Rozdział 5.

Przez cały wieczór Adam wyglądał przez brudne okno, mając nadzieję, że zobaczy wychodzącego z domu Danfortha. Na próżno. Kiedy już ustąpił pierwszy atak wściekłości, młodzieniec uchylił nieco drzwi swojego pokoju i starał się podsłuchać o czym jego matka rozmawia z mężczyzną. Być może to podchodziło już pod paranoję, ale chłopak był niemal pewny, że matka tylko przy nim jest taka cicha i nieprzystępna, natomiast bardzo dobrze rozmawia jej się z tym dziwnym facetem. Adamowi bardzo zależało, by usłyszeć o czym tak sobie gawędzą. Choć nie spędził w tym domu nawet jednej doby, już planował wyprowadzkę. Jego plan był prosty. Chciał odebrać swoją własność z pokoju Danfortha i wynieść się z domu. Liczył na to, że puszcza w końcu gdzieś się skończy i być może uda mu się dotrzeć do jakiegoś miasteczka bądź miasta, z którego będzie mógł wyjechać do domu. Do swojego prawdziwego domu. Choć targały nim sprzeczne emocje, uważał, że lepiej będzie stawić czoła policji i wyjaśnić zaistniałą sprawę, aniżeli ukrywać się w tej norze jak jakiś kryminalista. Postanowione. Jeszcze dziś opuści to okropne miejsce. 
Gdy tak siedział w swoim pokoju i rozmyślał nad planem, usłyszał czyjeś kroki za drzwiami. Rozległo się ciche pukanie. Adam nie zamierzał na nie odpowiadać i wcale nie musiał, ponieważ po chwili drzwi się otworzyły i do jego pokoju weszła Elizabeth. Młodzieniec obrzucił ją gniewnym spojrzeniem i prychnął. O dziwo, matka zaśmiała się:
- Już jako dziecko w ten sposób wyrażałeś swoje niezadowolenie… - powiedziała i przysiadła na skraju łóżka, kilka cali od Adama, który automatycznie wbił swój wzrok w ścianę, jak gdyby chciał ją nim skruszyć. – Niepotrzebnie się złościsz. Boimy się o ciebie…
- I to jest usprawiedliwienie dla tego, że obcy facet miesza się w moje życie? – prychnął ze złością Adam.
- Adalbert był bliskim przyjacielem twojego ojca…
- Więc nienawidzi mnie za to, że wyrzuciłem go z domu i wini za jego śmierć? 
- Jeszcze przyjdzie czas, kiedy wszystkiego się dowiesz. – Kiedy Adam chciał jej przerwać kolejnym pogardliwym prychnięciem, szybko dodała:
– Na razie musisz być cierpliwy. To bardzo trudna sytuacja. Dla nas wszystkich…
Adam zastanawiał się, co zrobi matka, kiedy uświadomi sobie rano, że nie ma go już w tym domu. Czy będzie jej go brakowało czy poczuje ulgę, ponieważ pozbędzie się ciężaru? W końcu to on, Adam, jest powodem, dla którego się tu znaleźli. Kiedy zniknie, matka nie będzie miała już powodu, by się dalej ukrywać.
Chłopak wciąż ignorował wszystkie słowa Elizabeth. Nie zamierzał jej słuchać, ani nawet brać pod uwagę tego, co mówiła. On dla niej poświęcił wszystko, a ona nawet nie potrafiła mu wyjaśnić, co się naprawdę dzieje. Adam nienawidził tego uczucia. Prawnie był już osobą dorosłą, a jego matka i jakiś obcy typ, traktują go jak rozkapryszone dziecko. Bardzo żałował, że przystał na tę przeprowadzkę. Gdyby mógł cofnąć czas, na pewno nie ruszyłby się z domu. 
Elizabeth widząc, że niczego nie wskóra swoim monologiem wstała z łóżka i podeszła do drzwi.
- Chcę odzyskać moją własność – wycedził chłodno Adam.
- W swoim czasie – rzuciła krótko Elizabeth i wyszła, pozostawiając syna z burzą nieuporządkowanych myśli i szybko bijącym ze zdenerwowania sercem. 
Cicho jak kot, Adam wyszedł ze swojego pokoju w środku nocy. Choć przez cały wieczór wyczekiwał wyjścia Danfortha z domu, by mieć sposobność do zajrzenia do jego pokoju i odebrania swojego telefonu, ta chwila nie nastąpiła. Ostatecznie, kiedy było po drugiej w nocy, uznał, że nie ma na co dłużej czekać. Po raz ostatni przeliczył swoje oszczędności i zabrał torbę. W domu było cicho i ciemno. Starając się poruszać jak najciszej, zszedł po schodach, przeszedł przez długi korytarz i wyszedł na zewnątrz. Chłodny podmuch omiótł jego twarz. Noc była jasna – na niebie nie było ani jednej chmury, zaś księżyc mocno świecił. Nie bez strachu, Adam skierował się w stronę lasu. Serce waliło mu jak młotem, kiedy wkraczał w bezkresną ciemność potykając się co kilka kroków o wystające z ziemi korzenie drzew. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się przerażony i bezradny. Nawet w dzień obawiał się czy udałoby mu się pokonać ten las, a co dopiero w nocy, kiedy w zasadzie niewiele widział. Starając się zachować spokój, szedł przed siebie i wzdrygał na każdy niespodziewany dźwięk. Spojrzał na zegarek. Wyszedł z domu zaledwie dwadzieścia minut temu, choć wydawało mu się, jakby przemierzał gstwinę już przez dobre dwie godziny. Z każdą sekundą nadzieja opuszczała go coraz bardziej. Nabierał pewności, że jeśli zaraz nie zawróci do domu, to zgubi się w tej olbrzymiej puszczy. Jego plan się nie powiódł. Musiał teraz wymyślić coś nowego. Być może odpowiednią drogą była ta, którą przyjechał do tego nowego domu z matką i Adalbertem. Adam zatrzymał się i zaczął rozglądać dokoła. Miał już przestąpić kolejny krok przed siebie, kiedy niedaleko usłyszał szmer, jak gdyby coś zbliżało się do niego… Próbował dojrzeć w ciemności źródło owego odgłosu, jednak niczego nie zauważył. Mimo to miał przeczucie, że nie jest tu sam. Serce waliło mu tak mocno, że obawiał się, iż słychać je w całym lesie. Jeszcze przez kilka chwil wahał się. Gdy już zbierał się na odwagę, aby zrobić krok do przodu, nogi odmawiały mu posłuszeństwa ciążąc bezlitośnie jak gdyby odlane były z ołowiu. Adam zamykał oczy i starał się odzyskać panowanie nad sobą i uspokoić oddech. Na próżno. Nigdy nie był dobry w te klocki, dlatego wierzył, że będąc poddanym badaniu wariografem, osoba sprawdzająca go miałaby odpowiedzi podane na srebrnej tacy. Jeszcze kilka razy zbierał w sobie odwagę jak nieśmiałe dziecko, które siedząc w szkolnej ławce chce zapytać nauczycielkę czy może wyjść do ubikacji, jednak nieopisany lęk uniemożliwia mu to. Otwiera wówczas usta i w myślach słyszy jak zadaje to pytanie, ale ostatecznie i tak popuszcza w majtki, bo nie odważa się zapytać na głos. Tak właśnie czuł się teraz Adam – myślami robił już nie jeden, a kilkanaście kroków do przodu, ale fizycznie nadal stał w miejscu jak sparaliżowany. Dopiero po chwili, która zdawała się trwać wieczność, uniósł nogę i przestąpił krok do przodu. Nadepnąwszy na suchą gałązkę, podskoczył słysząc donośny trzask rozlegający się spod jego stopy. Wtedy ponownie usłyszał dziwny odgłos. Wytężając wzrok, dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach – parę wielkich, świecących w ciemności oczu. Chłopak mimowolnie zaczął się trząść, a na jego rękach wystąpiła gęsia skórka. Do oczu napłynęły mu łzy strachu, a na czole perlił się pot. Stał sparaliżowany, kiedy z ciemności wyłoniła się kolejna para błyszczących ślepiów i kolejna, i kolejna. Wilki otaczały młodzieńca. Jedyne co słyszał, to ciche warczenie, którego dźwięk sprawiał, że pod Adamem uginały się kolana. Starając się nie poruszyć, by nie sprowokować zwierząt do ataku, zacisnął mocno powieki i stał. Całą siłą woli zmusił się, by nie poruszyć dłonią, kiedy na jej zewnętrznej stronie poczuł gorący oddech. A więc tak wygląda jego koniec. Zginie tu, w lesie, rozszarpany przez sforę wygłodniałych wilków. Wciąż zaciskając powieki, spod których spływały mu na policzki łzy, czekał na najgorsze. Sekundy wyczekiwania zdawały się trwać wieczność. Ale nic się nie działo. Kiedy Adam zmusił się w końcu do otwarcia oczu, przeżył niemałe zaskoczenie. Po zwierzętach nie było ani śladu. To jednak wcale nie uspokoiło chłopaka, lecz jeszcze bardziej wzmogło jego lęk. Szybko zaczął wycofywać się z lasu. Mając do wyboru pewną śmierć ze strony wilków lub Adalberta, zdecydowanie wolał Adalberta. W tej chwili nie liczyły się już żadne wzajemne animozje. Adam chciał po prostu przeżyć. Nie ważne za jaką cenę. Łzy wciąż spływały mu po policzkach, a on nie miał nad nimi żadnej kontroli. Brnął przed siebie ciężko dysząc, aż w końcu kilkanaście stóp przed sobą zobaczył prześwit między drzewami. Miał niebywałe szczęście – choć mógł zgubić się w ciągnącej się w nieskończoność puszczy i bezskutecznie godzinami szukać z niej wyjścia, udało mu się z niej wydostać. Dotarł na polanę. Jednak, kiedy na nią wyszedł, serce po raz kolejny tej nocy podskoczyło mu do gardła. Choć Adam był pewny, że wraca dokładnie tą samą drogą, którą tu przybył, okazało się, że zrobił dość duże koło i znalazł się przed chatą starego weterana wojennego. Co gorsze, w blasku księżyca chłopak dostrzegł starca gładzącego dziko rosnące za jego domem róże. Mężczyzna zdawał się w ogóle nie zauważyć chłopaka. Mamrotał jedynie pod nosem coś o córce, ale Adam nie zamierzał przysłuchiwać się jego monologowi. Cicho wycofał się i obszedł chatę w bezpiecznej odległości. Po raz pierwszy poczuł ulgę wchodząc do domu Adalberta Danfortha. Wróciwszy po cichy do swojego pokoju, rzucił torbę na krzesło przy biurku, padł na kolana i zaczął głośno płakać. Jeszcze kilkanaście minut temu był niesamowicie bliski śmierci, a teraz mógł cieszyć się życiem i dziękować za nie Bogu. Tej nocy nic nie mogło sprawić, by Adam zasnął. Ilekroć udało mu się przymknąć zmęczone oczy, widział jasne ślepia jarzące się w ciemności i czuł gorący oddech na swojej dłoni. Dopiero przed świtem wykończony chłopak zapadł w sen.

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz