaleniu bliskich.

- Expecto Patronum! – z różdżki wydobyła się srebrzysta mgiełka. Spróbował ponownie:

- EXPECTO PATRONUM!

Tym razem udało się- z końca różdżki wystrzelił srebrzysty jeleń, który natarł na dementorów. Demony zaczęły uciekać. Kiedy zgubna moc dementorów minęła, on i Hermiona powrócili do poszukiwań. Po kilku minutach usłyszał radosny głos Hermiony:

- Harry! Chyba znalazłam...

Chłopiec podbiegł do dziewczyny stojącej przy jednej z cel i wskazującej na coś palcem. Harry ujrzał niewielki rysunek drzewa o rozłożystych gałęziach, który widniał na jednej ze ścian.

- To tutaj – szepnął pewnie Harry – To jest wejście do Komnaty Prastarego Cisu...

- Dlaczego nikt wcześniej nie odnalazł go? – zapytała niepewnym głosem Hermiona.

- Bo... – zaczął Harry – nikt nie potrafił otworzyć wejścia i wszyscy myśleli, że to zwykły szkic więźnia.

- A ty wiesz jak je otworzyć? – zapytała Hermiona drżącym z przejęcia głosem.

Harry uśmiechnął się. Dziewczyna dostrzegła jego uśmiech w bladym blasku światełka bijącego z różdżek i poczuła się kompletnie zbita z tropu.

Chłopiec nie zwracał na nią uwagi, zawołał w myślach Fawkesa, którego śpiew zaczął unosić się w ciemnym korytarzu. Po chwili ptak nadleciał i wylądował zgrabnie na ramieniu Harry’ego. Widząc zdziwienie i niezrozumienie na twarzy Hermiony, Potter poczuł, że jest jej winny wyjaśnienia:

- Każda z Trzech Wielkich Różdżek ma w sobie rdzeń z pióra Fawkesa, który należał wiele wieków temu do Augustusa Ollivandera. Ollivander odnalazł każde z drzew Śmierci – Prastarą Wierzbę, Cis i Ostrokrzew. Nie chciał, by ktokolwiek poznał ten sekret. Po zabraniu części kory potrzebnej do wykonania różdżek pieczętował miejsca, w których rosną te drzewa, by nikt inny nie mógł się do nich dostać. Tylko Fawkes wie jak otworzyć wejście, ponieważ przy jego pomocy było ono zamykane.

Hermiona spojrzała na Harry’ego i kiwnęła głową na znak zrozumienia.

- Fawkes, czy mógłbyś otworzyć wejście do Komnaty Prastarego Cisu?

Ptak zleciał z jego ramienia i przycisnął łebek do wyrzeźbionego rysunku drzewa. Z jego oczu pociekły łzy. Drzewo zaiskrzyło się i zniknęło, podobnie zresztą jak cała ściana, ukazując tym samym wejście do wielkiej, mrocznej podziemnej sali, na środku której rósł olbrzymi cis. Harry i Hermiona weszli do Komnaty. Podeszli powoli do drzewa, którego pień miał średnicę kilku metrów. Harry wycelował w nie różdżką z zamiarem podpalenia, gdy ciszę przerwał wysoki głos przepełniony wściekłością.

- Nie zrobisz tego Potter! Avada kedavra! – krzyknął Voldemort. Harry i Hermiona cudem uniknęli zielonego promienia.

- Sectumsempra! – Voldemort odparował zaklęcie i wlepił pełen podziwu wzrok w chłopca.

- Czarna Magia... – wyszeptał – widzę, że powoli stajesz się taki jak ja...

Zimny śmiech wypełnił pustą salę.

- Nigdy! – ryknął niczym lew Harry. Uniósł różdżkę, lecz było już za późno.

- CRUCIO!

Potter zwinął się w spazmach ostrego, przenikliwego bólu. Czuł jakby jego ciało przeszywały setki noży. Stojąca nieopodal Hermiona miała już rzucić zaklęcie na Voldemorta, gdy na arenę wkroczył Severus Snape.

- SECTUMSEMPRA!

Plecy Czarnego Pana zalśniły szkarłatem. Krew zaczęła sączyć się przez jego czarną szatę. Harry poczuł jak ból mija. Zdyszany i spocony leżał na zimnej posadzce. Voldemort przemówił:

- A jednak jesteś zdrajcą! Bella mnie ostrzegała...

- Bellatriks nie żyje. – powiedział Snape z triumfem w głosie. – Osobiście ją zabiłem.

Voldemort syknął gniewnie.

- Zabiłeś Dumbledore’a na jego rozkaz... celem było wkupienie się w moje łaski... ale nawet to ci nie pomoże plugawy zdrajco ! AVADA KEDAVRA!

- AVADA KEDAVRA!

Zaklęcia Snape’a i Voldemorta zderzyły się po czym z całą mocą uderzyły w byłego nauczyciela Eliksirów. Czarny Pan zaśmiał się ochryple:

- Myślał, że może mnie pokonać! Mnie, pana Różdżki Śmierci!

Harry wiedział, że za chwilę on i Hermiona zginą. Podpierając się lekko wycelował różdżkę w Voldemorta i rzucił pierwsze zaklęcie jakie przyszło mu do głowy:

- Legilimens!

Niespodziewanie wdarł się do umysłu wroga. Widział małego Toma Riddle’a zastanawiającego się, dlaczego nie ma rodziny i przyjaciół, dostrzegł cierpiącego i poniżanego chłopca, w którym nagle coś pękło przez co stał się zły.

Czarny Pan wyrzucił Harry’ego z umysłu. Grymas wściekłości wykrzywił jego twarz.

- Nie zawsze byłeś zły... gdybyś miał normalne życie nie stałbyś się tym czym jesteś -. nie byłbyś potworem... – powiedział cicho Harry. Poczuł jak do oczu napływają mu łzy. Nie może tego zrobić, nie jest w stanie zabić Voldemorta. Opuścił różdżkę. Nagle przeszył go potworny ból w okolicach czoła, który sprawił, że ponownie osunął się na podłogę. Ból minął równie niespodziewanie jak się pojawił.

Chłopiec dostrzegł, że Voldemort również leży –na skutek prawdziwej litości horkruks żyjący w Harrym uległ zniszczeniu.

- Skoro nie mogę walczyć z tobą... – wycedził zimno Voldemort – to zabiję ją...

Wycelował różdżką w Hermionę. W momencie, gdy wrzasnął: „Avada kedavra”, Harry krzyknął pierwsze zaklęcie o jakim pomyślał:

- EXPECTO PATRONUM!

Srebrny jeleń zderzył się z różdżką Voldemorta w chwili, gdy rzucał klątwę. Różdżka roztrzaskała się w dłoni Czarnego Pana, w którego oczach momentalnie zapłonął strach. Moc czaru uderzyła w niego z całą mocą. Lord Voldemort upadł na ziemię. Był martwy.

***

Ani Harry ani Hermiona nie wiedzieli jak wydostali się z Komnaty Prastarego Cisu i z samego Azkabanu. Nie zniszczyli drzewa – teraz, gdy Voldemort nie żył, nie było już takiej potrzeby. Jedyne co oboje pamiętali to Ron, który rzucił się na nich z radością, kiedy wyszli z budynku. Na zewnątrz panowała bardzo ponura atmosfera – było wielu zabitych, wśród których znaleźli się Percy i Artur Weasley’owie, Lucjusz Malfoy, Lupin, Kingsley Shacklebolt i dziesiątki innych osób z obydwu stron. Część śmierciożerców zostało pojmanych, Hagrid pilnował skrępowanego Greybacka. Na wieść o śmierci Voldemorta wybuchła radość. Harry podszedł do Ginny, która klęczała przy płaczącej matce. Poszła z Harrym. Usiedli na urwisku skalnym i obserwowali wschód słońca. Chłopiec zauważył po chwili Fawkesa, który wylądował obok niego. Pogładził go po głowie. Feniks wzbił się w powietrze i zaczął lecieć w kierunku słońca.

- Co on robi? – zapytała cicho Ginny.

- Odlatuje na zawsze... – powiedział Harry obejmując ramieniem ukochaną.

Obserwowali feniksa, który znikał w blasku porannych promieni słonecznych. Oboje wierzyli, że rodzące się dzisiaj będzie dużo lepsze od minionego wczoraj.

KONIEC

******************************************************************
Z perspektywy minionego czasu napotkałem w tym tekście wiele rzeczy, które zmieniłbym, napisał inaczej, zastąpił czymś. Chcąc być jednak w porządku wobec Was, prezentuję opowiadanie w formie niezmienionej.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

4 komentarze:

  1. Pod względem treści jest wspaniałe jakbyś rozwinął wątki byłoby cudownie ale rozumiem ze to nie książka wiec się nie da. Jesteś cudowny, strasznie chciałabym Cię poznać. anula980@interia.pl jeśli będziesz miał czas napisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim wypadku nie pozostaje nic innego jak przyjechać na II Bydgoski Zlot Fanów HP, który zorganizujemy latem przyszłego roku ;)

      Usuń
  2. Bardzo interesujący pomysł, widać zmysł pisarski i niesamowitą wyobraźnię.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do dzisiaj wstyd mi za ten tekst. Jego widok uczy mnie pokory. :D
      Tak czy inaczej, dzięki za miłe słowa! :)

      Usuń