Rozdział 1.

Pędzący samochód wjechał w zakręt z ostrym piskiem opon. Powoli zbliżał się do lasu – droga była wąska i nierówna – pojazd, co chwilę podskakiwał na wystających kamieniach bądź wjeżdżał w dziury, co wywoływało mocne wstrząsy. Kierowca prowadził w pełnym skupieniu, na jego twarzy malowała się chłodna determinacja. Żaden z jego pasażerów nie odzywał się ani słowem, kiedy po raz kolejny i kolejny musieli chronić głowy przed uderzeniem nimi w dach samochodu. Kobieta siedząca na miejscu pasażera rzucała tylko przerażone spojrzenie na prowadzącego pojazd, młodzieniec siedzący z tyłu zdawał się za to w ogóle nie zwracać uwagi na otaczający go świat. I nikt nie powinien mu się dziwić – właśnie rozpadło się jego życie, czuł, że stracił wszystko i w zasadzie nie spodziewał się, by mogło być jeszcze gorzej. Siedział drętwo na tylnym siedzeniu i wpatrywał się w szybę – za oknem nie było nic widać, las zdawał się być jedynie wielką rozmazaną plamą czarnych kształtów przemykających z boku. I któż by pomyślał, że jeszcze kilka dni temu nic nie wskazywało na to, że będzie musiał w kilka minut zdecydować się na przeprowadzkę, w zasadzie na ucieczkę z miejsca, w którym spędził dziewiętnaście lat. Myśli kłębiły mu się w głowie, jedna przepychała drugą tworząc chaotyczny obraz niedawnych wydarzeń… Adamowi w uszach wciąż brzęczał dźwięk tłuczonego szkła, który wyrwał go ze snu niespełna tydzień temu. Automatycznie zerwał się wtedy z łóżka i pognał przez przedpokój do pokoju rodziców. Wpadł do środka niczym pocisk wystrzelony z armaty popychając gwałtownie drzwi, które z głośnym hukiem uderzyły w ścianę. Widok, który ujrzał zmroził mu krew w żyłach. Przed nim rozgrywała się dramatyczna scena – matka klęczała na podłodze zalana łzami, zaś wyraźnie wściekły ojciec stał nad nią patrząc wzrokiem pełnym nienawiści. Na podłodze było pełno szkła – Adam zauważył brak wielkiego, kryształowego wazonu, który stał zwykle na dolnej płycie meblościanki. Myśląc chaotycznie zdołał po niedługiej chwili poskładać obrazek w jedną całość – kolejna kłótnia rodziców, jednak tym razem ojciec napadł na matkę, być może nawet ją uderzył, a podczas szamotaniny lub z nerwów roztrzaskał wazon… Ta myśl wzbudziła w młodzieńcu furię, której nie potrafił powstrzymać – rzucił się w kierunku ojca, jednak matka szybko zerwała się z ziemi i stanęła mu na drodze. 
    - Zabiję cię! – krzyczał usiłując odepchnąć kobietę. – Ty podła kreaturo! Zabiję!
Chciał złapać swojego ojca za gardło, przygwoździć do ściany, uderzyć, udusić. Miarka się przebrała, więcej już nie pozwoli na takie traktowanie swojej matki. Ojciec stał przed nim wpatrując się ze zdziwieniem w scenę, która się przed nim rozgrywała i w której uczestniczył. Zdawało się, jakby nie mógł uwierzyć, iż jego syn jest zdolny na tak gwałtowną i agresywną reakcję. Cofał się powoli bez słowa, a przez jego twarz przebiegł słaby cień uśmiechu. To przelało czarę goryczy – Adam już bez najmniejszego problemu wyrwał się z uścisku matki i niczym tygrys skoczył do przodu. Siła z jaką natarł na ojca odebrała im obojgu równowagę – zwalili się na meblościankę zrzucając przy tym masę porcelanowych filiżanek i podstawek na podłogę. Dookoła słychać było trzask tłuczonego szkła, wszędzie walały się jego odłamki. Choć zrozpaczona matka i żona starała się odciągnąć syna od ojca, jej próby na niewiele się zdawały. Zrozpaczony Adam próbował zmusić ojca do tego, by go uderzył – strasznie irytowało go, że ten w zasadzie niczego nie robi – poddał mu się i wyglądało na to, że tylko czeka na koniec. Rozwścieczony chłopak wstał, łzy spływały po jego policzkach, usta wykrzywiały się w geście rozpaczy i bezsilnej nienawiści.
    - Wynoś się… - powiedział cicho do leżącego Johna, który lekko podpierał się ręką próbując wstać. 
Adam starał się wyzbyć wszelkiej litości, nie mógł sobie pozwolić w tej chwili na jakiekolwiek wątpliwości, ani chwilę słabości.
    - WYNOŚ SIĘ STĄD! I NIE WRACAJ! – ryknął na całe gardło.
Ojciec posłusznie wstał, młodzieniec zacisnął pięści przygotowując się do odparcia ewentualnego ataku z jego strony. Ten jednak nie nastąpił. Mężczyzna potulnie minął go, założył buty i po raz ostatni obrócił się w stronę syna i żony. Adam przeżył wstrząs – zauważył, że oczy ojca są wypełnione łzami. Miał też przez chwilę wrażenie, iż chce on coś powiedzieć przed wyjściem, jednak zabrakło mu na to odwagi. Po chwili John wyszedł z mieszkania. Drzwi zamknęły się za nim z cichym, żałosnym skrzypnięciem – jakby zawodziły nad tragedią, która właśnie wydarzyła się w domu Wittnerów. 
Największy koszmar przyniosły jednak następne dni. Adamem targały wielkie wyrzuty sumienia, miał do siebie żal za utratę kontroli – w gruncie rzeczy nie chciał zrobić ojcu krzywdy, ale w chwili, kiedy wyobraził sobie jak podnosi on rękę na matkę, wściekłość wgryzła mu się we wnętrzności, zaczęła rozrywać go od środka – nie mógł zapanować nad potworem usiłującym wyrwać się z jego piersi. Musiał dać mu swobodę działania, stąd brak kontroli. Ale teraz, po odejściu, a w zasadzie wyrzuceniu Johna z domu, wcale nie było lepiej. Matka nie powiedziała Adamowi czy ojciec ją uderzył czy nie, jednak zdawała się być kompletnie przybita zaistniałą sytuacją, jak gdyby to ona odpowiadała za nieszczęścia, które ich dotknęły. A prawda była taka, że to wszystko od początku do końca była wina jej męża – byłego policjanta, zasłużonego w walce z przestępcami i papierkowej robocie. Niemal dwa lata temu idylliczne życie Wittnerów dobiegło końca, kiedy John nie wrócił do domu. Adam i jego matka otrzymali telefon z pogotowia, z którego dowiedzieli się o wypadku samochodowym, w wyniku którego jakiś piętnastolatek stracił życie. John nigdy nie podźwignął się po tym felernym zajściu – najpierw zamknął się w sobie, potem zaczął pić, a potem rozpoczęły się nieustające awantury i kłótnie w domu. Z kochającego męża i ojca przeistoczył się w tyrana, wiecznie szukającego zaczepki alkoholika. W konsekwencji stracił niedługo potem pracę i całe dnie spędzał poza domem, by wieczorami wracać i awanturować się o byle co. I tak wyglądał każdy kolejny dzień. Teraz mieszkanie wypełniała wszechobecna cisza – w powietrzu wyczuwalne było poczucie straty i żalu, ale czasu cofnąć się nie dało. A nawet gdyby był na to sposób, Adam musiałby postąpić tak samo – dla dobra swojego i matki. 

Nagła ciemność wyrwała młodzieńca z zamyślenia – rozejrzał się po wnętrzu samochodu, by po chwili zdać sobie sprawę, że wszystkie światła zgasły – nie paliły się nawet przednie reflektory. Kierowca nie wydawał się być tym absolutnie zaskoczony – sam je zgasił przy wjeździe do lasu. Adama interesowało tylko, po co to zrobił, ale bał się zapytać – zresztą, czy dziwactwa tego starego wariata muszą go interesować? Grunt to dojechać na miejsce w jednym kawałku. Skoro gość widzi w ciemności, to chyba dobrze – Adamowi było to obojętne. I pomyśleć, że mógł teraz spokojnie zasypiać w swoim łóżku – dochodziła pierwsza w nocy…

Ale po odejściu ojca sprawy się skomplikowały. Zaczęły się głuche telefony – po podniesieniu słuchawki, z drugiej strony słychać było tylko oddech milczącego rozmówcy. Pewnym było, że to dzwoni John – nie ma się gdzie podziać, więc stara się załagodzić jakoś sprawę. Dlaczego jednak wobec tego nie odzywa się do słuchawki? Czemu mają służyć te ciągłe telefony i nękania? Adam niejednokrotnie rzucał słuchawką, kiedy kolejny raz z rzędu odpowiadał mu cichy oddech po drugiej stronie. Ojciec przestał dzwonić, kiedy chłopak nie wytrzymał i pozwolił sobie puścić wiązankę przekleństw – wylewał z siebie wszystkie emocje, wielokrotnie nazwał Johna tchórzem i życiowym nieudacznikiem – był pewny, że przynajmniej niektóre z obelg, którymi się posłużył w tej „rozmowie”, powinny były wywołać gwałtowną reakcję jego rodzica. Ten jednak nie wypowiedział ani słowa, choć od tamtego momentu nie zadzwonił już ani razu więcej. Ale to wcale nie był koniec komplikacji – następnego dnia w drzwiach mieszkania pojawił się listonosz, który nie zgodził się wydać Adamowi listu, tłumacząc się, że sytuacja jest wyjątkowa i tylko pani Elizabeth może pokwitować odbiór. Chłopakowi trudno było przekonać ją do tego – od „wyprowadzki” ojca matka stała się całkowicie nieobecna duchem – teraz kategorycznie odmawiała podejścia do drzwi. W końcu – po trwającej blisko dziesięć minut batalii z synem, dla świętego spokoju postanowiła pokwitować odbiór przesyłki. Zniecierpliwiony listonosz spojrzał na nią z politowaniem, kiedy uchyliła przed nim drzwi. Wyglądała naprawdę żałośnie w pobrudzonym szlafroku. Bez zbędnych słów podpisała świstek, który jej podstawił i odebrała list, po czym bez słowa zamknęła drzwi. Z tego, co udało się zauważyć Adamowi, koperta wypisana była bardzo niedbałym i niewyraźnym pismem. Gdyby nie to, że widział wcześniej, przed laty, pismo swojego ojca na raportach policyjnych, pewnie by go w ogóle nie rozpoznał. 
    - To od ojca… - powiedział wskazując na kopertę, którą matka trzymała w dłoni. 
To stwierdzenie wyrwało ją z amoku – szybko rozerwała papier i wyciągnęła ze środka kartkę. Adam próbował dojrzeć, co jest na niej napisane, jednak reakcja matki bardzo go zaskoczyła. Kobieta odepchnęła go na bok i pobiegła z listem do łazienki. Minęło kilkanaście minut zanim stamtąd wyszła. W międzyczasie ze środka dochodziły tylko odgłosy szlochu i szurania. Chłopaka bardzo to niepokoiło – kilka razy dobijał się do drzwi i kiedy zdecydował się na ich wyważenie, niespodziewanie zamek kliknął i drzwi się otworzyły. Nie spodziewał się widoku, który ujrzał. Matka wyszła z łazienki szybkim i zdecydowanym krokiem – na jej policzkach widniały ślady po łzach, jednak nie wyglądała na załamaną – raczej na zdeterminowaną.
    - Wyprowadzamy się. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy.
Adamowi zrobiło się gorąco, żołądek podskoczył mu do gardła, zaś grunt pod jego stopami zdawał się rozstępować. Stał jak wryty próbując poskładać to wszystko w jedną całość.
    - Co?… Ale… Jak to wyprowadzamy?
Matka spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby był pięciolatkiem, który wciąż moczy się w łóżku:
    - Nie dyskutuj! 
Chłopak stał przez chwilę wryty jak posąg i gotów już był spełnić jej polecenie, jednak po chwili dotarło do niego, że ogarnia go złość. 
    - Co było w tym liście? O co chodzi?
Kobieta spojrzała na niego ponownie tym samym wzrokiem, co uprzednio, ale nie odpowiedziała.
   - Chcę wiedzieć! – krzyknął Adam. Czuł, że nie może w tej chwili ustąpić – bo co, nagle ma rzucać wszystko, bo jego przegrany tatuś napisał coś głupiego do matki? Nie – tak łatwo i bezpretensjonalnie nie będzie. – Chcę wiedzieć, co było w liście.
    - Zapomnij o liście. Wyprowadzamy się. Za dwie godziny przyjedzie po nas człowiek, który zabierze nas do nowego domu.
Tego było już za wiele – Adam nie zamierzał pozwolić na to, żeby ktoś decydował o jego życiu i cokolwiek mu nakazywał – w końcu jest już pełnoletni i dorosły – nie pozwoli na to, by traktowano go jak gówniarza.
    - Nigdzie się nie wyprowadzam. Nie chcesz mi powiedzieć, o co chodzi, więc ja tu zostaję. 
   - Nie zapominaj, kim dla ciebie jestem. – Elizabeth starała się mówić bardzo zdecydowanie, jednak w pewnym momencie jej głos zadrżał i młodzieniec wyczuł w nim niepokój. Wiedział, że wygrał – matka do niczego go nie zmusi – albo powie mu całą prawdę i wyjawi powody, które mają go skłonić do tej przeprowadzki, albo żadnej przeprowadzki nie będzie.

Chyba żadne z nich – ani matka, ani syn – nie wiedziało, kiedy zaczęli się ze sobą kłócić – Adam żądał prawdy, kobieta zaś wyraźnie nie chciała mu jej wyjawić. Kiedy zaś chłopak poprosił ją o list, ta powiedziała, że zniszczyła go i spuściła w klozecie. Tego było już za wiele – nieświadom pobudek swojego rodzica, Adam postanowił okazać protest wobec decyzji podjętej za jego plecami i wbrew niemu, zamykając się w pokoju. Matka dobijała się do drzwi przez ponad godzinę. Okazało się, że nie żartowała z przybyciem człowieka, który miał ich zawieźć do nowego domu. Słysząc otwieranie drzwi i niewyraźny męski głos, Adam otworzył drzwi swojego pokoju. W przedpokoju stał wysoki, czarnowłosy mężczyzna – na oko miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat. Był dość krępy, czarna broda dodawała mu jeszcze więcej powagi – raczej niewielu ludzi chciałoby mu podpaść. Mężczyzna najwyraźniej dowiedział się już od Elizabeth, że wystąpiły jakieś komplikacje, bo od razu przerzucił z niej wzrok na niego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, skupił swoje jasne, niebieskie oczy, które zdawały się zachodzić delikatną mgłą, na chłopaka i powiedział niewyraźnie:
    - Kawaler, zbieraj się i to migiem, bo nie ma czasu.
Adam po raz drugi tego dnia poczuł się jak szczyl – o nie, tak łatwo nie ustąpi, zresztą – jakim prawem ten obcy facet zwraca się do niego takim tonem?
    - Żądam wyjaśnień – odpowiedział cicho nim zdążył się ugryźć w język.
Dopiero, kiedy mężczyzna zrobił krok w jego stronę, Adam zdał sobie sprawę jak groźnie i poważnie wygląda – przez moment obawiał się nawet, że ten go uderzy, gdy stanął przed nim, wyższy o głowę i spojrzał na niego z góry: 
    - Młody, przestań gderać, zbieraj się.
    - Nie. Nikt mi nie chce niczego wyjaśnić, więc nie zamierzam się stąd ruszać. 
Dziewiętnastolatek nie zamierzał dłużej uczestniczyć w tej farsie – odwrócił się na pięcie i miał już zrobić krok w kierunku swojego pokoju, kiedy poczuł jak ktoś kładzie mu ciężką dłoń na ramieniu. Niemalże instynktownie spróbował się wyrwać i obronić, jednak uścisk był zbyt mocny. 
    - Nie szarp się, do diabła! – zaklął mężczyzna. – Nie będziesz mi tu fochów stroił jak jakaś rozpieszczona lalunia. 
    - NIECH MNIE PAN PUŚCI! – wrzasnął Adam. W bezsilnej wściekłości zacisnął pięść, jednak musiał zdawać sobie sprawę, że nie ma szans w bójce z dryblasem. – O CO CI W OGÓLE CHODZI, CZŁOWIEKU?!
Tym razem jednak usłyszał odpowiedź na swoje pytanie, choć szorstki ton głosu, który udzielił mu jej dobił go i odebrał oddech. Odpowiedź była najgorszą z możliwych:
    - Twój ojciec nie żyje. I tak się składa, że kiedy to wyjdzie na jaw, to ty będziesz głównym podejrzanym. Więc teraz rusz się i do samochodu! 
Cały świat zawirował, czerń i mrok zaczęły kłębić się przed oczami Adama. Słyszał przyspieszone bicie swojego serca, niemalże czuł jak krew pulsuje mu w skroniach. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał – nie potrafił pojąć jak to możliwe, by jego ojciec nie żył. I dlaczego u licha to on ma być podejrzany o spowodowanie jego śmierci? Kiedy metalowy uścisk na jego ramieniu zelżał, zaczął powoli osuwać się po ścianie na podłogę. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że przed oczami ma twarz matki – zalaną łzami, ale nadal dziwnie wyostrzoną. Jej głos był łagodny:
    - Musisz nam zaufać… Nie mamy czasu do stracenia. Chodź. 

Może to czarna rozpacz, może bezsilna wściekłość albo świadomość pełnej bezradności, sprawiły, że Adam bez żadnego sprzeciwu opuścił mieszkanie. Trzy piętra niżej otworzył drzwi klatki schodowej i wyszedł na świeże powietrze. Ogarnięty amokiem wrzucił do wskazanego samochodu torbę, do której matka w mniej niż pięć minut spakowała najpotrzebniejsze mu rzeczy. Posłusznie wsiadł do środka nie wiedząc, co przyniesie jutro – rozpacz i szok pozbawiły go kontroli nad rzeczywistością. 

   - Zaraz będziemy na miejscu. – głos mężczyzny wyrwał Adama z zadumy. Po blisko ośmiogodzinnej jeździe w końcu przedzierali się przez jakąś leśną dróżkę.
Chłopak przycisnął twarz do szyby – kilkanaście metrów przed nim widoczny był zarys piętrowego domu. Byli już prawie u celu – po raz pierwszy spojrzał na torbę spoczywającą obok niego. Kilka dni wystarczyło, by jego dotychczasowe życie zostało obrócone do góry nogami, pięć minut by spakować do jednej torby dziewiętnaście lat życia. Teraz wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa. Choć chłopak czuł w sercu olbrzymie poczucie straty i smutek, nie było nawet czasu, żeby to okazać. Później przyjdzie czas na łzy – teraz trzeba przywyknąć do nowej sytuacji, nastawić się jakoś na nowe życie. Oto stał u progu nowego domu, w którym miał zamieszkać z zupełnie obcym dla niego człowiekiem i wszystko wskazywało na to, że nie dojdzie z nim do porozumienia. Nagle poczuł się bardzo osamotniony i opuszczony, a najgorsze w tym wszystkim było przeczucie palące go od środka, które podpowiadało mu, że to wszystko jego wina – gdyby nie wyrzucił ojca z domu, ten nadal by żył, a gdyby żył, nie trzeba byłoby uciekać. Pojawiające się wciąż na nowo pytania bez odpowiedzi również nie pomagały mu w odzyskaniu spokoju: czy naprawdę mu żal ojca, który od dwóch lat znęcał się psychicznie nad nim i jego matką czy raczej żal mu z powodu konsekwencji, które przyniosła jego śmierć? Tyle pytań bez odpowiedzi i tyle odpowiedzi, których jednak wolałby nigdy nie poznać…
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

4 komentarze:

  1. Uwagi ode mnie:
    - akapity są zbyt rzadko, czasem gubię się w tekście (mam tak często, to nie wina treści) i zwykle szukam wcięć z lewej strony, tutaj jest ciężko doliczyć się, w której linijce skończyłam
    - "spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby był pięciolatkiem, który wciąż moczy się w łóżku" - to znaczy jakim? :D karcącym? (to akurat nie czepialstwo, po prostu nie mogę sobie tego wyobrazić, dlatego pytam :P)
    - dużo siedziałeś ze słownikiem synonimów? Bo jest ich tutaj nadnaturalnie dużo

    Jest ok, punkt zaczepny historii zarysowany i szeroko opisany. Nie będę ukrywać, że czekam na dalszy ciąg.
    Pozdrawiam!
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Względem akapitów - sam je lubię, ale wydawcy wolą, by ich (w sensie wcięć) nie było, bo wtedy łatwiej im przygotować tekst do druku. Tutaj - kopiując tekst z worda, po prostu o nich nie pomyślałem.
      A co do zdania - ja to spojrzenie widzę jako nie tyle karcące, co traktujące Adama jak osobę skrajnie niepoważną, jak małe dziecko.
      Słownika synonimów do ręki nawet nie brałem - to akurat kwestia tego, że strasznie mnie samego drażni, kiedy w tekście jest mnóstwo powtórzeń i podświadomie starałem się tego uniknąć, nawet o tym nie wiedząc :D

      Bardzo dziękuję za opinie! :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Co do akapitów - one przy tej czcionce i szerokości tekstu wydają się być zbyt duże, to co mówić o książce, gdzie na pewno będzie "ciaśniej" i litery będą większe (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam)? Jeden akapit = jedna strona? O to mi głównie chodziło. Niestety nie znam się na wymaganiach wydawców, mówię jak ja to odbieram.

      Usuń
  2. Rozdział napisany lepiej od Prologu. Lepiej się czyta, czuć emocje jakie włożyłeś w pisanie. Jednak mimo, że synonimów jest dużo to trafiłam na powtórzenie i to bardzo blisko siebie chodzi mi o "zrozpaczona matka" oraz "zrozpaczony Adam", w tym formatowaniu słowa te występują jedno pod drugim jako pierwsze słowa w linijce. Bardzo się to rzuca w oczy :)
    I na koniec takie pytanie, co ma wypadek jakiegoś nastolatka do tego, że John się załamał?
    Saya

    OdpowiedzUsuń