Tajemnice "Harry'ego Pottera" PART FIVE

Chciałem, by wpisy na temat sekretów HP ukazywały się w jakimś porządku, by miały swój własny "rytm", jednakże za każdym razem kiedy czuję, że powinienem zrobić jakąś dłuższą czy krótszą przerwę, zdaję sobie sprawę, że czekania wystarcza. Większa lub mniejsza część z Was czekała kilka lat na poznanie zakończenia czy dalszych losów Harry'ego, nie potrafiłbym się teraz zdobyć na dłuższe niż to konieczne zwlekanie z publikacją kolejnych wpisów. To już piąty wpis z tej "kategorii", a ja za każdym razem czuję, że wiem coraz mniej - nigdy nie ważyłbym się uznania się za znawcy świata "Harry'ego Pottera" i mimo, iż Rowling ujawnia wiele ciekawostek, ja nadal poszukuję czegoś więcej, informacji, które mogłyby mnie w jakiś sposób skłonić do zastanowienia. Nadal jest wiele pytań pozostawionych bez odpowiedzi, ale nie rzecz w tym, żeby to teraz roztrząsać, zwłaszcza, że czekacie pewnie na konkretną formę tej notki. W sumie dzisiaj mojego komentarza będzie niewiele, ponieważ chciałbym troszeczkę zmienić, "ulepszyć" formę i o ile to możliwe, będę przytaczał słowa Jo Rowling.

Na samym początku powiem o czymś co jest z jednej strony bardzo ciekawe, a z drugiej wkurzające. Otóż - swego czasu pojawił się problem Marka Evansa - chłopiec o takim nazwisku trafił na karty powieści o Harrym i tysiące dociekliwych fanów serii - w tym i ja - doszukiwało się głębszego znaczenia tej postaci. Było to jeszcze przed wydaniem "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi" - przekonani o tym, że nazwisko chłopca coś znaczy, wiąże go w jakiś sposób z Lily, snuliśmy refleksje, teorie na temat dalszych wydarzeń. Niektórzy sądzili nawet, że jest to tytułowy Książę Półkrwi, aczkolwiek ja obstawiałem inną postać (nieistotne ;-)). Pani Rowling zrobiła na swojej oficjalnej stronie sondę, w której można było wybrać jedno pytanie, na które miała odpowiedzieć. Po jakimś czasie okazało się, że większość osób chciała poznać "tożsamość" Marka Evansa - tymczasem odpowiedź Rowling była... hmmm... zaskakująca ?..."

"Czy postać Marka Evansa ma jakiekolwiek znaczenie?

Wcześniej nie mogłam odpowiedzieć na pytanie z głosowania, bo robiłam przygotowania mające na celu ukrycie gdzieś mojej rodziny. Zdobycie fałszywych paszportów, biletów do Boliwii w jedną stronę oraz całodobowej zbrojnej ochrony wymaga trochę czasu.

Dlaczego muszę uciekać się aż do tak desperackich kroków? Bo gdy przeczytacie odpowiedź będę musiała zniknąć dla własnego bezpieczeństwa.

Jeszcze zanim wezmę się za odpowiedź (już się domyślacie do czego zmierzam, prawda?) zacznę od przedstawienia swojej nieudolnej obrony. Po pierwsze, wszyscy wykazaliście się wielką pomysłowością snując teorie na temat Marka Evansa, więc pomyślałam, że ucieszycie się z możliwości dowiedzenia się prawdy o nim. Po drugie, bardzo starałam się nie wzbudzić w was nadziei lub oczekiwań w związku z tym pytaniem przez dodanie do niego kluczowego słowa „jakiekolwiek”. Po trzecie... nie ma nic trzeciego. Po prostu chcę zyskać na czasie.

(Bierze głęboki oddech)

Mark Evans jest...nikim. Jest nikim w takim samym sensie jak pan Prentice, Madam Marsh i Gordon, członek gangu Dudleya, są nikim. To po prostu ludzie z tła opowieści, którzy potrzebują imion, ale którzy nie mają do odegrania żadnej innej roli niż pojawienie się tam, gdzie akurat mają się pojawić. (Sprawdza czy Neil zaszczepił psa i czy Jessica spakowała już swojego Gameboya i pisze dalej.)

Nie mogę winić nikogo oprócz siebie. Syriusz Black, pani Figg i Mundungus Fletcher byli wspominani tylko mimochodem nim wtargnęli na scenę jako pełnoprawne postaci i przez to staliście się zbyt sprytni, ale nie dla waszego dobra, ale dla mojego. Prawdą jest, że gdy zwróciliście moją uwagę na ten temat, zdałam sobie sprawę z tego, że Mark Evans rzeczywiście wyglądał jak jedna z tych „oto on, po prostu zwykły przechodzień, nie trzeba się nim przejmować, założę się, że nawet go nie zauważyliście” postaci, które nagle, w połowie siódmego tomu, stają się „Ha ha! Tak, Mark Evans powraca, frajerzy, i jest kluczem do wszystkiego! To on jest Księciem Półkrwi, on jest stryjeczną babką Harry'ego, on jest potomkiem Gryffindora, mieszka na Filarze Miłości Rodzicielskiej (Pillar of Storge) i jest właścicielem Mistycznego Czajnika Nackledirka (the Mystic Kettle of Nackledirk)! (Możliwy tytuł części siódmej, muszę go zanotować.)

Więc czemu - CZEMU - (słyszę wasz krzyk) - dałam mu na nazwiko „Evans”? Cóż, uwierzcie mi, na pewno nie jest wam teraz bardziej przykro niż mi. „Evans” to pospolite nazwisko. Nie przemyślałam tego. I nawet nie próbowałam was zmylić. Równie dobrze mogłam go nazwać „Smith” czy „Jones” (lub „Black”, lub „Thomas”, lub „Brown”, co też wpędziłoby mnie w kłopoty).

Co jeszcze mogę dodać? Wiele spośród waszych teorii było bardzo przekonujących. Gdybyście tylko wiedzieli ile razy sprawdzałam wyniki głosowania z nadzieją, że któreś z innych pytań wysunie się na prowadzenie...

Cóż, to wszystko. Samochód z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi stoi już pod drzwiami, a ja jeszcze muszę przykleić brodę. Żegnajcie."
---

Nie będę tego komentował - po prostu - okazało się, iż w tej kwestii dociekliwość była martwym tropem :-)

A teraz przejdźmy do konkretów. Czy zastanawiało Was kiedyś, czemu po schwytaniu Syriusza Blacka w Hogwarcie, mimo zapewnień o jego niewinności, nie został on przesłuchany ? Dlaczego nie został mu podany najsilniejszy eliksir prawdy ? Odpowiedź na to pytanie jest dosć ciekawa:

"Veritaserum odgrywa ważną rolę w czwartym tomie, gdy prawda o Szalonookim Moodym wychodzi na jaw. Dlaczego w takim razie nie jest ono używane, np. podczas procesów, o których jest mowa w tejże książce? Sprawiłoby to, że decydowanie o takich sprawach, jak niewinność Syriusza Blacka, byłoby łatwiejsze.

Veritaserum najlepiej działa na osoby niepodejrzewające niczego, bezbronne i niezbyt dobrze przeszkolone (w taki lub inny sposób) by umieć się przed nim bronić. Zanim podano mu eliksir, Barty Crouch został zaatakowany i dlatego czuł się dość przymulony, w przeciwnym razie wykorzystałby różne sposoby, które uchroniłyby go przed działaniem tego środka - mógł zakleić sobie gardło a potem złożyć fałszywe świadectwo swojej niewinności, mógł zmienić serum w coś innego nawet zanim dotknęłoby ono jego ust lub mógł także użyc oklumencji, by nie poddać się wpływowi eliksiru. Innymi słowy, tak jak każdy inny rodzaj magii w książkach, veritaserum nie jest niezawodne. A ponieważ niektórzy czarodzieje potrafią oprzeć się jego działaniu, a inni nie, używanie serum prawdy podczas procesu jest niesprawiedliwe i niepewne.

Syiusz mógł się zgodzić na veritaserum, gdyby dano mu taką szansę, ale nikt mu tego nie zaproponował. Pan Crouch senior, opętany władzą i coraz bardziej niesprawiedliwy w stosunku do podejrzanych, wrzucił go do Azkabanu wykorzystując (rzeczywiście raczej przekonujące) zeznania naocznych świadków. Smutna prawda jest taka, że nawet jeśli Syriusz powiedziałby prawdę będąc pod wpływem tego eliksiru, pan Crouch, mógłby nadal twierdzić, że Syriusz użył jakiegoś podstępu by uodpornić się na niego."

Myślę, że jest to dość ciekawa odpowiedź na interesujące pytanie. W każdym razie daje do myślenia.

Około pół roku przed premierą "Harry Potter and the Deathly Hallows" świat okrążyła pogłoska, która głosiła, iż Rowling uśmierciła dwie nieplanowane postacie, a jedną ułaskawiła. Nie byłbym sobą, gdybym w tym momencie nie mógł pochwalić się przed Wami, że znane są nazwiska tych postaci. Nietrudno się domyślić, iż chodzi o Lupina i Tonks - pierwotnie mieli szczęśliwie dożyć końca siódmej części, jednakże ich losy zostały postawione na szali z losem... Artura Weasley'a. Tutaj zaczyna się dość ciekawa historia, ponieważ pan Weasley miał zginąć już w PIĄTYM tomie, potem autorka zdecydowała, że odbierze mu życie w tomie ostatnim. Nie potrafiła tego jednak zrobić, ponieważ jak sama uznała, pan Weasley to jedyny przykład idealnego ojca w cyklu - ojca, którego chciałby mieć każdy. Tak więc przeżył :-)

Ten wpis powoli przeradza się w małego hipopotama, dlatego na zakończenie WCZESNA STRONA Z "HARRY'EGO POTTERA I KAMIENIA FILOZOFICZNEGO", KTÓRA POWSTAŁA OK. ROKU 1991. Miłej lektury:

- Więc to Flamel wynalazł Kamień – powiedział Ron.- Nie, on go stworzył – poprawił go Harry. – był alchemikiem. To znaczy…- To ktoś kto zmienia metal w złoto – powiedziała Hermiona. Znowu miała minę „kogoś kto wie więcej niż ktokolwiek inny”. Gdy obaj spojrzeli na jej twarz, dodała – Oczywiście. Przeczytałam to w książce „Alchemia, starożytna sztuka i nauka” Argo Pirytesa.- Przeoczyłem to… - wymamrotał Ron. – i oczywiście to jedna z najtrudniejszych dziedzin magii, jaka istnieje. I zostajesz nie tylko z czystym złotem ale też z zabawnym kamieniem…- O to mi właśnie chodziło – powiedział Harry – Tak, Kamień Filozoficzny. I to działa. Utrzymuje Nicolasa Flamela i jego żonę przy życiu od pięciuset lat.- Co?- Wiem – powiedział Harry – Ale to prawda. Widzieli go w operze w Paryżu w 1762 roku i ponownie narodził się coś trzynastego.Ron zagwizdał.- Ale on już teraz nie żyje? – zapytał Ron.-Tak. – powiedział Harry – Ktoś ukradł Kamień więc nie mógł zrobić więcej Eliksiru Życia, prawda? Stworzenie kolejnego Kamienia zabiera trochę czasu, myślę, że był już za stary by wytrzymać bez Eliksiru do czasu, gdy stworzy nowy Kamień. A teraz powiem wam coś dziwnego o czym jeszcze nie wspominałem – Kamień znaleziono w Banku Gringotta, w skrytce moich rodziców.Zamiast spodziewanej reakcji, Ron i Hermiona spojrzeli się na niego dziwnie.- Co? – zapytał Harry.Ron odchrząknął, otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, a potem znowu je zamknął.- No co? – powtórzył Harry.-Więc, Harry – zaczęła Hermiona – myślę…- Co myślisz?Spojrzał na oboje, oni jednak starali się nie patrzeć mu w oczy.- Nie myślicie chyba – powiedział nagle ze złością – że to moi rodzice ukradli Kamień?- Um… - wymamrotał Ron.- Popatrzcie – powiedział wściekle Harry. – To brzmi, jakby oni zamordowali Flamela…- Oh, Harry, nigdy nie pomyśleliśmy…- Właśnie, że nie, zrobiliście to. – powiedział Harry. - Nie wiem jak kamień się tam znalazł, ale na pewno nie dzięki nim…- Masz rację – powiedział szybko Ron. – Jestem pewny, że masz rację.- Musi być jakieś oczywiste wyjaśnienie. – powiedziała Hermiona.Harry nadal nie był pewien czy mu wierzą, ale niedługo potem zadzwonił dzwonek i zakończył ich rozmowę.
--------------------------------------------------

FRAGMENT SZKICU "HARRY'EGO POTTERA I KAMIENIA FILOZOFICZNEGO", KTÓRY POWSTAŁ W 1994 R. (zwróćcie uwagę na nazwisko Malfoy'a)
… długi i ciemny loch obstawiony szklanymi słojami. W niektórych, w cieczy o barwie klejnotów pływało coś błyszczącego, w innych znajdowały się marynowane korzenie i różne części jakichś stworzeń.Harry zmienił swoje zdanie o Snapie. Na początku Uczty Powitalnej sądził, że Snape go nie lubi. Po pierwszej lekcji Eliksirów wiedział już, że się mylił. Snape go nie nie lubił – on go nienawidził.Na początku lekcji wyczytywał z dziennika nazwiska zatrzymując się na każdym i spoglądając na ucznia, kiedy ten mówił: „Jestem, panie profesorze”. Kiedy Harry odpowiedział, czarne oczy Snape’a błysnęły, a usta wykrzywiły się w uśmiechu.- Ah tak, Potter – powiedział – nasza nowa, ah, znakomitość.Draco Spungen parsknął głośno śmiechem, a w Harrym zapłonął gniew. W trakcie pierwszego roku Gryfoni i Ślizgoni mieli lekcje Eliksirów razem, co dawało mieszkańcom Gryffindoru szansę zobaczenia na własne oczy (co było tematem wielu rozmów) Snape’a wyraźnie faworyzującego członków swojego domu.Snape skończył odczytywanie listy obecności i poznawanie swoich nowych uczniów.- Jesteście tu, aby nauczyć się subtelnej nauki i sztuki tworzenia mikstur. Nie będzie tu głupiego wymachiwania różdżkami, dlatego wielu z was sprawi trudność uwierzenie, że to magia. Jak bardzo niewielu z was nie okaże się tumanami i zrozumie piękno i delikatność kipiącego kotła oraz roziskrzonej pary, delikatną moc płynów, które pełzną przez żyły, by zaczarować ciało i usidlić zmysły. Mogę was nauczyć jak uwięzić w butelce sławę, uważyc chwałę, zlewać moc i powstrzymać śmierć jeśli nie jesteście zwykłą bandą bałwanów jakich zwykle muszę nauczać.Snape przerwał, a jego błyszczące czarne oczy przeniosły się na klasę. Nikt nie wyrzekł ani słowa ani też się nie poruszył. Snape był jednym z tych nauczycieli, którzy potrafili utrzymać dyscyplinę.Hermiona Granger segregująca w kącie cieplarni z małe, grube kaktusy jęczała i uskarżała się na ból kręgosłupa.Przedmiotem , którego wszyscy oczekiwali z największą niecierpliwością była Czarna Magia, ale profesor Quirrell bardzo ich zawiódł. W jego klasie bardzo cuchnęło czosnkiem. Związane to było z historią, która zaczynała się ucieczką przed wampirem mieszkającym w Rumunii – Quirrell żył w nieustannym lęku, że ów wampir go dopadnie. Wydawał się bać swoich uczniów jak trolli, wilkołaków i wiedźm, o których im opowiadał na lekcjach; Seamus Finnigan i Dean Thomas założyli się o to ile czasu zajmie Quirrellowi wyjąknięcie słowa na lekcjach.Pani McGonagle, nauczycielka transmutacji, była zupełnym przeciwieństwem Quirrella. Była bardzo rygorystyczna i nie pozwalała nikomu rozmawiać na lekcjach.- Transmutacja jest najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą dziedziną magii. – oznajmiła na pierwszej lekcji. – Każdy kto będzie robił na lekcji z siebie błazna, opuści klasę i już do niej nie powróci.Potem zamieniła biurko w prosiaka, a prosiaka w biurko. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem.Jak zapowiadał Percy Weasley zaczęli od zapałki, którą mieli zamienić w igłę. To było naprawdę strasznie trudne. Po dwóch godzinach tylko Hermionie Granger coś z tego wyszło. Pani McGonagle pokazała klasie jej zaostrzoną i srebrzystą zapałkę i pochwaliła ją.A potem był właśnie Snape, który nauczał Eliksirów.
----------------------------------------------------

I na koniec: FRAGMENT PIERWOTNEGO ROZDZIAŁU 10 "HPiKF" (fragment podkreślony został skreślony na rękopisie przez autorkę)

NOC DUCHÓW

Malfoy nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczył nazajutrz Harry’ego i Rona w Hogwarcie, którzy wyglądali na zmęczonych ale zadowolonych.
- Powinienem mu naprawdę podziękować – powiedział Harry Ronowi – To znaczy, nie byłoby mnie w drużynie quidditcha gdyby nie on.
Profesor McGonnagall udowodniła wkrótce prawdziwość swojej obietnicy i Harry stał się dumnym posiadaczem nowego markowego Nimbusa Dwa Tysiące. Zaczął odczuwać chęć zasłużenia na swoje nazwisko, zamiast bycia rozpoznawanym przez bliznę. Trzy razy w tygodniu. Harry spędzał wieczory na stadionie do quidditcha z resztą drużyny ucząc się gry o zmroku. Wood był zachwycony postępami Harry’ego. Po paru tygodniach przestał nazywać go „nowym Charliem Weasley’em” i zaczął mówić ludziom „Mam lepszego szukającego niż Charlie Weasley”.

Być może z powodu nawału zajęć, Harry nie mógł uwierzyć, że jest już w Hogwarcie prawie dwa miesiące. W zamku czuł się jak w domu, inaczej niż kiedykolwiek na Privet Drive. Harry miał tez kolejny powód by znów podziękować Malfoy’owi. Teraz kiedy otrząsnęli się z szoku, on i Ron uważali spotkanie z trójgłowym psem za wspaniałą przygodę. Z niecierpliwością czekali na kolejną, chociaż inni wydawali się myśleć zupełnie inaczej. Neville’a dręczyły koszmary z psem, a Hermiona Granger nie odzywała się do Harry’ego i Rona, ale robiła takie wszechwiedzące miny, że uznali to za okoliczność sprzyjającą.

Trudno powiedzieć, które z nich, Ron czy Hermiona, było bardziej niezadowolone gdy profesor Flitwick kazał im razem ćwiczyć tego dnia na Zaklęciach. Co najgorsze, tego dnia skończyli całą nudną teorię i mieli sprawić by przedmioty latały, co dla każdego było bardzo ekscytujące.

- Proszę nie zapominać o tym lekkim ruchu nadgarstka, który ćwiczyliśmy! – zaskrzeczał profesor Flitwick, usadowiony jak zwykle na stosie książek. – Smagnąć i poderwać, pamiętajcie smagnąć i poderwać. I wypowiadajcie zaklęcie dokładnie, to też bardzo ważne… Nie zapominajcie o czarodzieju Baruffio, który powiedział „s” zamiast „f” i znalazł się na podłodze, z bawołem na klatce piersiowej…

Było to bardzo trudne. Harry i Seamus smagali i podrywali, ale piórko, które mieli zaczarować, nadal leżało na stole. Seamus tak się zniecierpliwił, że dotknął go różdżką, co spowodowało, że się zapaliło – Harry ugasił je swoją tiarą.

Ronowi, przy sąsiednim stole też nie dopisywało szczęście.

- Wingardium leviosa! – krzyczał wymachując ramionami jak wiatrak.

- Źle to wypowiadasz – Harry usłyszał prychnięcie Hermiony - To jest Wing – gar – dium Levi-o-sa . „Gar” musi być melodyjne i długie…

- Zrób to sama, skoro jesteś taka mądra – warknął Ron.

Hermiona podwinęła rękawy szaty, smagnęła różdżką i powiedziała:

- Wigardium leviosa!

Piórko uniosło się i zawisło jakieś cztery stopy nad ich głowami.

- Wspaniale! – krzyknął profesor Flitwick, klaszcząc w dłonie – Niech wszyscy popatrzą, pannie Granger się udało!

Ron był markotny do końca lekcji.

- Nic dziwnego, że nikt nie może jej znieść – powiedział do Harry’ego, kiedy przeciskali się przez zatłoczony korytarz. – Ona jest koszmarna, naprawdę.

Ktoś wpadł na Harry’ego w tłoku. To była Hermiona. Harry zobaczył jej twarz i zaniepokoił się, widząc, że jest zalana łzami.

*****************************

To już koniec na dzisiaj, zdziwi Was pewnie, że nie ma zapowiedzi następnego wpisu - nie martwcie się jednak - następne wpisy już się "robią". Trzymajcie się ciepło, zapraszam do komentowania.

Daniel
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze: