Grenlandzkie


GRENLANDZKIE

”Harry Potter ujaraallu inuunartoq”

Wydawnictwo upadło. Tłumacz nie żyje…

To największe wyzwanie, którego podjąłem się na mojej drodze ku zbudowaniu wielkiej kolekcji światowych wydań dzieł J.K.Rowling. Większego nie było i nie będzie. Jak zdobyć coś, co jest nieosiągalne? Tylko grenlandzka translacja „Harry’ego Pottera” wzbudziła we mnie myśl, że to się nigdy nie uda. Zdołowała mnie i zagoniła do kąta, z którego nijak nie potrafiłem się wydostać. Wiedziałem, że bez tej książki mój zbiór nigdy nie będzie kompletny. Choćbym miał wszystkie inne wydania, bez tego kolekcja będzie wybrakowana. Miałem wrażenie, że wszystko to do czego dochodziłem przez te lata, może się rozsypać i zawalić grzebiąc mnie wraz z całym dotychczasowym dobytkiem. To uczucie bezsilnej rozpaczy, kiedy zatrzymałem się przed murem zbyt wysokim, by go sforsować czy przeskoczyć. Postawiłem wówczas wszystko na jedną kartę. Zatrzymałem wszelkie swoje transakcje związane z pozyskaniem innych edycji, by skupić się na tym jednym, a w razie klęski – po prostu skapitulować i przyznać, że to wszystko nie miało sensu. Okrutne i masochistyczne podejście. Pewnie niesłuszne, ale szczere. Zacząłem pisać maile do księgarń obcojęzycznych, przeglądałem w sieci wszelkie księgarnie duńskie i grenlandzkie. Bezskutecznie. Rejestrowałem się na forach internetowych, poznawałem ludzi żyjących w Grenlandii. Pewna Polka przetłumaczyła dla mnie ogłoszenie na duński. Oferowałem w nim nawet nagrodę pieniężną za to wydanie. Umieszczałem to ogłoszenie na duńskich stronach, a także rozsyłałem je do wszystkich mieszkańców Grenlandii, których odnalazłem na facebooku. Byłem zdeterminowany do granic możliwości, a każdy kolejny dzień przynosił kolejne rozczarowania. Ponad 100 maili zostało rozesłanych. Napływające odpowiedzi wciąż pogłębiały we mnie depresyjny nastrój. Pojedyncze egzemplarze dostępne były jedynie w kilku bibliotekach, te zaś nie zamierzały żadnego odsprzedać z racji na wyjątkową rzadkość tego wydania. Ostatecznie jednak na końcu tunelu zabłysnęło światełko… Jeden z bibliotekarzy zgodził się odsprzedać mi książkę ze swojego prywatnego zbioru. Transakcja przebiegła szybko i bezproblemowo. I nawet te 400 złotych wydane za tę książkę plus koszty przesyłki, mnie nie dołowały. Grunt, że udało mi się osiągnąć mój największy cel. Zdobyłem książkę nie do zdobycia, symbol tego, że warto walczyć i starać się nawet wtedy, gdy nie ma szans na sukces. Czasami determinacja i niezłomność potrafią czynić cuda. I cud się zdarzył dzięki Hansowi J. Petersenowi…

Więcej na temat moich zmagań przeczytacie tutaj: 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz