Rozdział 4.


Jen nie odebrała telefonu od brata. Choć Adam próbował kilka razy dodzwonić się do niej, ciągle słyszał dźwięk poczty głosowej. Zastanawiał się, czy siostra już wie i czy to jest powodem, dla którego nie odbiera od niego telefonu. Choć możliwe też, że była właśnie zajęta pracą na polu. W końcu nadszedł czas zbiorów. Choć Farleyowie prowadzili biznes od lat, zatrudniali bardzo niewielu pracowników i w zasadzie polegali teraz już tylko na Jennifer, która przez niemal dwa lata pracy w ich gospodarstwie nabyła i doświadczenia i umiejętności. Po kolejnym nieudanym połączeniu, Adam się poddał i wsunął telefon do kieszeni. Miał nadzieję, że dziewczyna oddzwoni. Choć nawet gdyby tak było, możliwe, że się nie dodzwoni. Adam musiał się sporo natrudzić, żeby złapać zasięg na tym odludziu. Postanowił więc, że spróbuje zadzwonić do Jennifer jeszcze później, tymczasem skierował swoje kroki w stronę położonej nieopodal chatki. Była to jeszcze większa ruina od tej, w której Adamowi i jego matce przyszło teraz mieszkać. Drewno, z którego domek był zbudowany, było wyraźnie spróchniałe, ponadto w jednym z okien brakowało szyby, a pilśniowa dykta zasłaniająca okno była wypaczona od wilgoci. Adam nie bardzo chciał zbliżać się do drzwi, dlatego obszedł w bezpiecznej odległości dom dookoła i dostrzegł pnącze dzikiej róży rosnącej tuż za domem i opierającej się na jego ścianie. Chłopak po raz kolejny tego dnia poczuł się skonfundowany. Jakkolwiek sam dom i jego okolice były strasznie zaniedbane, o tyle krzew zdawał się być bardzo zadbany i wypielęgnowany. Nim Adam zdołał zwrócić jeszcze na coś swoją uwagę, usłyszał szczęk otwieranych drzwi i ujrzał wychodzącego ze środka Adalberta. Mężczyzna trzymał w dłoni brudny, przypalony garnek. Wyraźnie się skrzywił, kiedy zobaczył Adama.
    - Nie ma tu czego szukać – rzucił oschle.
Ale Adam wlepił w brodacza badawcze spojrzenie i zapytał:
    - Kto tutaj mieszka?
Danforth nie wyglądał na zadowolonego z pytania, choć odpowiedział normalnym, niemal delikatnym tonem:
    - Starzec. Weteran wojenny. Całkowicie pomieszało mu się w głowie. Nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest prawdziwe, a co nie. Pomagam mu i przynoszę jedzenie – wskazał głową na niesiony przez siebie garnek.

Adam był zaskoczony postawą swojego gospodarza. Poczuł lekkie ukłucie wstydu. Najwyraźniej źle robił traktując Adalberta tak ozięble. W końcu, gdyby był taki zły, na pewno nie pomagałby ześwirowanemu dziadkowi. Choć żaden z nich nic już nie powiedział, wrócili w milczeniu do domu czując, że być może w tej chwili zaczęła się rodzić jakaś więź między nimi. Adam nie czuł już takiego żalu wobec mężczyzny. Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, zaczął nawet doceniać jego pomoc i starania, choć nadal trudno mu było przystosować się do nowych warunków życiowych.

Kiedy wrócili do domu, Adalbert udał się do swojego pokoju, a Adam postanowił jeszcze raz spróbować porozmawiać z matką:
    - Kontaktowałaś się już z Jennifer? – zapytał spokojnie kładąc dłoń na dłoni matki, która jak zwykle siedziała przy kuchennym stole.
Milczenie.
    - Odpowiedz mi. Czy kontaktowałaś się już z Jennifer?
Tym razem matka odpowiedziała po chwili:
    - Nie. I nie wolno ci się z nią kontaktować.
Adam myślał, że się przesłyszał lub że matka postradała rozum, choć wpatrywała się w niego bardzo przytomnie, a z jej oczu raziła determinacja.
    - Czemu zabraniasz mi kontaktów z siostrą? Czemu sama do niej nie zadzwonisz i nie wyjaśnisz wszystkiego?!
Mimo, że Adam obiecywał sobie zachować spokój, nie potrafił zareagować inaczej niż gniewem na kolejne idiotyzmy wymyślone przez matkę. Może najlepiej w ogóle odciąć się od rodziny i udawać martwych? Nim otworzył usta, matka chwyciła go za dłoń zaciśniętą już w pięść i przysunęła twarz do jego twarzy:
    - Musisz zrozumieć, że tak będzie najlepiej. Musisz nam zaufać!
No tak. A już prawie polubił Danfortha! Teraz okazuje się, że on i matka knują coś za jego plecami i traktują jak gówniarza. Chciał odpowiedzieć coś matce, ale w tej chwili do kuchni wkroczył Adalbert. Adam wiedział, że nie ma sensu się kłócić, kiedy szanse nie są równe. Dwóch na jednego. Odpuścił, choć poprzysiągł sobie, że jak tylko mężczyzna wyjdzie z domu, przyciśnie matkę do muru i zmusi ją do wyjawienia prawdy. Póki co, zdobył się jedynie na wyrwanie ręki z uścisku kobiety i wyjście na zewnątrz. Akurat w tym momencie w głębi jego kieszeni zadźwięczała cicha melodyjka. Adam szybko wydobył telefon i odebrał. Dzwoniła Jen. O dziwo, w przeciwieństwie do ich poprzedniej rozmowy telefonicznej, teraz była dużo bardziej opanowana.
    - Tak, wiem o ojcu – odpowiedziała, kiedy Adam zaczął się tłumaczyć. – I wiem, że to nie twoja wina… Słuchaj… Najlepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będziemy się ze sobą kontaktować…

Ostatnie słowa wstrząsnęły Adamem do głębi. Choć protestował, nie zdążył nawet powiedzieć siostrze o nagłej i niespodziewanej przeprowadzce, ponieważ ta najzwyczajniej w świecie się rozłączyła. I tak ostatnie pokłady nadziei opuściły Adama. Sądził, że gorzej już być nie może. Mylił się. Kiedy wrócił do domu, przy wejściu czekał na niego Danforth. Miał śmiertelnie poważną minę.
    - Oddaj mi swój telefon komórkowy – powiedział cicho wyciągając dłoń w kierunku Adama.
Ten nie zareagował.
    - To chyba jakiś żart – odpowiedział po chwili.
    - Nie, to nie jest żart. Masz mi w tej chwili oddać telefon, albo odbiorę ci go siłą.
Adam stał jak wryty. Do jego świadomości nadal nie docierały słowa Danfortha. Ten stary dziad nie tylko wtargnął z buciorami do jego życia i zaczął mu je wywracać do góry nogami, ale i zachowywał się wobec niego jak ojciec w stosunku do niesfornego dziecka, które zasługuje na karę.

Adam ani myślał ustąpić, kiedy mężczyzna jeszcze raz powtórzył polecenie, ale wtedy w drzwiach pojawiła się Elizabeth.

- Oddaj telefon Adalbertowi, Adamie – powiedziała. – To dla twojego dobra. Chyba nie chcesz, żeby policja odszukała cię dzięki namierzeniu twojego telefonu, prawda?

„Gówno prawda”, pomyślał Adam. „Po prostu chcecie mnie oderwać od całego świata i zamknąć w tej ruderze, bym tu zdechł”. Wiedząc jednak, że nie wygra tej nierównej walki, chłopak wepchnął telefon w rękę dryblasa i bez słowa go minął wchodząc do środka. Nie zwracając uwagi na zastawiony na kolację stół, wszedł po schodach na górę i zamknął się w swoim pokoju trzaskając głośno drzwiami.

Nie zamierzał tak zostawić tej sprawy. Nie pozwoli się tak traktować. Adam zamierzał wykraść swój telefon, kiedy tylko Danforth wyjdzie z domu. Był pewien, że brodacz zostawi go u siebie w pokoju. Jednego Adam był pewny – długo w tym domu nie pozostanie. Dość już miał bycia więźniem.
Kiedy o tym pomyślał, uporczywa, bolesna myśl ugodziła go w tył głowy: „Ale i tak będziesz więźniem. Czy tu czy w prawdziwym więzieniu, kiedy złapie cię policja i oskarży o zabójstwo ojca”. Gorzej być już nie mogło.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz